tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

15 lat temu zawładnęły Europą. Poznaj historię polskich "Złotek"

– Stałyśmy już w hotelowym holu i nikt nie rozmawiał o meczu z Czeszkami. Wszystkie patrzyłyśmy, jak Bułgarki walczą z Włoszkami. Trzymałyśmy za nie kciuki, jak tylko mogłyśmy. Poszłyśmy na halę, przebrałyśmy się w stroje meczowe. Miałyśmy zacząć rozgrzewkę na sali prasowej, gdzie też były ekrany. Żadna z nas nie mogła skupić się na rozciąganiu – oglądałyśmy – wspomina Izabela Bełcik. Tego dnia Bułgarki sensacyjnie wygrały z Włoszkami, a przed Polkami otworzyła się droga do spełnienia marzeń. Biało-czerwone poszły tym szlakiem, zdobywając mistrzostwo Europy. Dwa lata później powtórzyły sukces. Mija dokładnie 15 lat od jednego z największych triumfów w historii polskiej siatkówki.
Wielki triumf "Złotek". To już 15 lat od historycznego sukcesu
"Złotka" po latach. Mistrzowski skład wystąpił w towarzyskim meczu przeciwko reprezentacji Polski. Padł remis 2:2.

MŚ siatkarzy. Medale coraz bliżej. "Dobry klimat naszą wizytówka"

Na mistrzostwach świata w 2002 roku Polki wygrały tylko dwa spotkania. W Lipsku pokonały Tajlandię i Australię. Porażki z Brazylią, Grecją i Chinami sprawiły, że z turniejem pożegnały się już po pierwszej fazie grupowej. Na początku 2003 roku trenera Zbigniewa Krzyżanowskiego zastąpił Andrzej Niemczyk, który wcześniej przez lata prowadził zespoły z Niemiec i Turcji. Nowy szkoleniowiec stanął przed wyzwaniem. Miał pięć miesięcy, aby zbudować drużynę na mistrzostwa Europy.

– Był bardzo dobrym szkoleniowcem – miał inne podejście do siatkówki, niż wtedy było normą w Polsce. Nauczył nas wielu rzeczy – innego rozumienia tej dyscypliny – wspomina Magdalena Śliwa. Była jedną z tych, które powróciły do kadry. Wcześniej Krzyżanowski starał się odmłodzić zespół. Niemczyk skompletował go inaczej. – Stworzył mieszankę doświadczonych i młodych – zdradza Śliwa.

Jaki był trener Niemczyk? – Specyficzny – pod każdym względem. Nietuzinkowy, z charakterem. I to, że taki był i taki przyszedł do nas – zespołu bez wielkich osiągnięć – było bardzo dobre. Ktoś taki był potrzebny, żeby wyciągnąć z nas trochę wiary, złości, może nawet bezczelności. Żebyśmy uwierzyły w to, że umiemy grać w siatkówkę i wygrywać z potęgami. To był człowiek, z którego emanowała wiara w siebie. Nawet jak ktoś pytał go dlaczego robi tak, a nie inaczej i mówił, żeby coś zmienił, on zawsze wierzył w to, że to co robi jest dobre. I my też uwierzyłyśmy – wspomina Bełcik. – Kazał zwracać się do siebie per tato. Ale tak naprawdę nikt nigdy nie miał odwagi tak powiedzieć. Nazywano go trenerem do samego końca – dodaje Śliwa.

Po medale, kontrakty i jeżdżenie fajnymi furami

Gdy Niemczyk obejmował kadrę, jednym z głównych problemów były finanse. – Na zgrupowania jeździłyśmy za zwrot kosztów podróży. Nie było gry dla pieniędzy – robiłyśmy to dla idei, żeby robić to, co kochamy. Reprezentowanie kraju to był wielki zaszczyt – mówi Śliwa.

Trener Niemczyk zakomunikował jasno: pieniędzy nie będzie. Będzie za to sukces, dzięki któremu zawodniczki podpiszą kontrakty. – Gdy na jednym zgrupowaniu trener powiedział: "dziewczyny, będziecie jeszcze jeździły fajnymi furami", zastanawiałyśmy się: "co on mówi? To są przecież inne realia, niż w Niemczech czy Turcji". Okazało się, że wiedział, co mówi. Po wygraniu pierwszego mistrzostwa Europy siatkówka w Polsce diametralnie się zmieniła – pojawili się sponsorzy, pojawiły się też inne pieniądze. Mecze zaczęły być pokazywane w telewizji. Wcześniej było to rzadkością – opowiada Śliwa.

Tuż przed mistrzostwami Niemczyk zaczął otwarcie mówić o medalu. – Trener wiedział, co potrafimy. Był zorientowany w siatkówce europejskiej. Myślę, że sam był zaskoczony, że zdobyłyśmy złoty medal, ale jadąc tam czułyśmy, że jesteśmy w dobrej formie. Trudno obiecywać sukces przed turniejem, jeśli wcześniej nie zostało to poparte wynikiem. Nas nastawiał, że nie jedziemy po mistrzostwo, ale po to, żeby zagrać jak najlepiej mecz po meczu – małymi kroczkami do celu – opowiada Bełcik. – Jak jedzie się na jakiekolwiek mistrzostwa, trzeba mieć wiarę. Pewnie – są faworyci, są rankingi, ale każdy turniej to coś nowego. Nie można wieszać medali na szyjach przed jego rozpoczęciem. Jechałyśmy tam pełne optymizmu. A na otwarcie wygrałyśmy z Holandią, która była zaliczana do mocnych zespołów. To był dla nas wielki krok – pokazałyśmy, że niektóre rzeczy można zrobić wbrew temu, co wcześniej mówili. W miarę trwania mistrzostw rosło przeświadczenie, że możemy coś zdobyć – dodaje Śliwa.

Radość po zdobyciu mistrzostwa Europy w 2003 roku (fot. PAP)

Zerwane więzadła, podcięte skrzydła

Kończyła się rozgrzewka przed pierwszym meczem grupowym. Ostatnie ataki – formalność. W tym przypadku coś poszło jednak nie tak. – To był ostatni atak rozgrzewki. Wszyscy byli gotowi do grania i… taki pech – wspomina Śliwa. Kontuzji doznała jedna z ważniejszych zawodniczek – Joanna Mirek, która zerwała więzadła krzyżowe w kolanie.

– Sama bardzo to przeżyłam, bo to ja wystawiałam Asi tę piłkę. Dzięki Bogu nie musiałam od razu przystępować do gry. Po rozgrzewce miałam chwilę, żeby z nią popłakać. Było mi bardzo przykro. Pamiętam naszą wizytę w szpitalu. Ona była po pierwszych badaniach, a my po pierwszym meczu. Każdej z nas popłynęła łezka. Asia przywitała nas wielkim uśmiechem, uspokoiła mnie, że to nie moja wina – opowiada Bełcik. – Po takim wstrząsie byłyśmy bardziej skupione. Miałyśmy większą mobilizację – przyznaje. – Codziennie byłyśmy u niej w pokoju i wspierałyśmy ją. Bardzo szkoda, że Asia nie mogła uczestniczyć w grze, ale jako zespół czułyśmy, że cały czas jest z nami – dodaje Śliwa.

Mirek na parkiecie zastąpiła Małgorzata Niemczyk – również bardzo doświadczona, która potrafiła udźwignąć ciężar wielkiego turnieju.

Wielkie emocje za kotarą

Po zwycięstwach z Holandią, Ukrainą i Bułgarią, przyszło dużo trudniejsze starcie z Włoszkami. Była to jedna z dwóch, obok Rosjanek, drużyn, które przed turniejem trener Niemczyk wymieniał jako najgroźniejsze rywalki. – Włoszki tworzyły bardzo wartościowy zespół. Należy mieć respekt przed takimi drużynami. Strach? Nie ma czegoś takiego w sporcie zawodowym. Chciałyśmy wygrać i żadna z nas się tego nie bała. Był duży respekt przed rywalkami, ale nie strach – mówi Śliwa. – Wiedziałyśmy przed kim stoimy, ale byłyśmy świadome, że możemy grać z nimi jak równe z równymi. Wynik nie był korzystny, ale nie oddałyśmy meczu bez walki. Zostawiłyśmy na parkiecie sporo zdrowia – dodaje Bełcik.

Biało-czerwone przegrały to spotkanie 1:3, a sytuacja w tabeli zrobiła się skomplikowana. Po wcześniejszym zwycięstwie Holenderek z Włoszkami, wiele wskazywało na to, że te dwie drużyny i Polki mogą zakończyć grupę z identyczną liczbą punktów. W tym przypadku to biało-czerwone byłyby na trzecim miejscu, które nie dawało awansu do półfinału.

– Po tym meczu zrozumiałyśmy, że możemy nie wejść do czwórki. Miałyśmy spotkanie z trenerem Niemczykiem. Byłyśmy podłamane. Spodziewałyśmy się, że dostaniemy burę za ten mecz. Trener stanął przed nami i powiedział, że według niego zagrałyśmy jeden z najlepszych meczów w tych mistrzostwach – nie udało się, bo Włoszki okazały się jeszcze lepsze. Powiedział, że nie będzie miał do nas pretensji, jeśli nie awansujemy. Chce po prostu, żebyśmy walczyły do końca i zostały zespołem, który przegrał jeden mecz w turnieju – opowiada Bełcik.

Trener Andrzej Niemczyk podczas czasu z drużyną (fot. PAP)

Następnego dnia trzeba było liczyć na cud. Jeszcze przed ostatnim meczem Polek, w hali w Antalii rywalizowały Włoszki z Bułgarkami. Drzwi do awansu mogło otworzyć jedynie sensacyjne zwycięstwo zespołu z Bałkanów. – Ten dzień pamiętam najlepiej. Tyle dramaturgii i zwrotów akcji nie było chyba w żadnym innym meczu. Miałyśmy miejsce do rozgrzewki za kotarą w hali. Cieszyłyśmy się, skakałyśmy, a zaraz rozpacz. To, co myśmy tam wyprawiały jest nie do opisania. Proszę sobie wyobrazić pisk i płacz w jednym czasie – to było właśnie to – opisuje Śliwa.

Bardzo dobrze ten dzień pamięta także Bełcik. – Plan dnia był taki sam, jak w każdym dniu meczowym. Ale jak tylko nie miałyśmy przygotowania wideo lub posiłku, cały czas siedziałyśmy przed telewizorami. Oglądałyśmy, później musiałyśmy się zbierać na mecz. Stałyśmy już w hotelowym holu i nikt nie rozmawiał o meczu z Czeszkami. Wszystkie patrzyłyśmy, jak Bułgarki walczą z Włoszkami. Trzymałyśmy za nie kciuki, jak tylko mogłyśmy. Poszłyśmy na halę, przebrałyśmy się w stroje meczowe. Miałyśmy zacząć rozgrzewkę w sali prasowej, gdzie też były ekrany. Żadna z nas nie mogła skupić się na rozciąganiu – oglądałyśmy. Bardzo się stresowałyśmy. Otwierała się droga do naszego snu – opowiada.

Mecz Bułgarii z Włoszkami miał dramatyczny przebieg. Doszło do tie-breaka, w którym Włoszki już… cieszyły się ze zwycięstwa. Sędzia zmienił jednak decyzję, cofnął punkt i nakazał grać dalej. Ostatecznie, po szalonej końcówce, szala zwycięstwa przechyliła się na stronę reprezentacji Bułgarii.

Otwarta droga po sukces

– Pamiętam jak wyszliśmy na rozgrzewkę i zobaczyłyśmy, że jest trener Guidetti, który prowadził Bułgarki. Pobiegłyśmy mu podziękować, a on na to: "spokojnie, myśmy nic dla was nie zrobili. Wygraliśmy dla siebie". Ale dla nas to była wielka sprawa – wspomina Śliwa.

– Cieszyłyśmy się chyba bardziej, niż Bułgarki. Na mecz z Czeszkami wyszłyśmy sztywne z emocji. Przecież nie zdążyłyśmy się nawet rozgrzać. Ten mecz niby był formalnością, ale nie było wcale tak łatwo. Musiałyśmy odrzucić emocje i zacząć grać swoją siatkówkę. Na szczęście wygrałyśmy 3:1 – dodaje Bełcik.

Zwycięstwo z Czeszkami było postawieniem kropki nad "i". Włoszki zostały wyeliminowane. Polki i Holenderki z dziewięcioma punktami wywalczyły awans do półfinału. Z drugiej grupy wyszły natomiast niepokonane Niemki oraz Turczynki. Niespodziewanie odpadły Rosjanki, które z dwoma wspomnianymi drużynami nie potrafiły wygrać nawet seta.

Drużyna podczas czasu (fot. PAP)

Atmosfera zrobiła swoje

Na fazę finałową Polki poleciały do Ankary. W stolicy Turcji rozegrały półfinał z Niemkami. – Być w czwórce to super sprawa. Ewentualna przegrana w półfinale byłaby porażką – mówi Śliwa. Polki nie odczuwały presji. Pomagali… kibice z Turcji.

– Miałyśmy ich za sobą. Niemki wygrały z Turczynkami w grupie. Hala miała w sercach tę porażkę. Tureccy kibice byli za nami, a my grałyśmy jak u siebie. Świetnie nam się grało, ale mecz był bardzo zacięty. To były już inne emocje. Czułyśmy krew, wiedząc że Włoszki i Rosjanki były już wyeliminowane, a każdy z pozostałych zespołów ma szansę – wspomina Bełcik.

Biało-czerwone rozegrały swój najbardziej emocjonujący mecz w tych mistrzostwach. Po zaciętym boju wygrały 3:2. – Zwycięstwo w tym meczu było dla nas szczęściem równie dużym, co zdobycie mistrzostwa Europy. Wiedziałyśmy, że mamy medal. Podejrzewałyśmy też, że Turczynki są w naszym zasięgu. Robili je mistrzyniami Europy jeszcze przed finałem – dodaje Śliwa.

Najlepszą taktyką... brak taktyki

– Przed meczem trener Alojzy Świderek robił nam odprawę taktyczną. W końcu podszedł trener Niemczyk i powiedział: "Alek, przestań, ty już nic nie mów. Dziewczyny będą wiedziały, co mają robić". Teraz jak zespół przygotowuje się do meczu, każdy wie wszystko o każdym zawodniku i o taktyce. Nam po prostu trener uwierzył, że bez taktyki będziemy wiedziały co robić – opowiada Śliwa.

Kluczem do sukcesu było czytanie gry rywalek. Trener Niemczyk uczył, w jaki sposób na boisku reagować na to, co akurat gra drużyna przeciwna. Polki rzeczywiście wiedziały co i jak powinny rozegrać, aby pokonać Turcję. Ponownie na ich korzyść zadziałała także… atmosfera. Tłumy kibiców, którzy w półfinale dopingowali Polki, tym razem byli oczywiście za rodaczkami. To stworzyło jednak zbyt dużą presję.

– To je przerosło. Mam wrażenie, że na początku meczu się spaliły, a później nie miały już szans wejść w mecz, bo my byłyśmy rozkręcone – zdradza Bełcik. Sparaliżowane wielkimi oczekiwaniami kibiców, którzy przedwcześnie rozpoczęli świętowanie mistrzostwa Europy, nie dały rady. Mecz z Polkami przegrały bardzo szybko, w trzech setach.

– To, że zdobyłyśmy mistrzostwo dotarło do mnie dopiero w Polsce, podczas spotkania z kibicami. Wtedy dało się odczuć, że oglądają u nas siatkówkę. Byłyśmy rozpoznawane na ulicach – opowiada Śliwa. – Wcześniej nie spodziewały się, że w kraju czeka je aż tak huczne przyjęcie i ogromne zainteresowanie. Dochodziły do nas informacje, SMS-y od rodzin i przyjaciół. Nie miałyśmy świadomości tego, co dzieje się w Polsce. Być może to dobrze. Byłyśmy świadome, że mamy za sobą kibiców, ale byłyśmy bez presji – mówi Bełcik.

Polskie siatkarki i trener Niemczyk na spotkaniu z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim (fot. PAP)

Drużyna zwyciężczyń

Były kwiaty od prezydenta, było huczne przywitanie. Dwa lata później nadeszły kolejne mistrzostwa Europy, w których musiały stanąć przed trudnym zadaniem obrony mistrzowskiego tytułu. – Zespół był pewny siebie. Udowodniłyśmy, że potrafimy grać i wygrywać z najlepszymi w Europie. Personalnie niewiele się zmieniło. Drużyna była kolektywem, atmosfera dalej była bardzo dobra. Wiedziałyśmy, że nasze nazwiska są już znane w Europie, a my musimy po prostu udowodnić swoją wartość – mówi Śliwa.

Pomimo, że były mistrzyniami Europy, cały czas miały coś do udowodnienia malkontentom. – Odczułyśmy już troszkę presji. Po mistrzostwach z 2003 roku miałyśmy wielu fanów, ale miałyśmy też coś do udowodnienia. Pojawiały się komentarze, że co to za mistrzostwo, skoro nie pokonałyśmy ani Włoszek, ani Rosjanek – dodaje Bełcik.

Podczas mistrzostw Europy 2005 pewnie wkroczyły na mistrzowską ścieżkę. W grupie pewnie wygrały z Azerkami, Niemkami, Chorwatkami, Rumunkami i Serbkami. Zwycięstwa przyszły bardzo łatwo. – O ile pamiętam mecze grupowe z pierwszych mistrzostw, o tyle tych z roku 2005 prawie w ogóle. Byłyśmy ułożonym zespołem – od początku poszło nam bardzo dobrze – mówi Bełcik.

Postawić kropkę nad "i"

Zarówno siatkarkom, jak i kibicom najbardziej zapadła w pamięci faza finałowa tego turnieju. W niej Polki musiały zmierzyć się z Włoszkami i Rosjankami.

– Praktycznie żaden z trenerów nie pozwala siedzieć podczas meczu. Trzeba stać i rozgrzewać się w kwadracie. Natomiast trener Niemczyk mówił: "siądźcie dziewczyny. Przecież jak będę potrzebował zmiany, to wam powiem". Siedziałyśmy na krzesełkach, gdy była już końcówka trzeciego seta. Powiedziałam wtedy do którejś z koleżanek, że nie przypuszczałam, że będzie tak łatwo. No i się zaczęło… Od tego czasu nigdy nie wypowiadam na głos takich rzeczy – wspomina to spotkanie Śliwa.

Polki prowadziły już 2:0, lecz w trzecim secie wszystko się zmieniło. To Rosjanki zaczęły dominować na parkiecie. – Czy ktoś się spodziewał, że rozpoczniemy ten mecz od 2:0? Być może był to moment rozkojarzenia, a być może po prostu za bardzo chciałyśmy jak najszybciej skończyć. Chciałyśmy dać z siebie 120 procent, a mogłyśmy tylko 100. Trochę się zagotowałyśmy, że jesteśmy prawie w finale. Było nam ciężko, gdy Rosjanki nas doszły. Ale później przyszedł emocjonujący tie-break. Rosjanki też mogły rozstrzygnąć go na swoją korzyść. Pod koniec było kilka kontrowersyjnych decyzji. Dorota Świeniewicz zaatakowała po bloku, a punkt dostały Rosjanki. Mecz zakończył się tak, że sędzia odgwizdał ręce przełożone. Rosjanie byli źli. W taki sposób weszłyśmy do finału – opowiada Bełcik. Polki wygrały w tie-breaku… 22:20.

Siatkarskie ME (2005). "Złotka" ponownie najlepsze w Europie

Nieśmiertelność

– Każda impreza to coś nowego – inny etap. W ciągu dwóch lat były też inne turnieje, w których z nimi się stykałyśmy. Nie myślałyśmy o rewanżu – mówi Śliwa. W finale biało-czerwone zmierzyły się z jedyną drużyną, która potrafiła pokonać je dwa lata wcześniej – z Włoszkami.

– Wiedziałyśmy, że to nie jest potęga, tylko zespół, z którym da się grać. Trener Niemczyk pokazał nam, że nie zamierza padać na kolana przed trenerem Bonittą, który był przecież mistrzem świata. Powiedział nam, że mamy wyjść dumnie – mamy się czuć najlepiej i najpiękniej jak potrafimy – wspomina Bełcik.

– Włoszki miały flagi na ramionach, były nastawione bojowo. U nas był większy spokój. Nie było żadnej presji. Nikt nie mówił, że musimy to zrobić. Grałyśmy dla siebie i dla kibiców, których nie chciałyśmy zawieść – opowiada Śliwa. Mecz potoczył się po myśli Polek. Wygrały 3:1 i mogły po raz drugi z rzędu świętować mistrzostwo Europy.

O ile puchar wywalczony w 2003 roku do dziś można zobaczyć w siedzibie PZPS, o tyle trofeum z 2005 roku tam nie ma. – Jak przyszłyśmy do hotelu i zastanawiałyśmy się co dalej robimy, prezes chwycił puchar i… zrobił to tak niefortunnie, że go rozbił – wyjaśnia Śliwa. – Dzięki temu każda z nas mogła wziąć kawałek na pamiątkę, do domu – dodaje.

Sukcesy, jaki osiągnęły Polki w mistrzostwach Europy w 2003 i 2005 roku do dziś jest największym w historii polskiej siatkówki kobiecej.

najpopularniejsze

Bosiek: celem są mistrzostwa świata juniorów. Mam nadzieję, że trafię z formą

ME 2018 piłkarek ręcznych: tytuł dla Francuzek. Nie przeszkodziła im decyzja sędziów

Wojciech Fortuna wskazał faworyta TCS. "Nasi spróbują go dorwać"

Mistrzowska zagrywka Bońka. "Wolę młodzieżowca z Polski niż z Mołdawii"

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim. Zbigniew Bródka: start w Polsce to spełnienie marzeń