tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Legenda, bohater i... zdrajca. Viktor Ahn zakończył karierę

Mówią, że urodził się w łyżwach. Miał technikę, o której większość łyżwiarzy może tylko marzyć. Choć jest jednym z najbardziej utytułowanych zawodników, przez wielu uznawanym za najlepszego w historii dyscypliny, może mieć żal. Mógł... osiągnąć jeszcze więcej. Był legendą, która upadła i zdrajcą, który stał się legendą. Imię Viktor przybrał na znak zwycięstwa. Poznajcie historię Ahn Hyun-soo – prawdopodobnie najlepszego łyżwiarza na świecie, który podjął właśnie decyzję o zakończeniu kariery.
Viktor Ahn podczas igrzysk w Soczi (fot. Getty Images)

ISU "wciska" Puchary Świata. Wiele luk w kalendarzu na przyszły sezon

W short tracku zakochał się mając 9 lat, podczas igrzysk w Lillehammer. Podziwiał wówczas Chae Ji-Hoon, który zdobywał złoto na 500 i srebro na 1000 metrów. Chciał być taki jak on. W podstawówce zaczął jeździć na łyżwach. Już wówczas zauważono nieprzeciętny talent jaki posiadał. Nikt nie spodziewał się jednak, że w bardzo krótkim czasie okaże się lepszy od swojego idola.

(Nie)szczęśliwe początki

Na igrzyska w Salt Lake City pojechał mając zaledwie 16 lat. Choć dziś utrzymuje, że stanowiły dla niego poligon doświadczalny, zaraz po starcie był bardzo rozżalony. Mimo młodego wieku nie jechał po to, by oglądać plecy rywali. Cel był ambitny, ale jasny – medal.

Tymczasem młody łyżwiarz na każdym dystansie, choć był w czołówce, pozostawał minimalnie poza podium. Ikoną tamtych lat był Amerykanin Apolo Ohno. Podczas pierwszej konkurencji, jaką na igrzyskach w SLC była jazda na 1000 metrów, podobne wyniki do niego osiągali tylko Mathieu Turcotte, który w ćwierćfinale ustanowił nowy rekord olimpijski i… młody Koreańczyk.

Choć w półfinale Ahn przegrał z Ohno, bardzo chciał zrewanżować się w finale. Zbyt bardzo. 16-latek wziął udział w jednej z najbardziej pamiętnych kraks w historii dyscypliny. On, Ohno i Turcotte upadli, a olimpijskie złoto zainkasował… Australijczyk Steve Bradbury. Ahn zbyt długo zbierał się po upadku. Linię mety przekroczył jako czwarty.

Najsłynniejszy upadek w historii short tracku. Apolo Ohno, Hyun-Soo Ahn i Mathieu Turcott tracą szansę na olimpijskie złoto (fot. Getty Images)

Niepokonany

Po igrzyskach olimpijskich rozegrano mistrzostwa świata. W Montrealu Ahn zdobył dwa srebrne medale. Złoto w sztafecie przypadło na otarcie łez. Klasyfikację wieloboistów przegrał ze swoim rodakiem – Kim Dong-sung. Na tych zawodach skończyła się jednak era, w której przegrywał.

Na mistrzostwach świata w 2003 roku był niepokonany. Zdobył złoto klasyfikacji wieloboistów. Sukces powtórzył także w kolejnych czterech latach. Dzięki temu do dziś jest jedynym zawodnikiem, który aż pięciokrotnie z rzędu triumfował na wielobojowych mistrzostwach świata.

Najlepszy był nie tylko podczas czempionatu globu. Na igrzyska w Turynie pojechał jako wielki faworyt i nie zawiódł. Wywalczył złote medale na 1000 i 1500 metrów oraz w sztafecie. Na 500 metrów był trzeci. Dzięki takim startom i niezwykle pewnym zwycięstwom legenda koreańskiego mistrza rosła.

Niechciany

Aż trudno uwierzyć, że gwiazda tego kalibru może stać się… niechciana. Gdy w 2008 roku na jednym z treningów Ahn uszkodził kolano i musiał pauzować, wydawało się, że jego powrót na szczyt jest kwestią czasu. Przeciągał się on jednak, aż ostatecznie… nigdy nie nastąpił.

Ahna zabrakło na igrzyskach w Vancouver, a ostatecznie całkiem wypadł z reprezentacji Korei. Oficjalnym powodem był brak formy, nieoficjalnym – konflikt z kolegą z zespołu. Mistrz nie mógł pogodzić się z brakiem szansy na kolejne starty. W 2011 roku był bliski zmiany obywatelstwa na amerykańskie. Ostatecznie zwyciężyła jednak opcja rosyjska.

Igrzyska w Turynie, podium rywalizacji na 1000 metrów. Hyun-Soo Ahn (w środku), Apolo Anton Ohno (po prawej) i Ho-Suk Lee (po lewej) (fot. Getty Images)

(Nie)zrozumiany

Oprócz zmiany obywatelstwa, obrał również nowe imię. Od 2011 nie był już Ahn Hyun-soo, a Viktorem Ahnem. Imię przyjął jako symbol zwycięstwa oraz… z powodu rockmana. Wówczas jedynym znanym w Rosji Koreańczykiem był Wiktor Coj, założyciel i lider grupy Kino.

Zmian barw narodowych nie zrozumieli kibice, dla których Ahn stał się zdrajcą. – Nie spodziewam się ciepłego przyjęcia w Korei. Wiem, że będą na mnie gwizdać. To na pewno nie będzie przyjemne – mówił w rozmowie z agencją Yonhap. W jego kraju, gdzie był ikoną short tracku, nikt nie wyobrażał sobie jego startu w innych barwach. Jeszcze przed igrzyskami w Soczi prezydent kraju – Park Geun-hye – zarządził… dochodzenie w sprawie przyczyn, z jakich Ahn zdecydował się na zmianę barw.

O powrocie do ojczyzny nie było jednak mowy. Ahn zaczął nowy rozdział w życiu. Po odczekaniu karencji po zmianie obywatelstwa znowu mógł startować.

W 2014 roku jeszcze raz osiągnął szczyt. Na igrzyskach w Soczi triumfował w wielkim stylu. Dał popis jazdy na 500 metrów, kiedy zaatakował z końca stawki i ostatecznie wygrał. Zdobył złoto także na 1000 metrów, a na 1500 był trzeci. Pomógł również rosyjskiej sztafecie, z którą… utarł nosa swoim rodakom, triumfując na 5000 metrów.

Ostatecznie ponowne sukcesy przyczyniły się do większego zrozumienia Ahna także w ojczyźnie. W przeprowadzonym przez Yohap badaniu aż 61 proc. ankietowanych uznało, że rozumie decyzję łyżwiarza o zmianie barw.

Niespełniony

Gdyby pojechał na igrzyska do Pjongczangu i zdobył kolejny medal olimpijski, przypieczętowałby swoją pozycję w historii short tracku. Byłby absolutnie niedościgniony. Co więcej – mógł zrobić to na oczach swoich rodaków. Stało się jednak przeciwnie.

Pewnego dnia na zgrupowaniu rosyjskiej kadry jeden z trenerów ogłosił smutną nowinę – Rosja nie weźmie udziału w zawodach. Część dostała wybór – pojechać do Pjongczangu jako "Olimpijsczycy z Rosji" lub zrezygnować ze startu. Inni, w związku z podejrzeniem o doping, zostało absolutnie wykluczonych z igrzysk. Wśród nich był Ahn.

Świat łyżwiarski podzielił się na tych, którzy nie wierzą w winę Ahna oraz tych, którzy… nie wierzą w jego niewinność. Powrót na szczyt po wielu latach przerwy w sposób oczywisty budzi wątpliwości. Mimo to nigdy nie zostały publicznie przedstawione żadne konkretne zarzuty wobec zawodnika.

Z tego powodu Ahn oraz kilku innych Rosjan złożyło apelację do CAS. Trybunał Arbitrażowy nie przyznał im jednak racji i podtrzymał dyskwalifikację.

Po igrzyskach łyżwiarz, mimo ogromnego żalu, nadal trenował. Wstrzymywał się jednak z decyzją o tym, czy będzie kontynuował karierę. Prezydent rosyjskiej federacji łyżwiarskiej, Aleksiej Krawcow, wyznaczył granicę. Do listopada mistrz musiał określić się na temat przyszłości.

Viktor Ahn (po lewej) triumfuje na igrzyskach w Soczi (fot. Getty Images)

Ostateczną decyzję podjął na początku września. Wówczas zakończył karierę. Według Krawcowa brak udziału na igrzyskach nie przyczyniły się do takiego obrotu sprawy. Prawdopodobnie jest w tym sporo racji. Gdyby Ahn zdobył złoty medal w Pjongczangu, zapewne zrezygnowałby z kontynuacji treningów już w lutym.

Brak kropki nad "i" w jego karierze spowodowało, że jeszcze się łudził. Nawracająca kontuzja kolana (po 2008 roku zmagał się z nią także zaraz po igrzyskach w Soczi) spowodowała, że nie był w stanie powrócić na szczyt.

Legenda na miarę… Armstronga

– Jest najlepszy. Techniki zazdrości mu każdy. A najlepsze jest to, że jeździ nie dlatego, że musi, a dlatego, że chce – mówił po igrzyskach w Soczi Ohno, który w rozmowie z amerykańskim portalem NBC dzielił się spostrzeżeniami na temat Ahna.

Koreańczyk z rosyjskim paszportem przez wielu uznawany jest za najlepszego na świecie. Aby zagwarantować sobie niepodzielną pozycję w historii short tracku zabrakło mu niewiele. Startami w reprezentacji Rosji przysporzył jednak swojej legendzie także wiele wątpliwości. Z jednej strony nigdy nie został publicznie oskarżony o doping, z drugiej CAS znalazł powód, aby wykluczyć go z udziału w igrzyskach w Pjongczangu.

Teraz Ahn wraz z rodziną wróci do Korei. Nie będzie trenerem, bo chce żyć spokojnie. I właśnie tego spokoju należy mu życzyć. Żeby był, tak jak ma to miejsce w tej chwili, postacią na miarą Lance'a Armstronga na kartach historii kolarstwa. I oby w tym przypadku obyło się bez smutnego zakończenia.

Tristan Loy odmieni kadrę polskich panczenistów?