tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Niejeden twardziel w balonie ma miękkie kolana". Daria Dudkiewicz-Goławska, mistrzyni świata w lotach balonem

W sierpniu podczas rozgrywanych w Nałęczowie zawodów pokonała m.in. ubiegłoroczną zwyciężczynię, pochodzącą z Australii, Nicole Scaife. W rozmowie ze SPORT.TVP.PL zdradza kulisy sportowego lotu balonem. Opowiada o niebezpieczeństwach w powietrzu. Snuje ambitne plany. – W obłokach potrafię pobujać. Jakby inaczej, boję się. Skłamałbym, jakbym powiedziała, że tak nie jest.
Daria Dudkiewicz-Goławska, mistrzyni świata w lotach balonem na ogrzane powietrze (fot.archiwum prywatne)

"Dziura w kolanie" – dramat w V aktach

Krystian Juźwiak (SPORT.TVP.PL): – W 1997 roku raper The Notorious B.I.G śpiewał "Sky is the limit".
Daria Dudkiewicz-Goławska: – Niebo nie ma granic! Ograniczeniem są tylko nasze głowy i nasz konstruktywny wymiar myślenia. Niebo otwiera przed nami przestrzeń do samorealizacji i bezpośrednio wpływa na ilość produkowanych przez nasz organizm endorfin oraz witaminy D.

– Skoro nie ma ograniczeń, to czy po zdobyciu tytułu mistrzyni świata stawia pani sobie jeszcze jakieś wyższe cele?
– Tytuł, który wywalczyłam w Nałęczowie, otworzył mi drogę do regularnych mistrzostw świata, które już za dwa lata będą w Murskiej Sobocie. Poprzeczka idzie wyżej. Bardzo lubię latać w Słowenii, dlatego mam nadzieję na udane starty. Wywalczyłam tam trzecie miejsce w Otwartych Mistrzostwach Słowenii. Za rok wybieram się na pre-mistrzostwa, więc na te właściwe przyjadę już jak do siebie.

– Czyli zawody w Nałęczowie były niższe rangą?
– Nie, nie. W Nałęczowie były Balonowe Mistrzostwa Świata Kobiet. W Murskiej Sobocie będą startować zarówno panie, jak i panowie. Z pewnością mistrzostwa na Słowenii będą mocniej obsadzone. Myślę, że wystąpi ok. 100 uczestników.

– Juliusz Verne napisał "Pięć tygodni w balonie". Może to jest pomysł na kolejne wyzwanie?
– Scenariusze można pisać na tysiąc różnych sposobów. Dla jednych będzie to forma zwiedzania świata. Inni odnajdują się w uczeniu młodych adeptów. Ja zawsze chciałam latać wyczynowo. Jestem nastawiona na rywalizację, więc pięć tygodni w balonie, to tak…, no średnio to widzę teraz. Niemniej nie wykluczam takiej opcji. Tego typu pomysły są zawsze zawiązane z finansami, w dodatku niemałymi. Kto wie, może przyjdzie taki dzień, w którym będę mogła sobie na tego typu przygody pozwolić…

Zawsze chciałam latać wyczynowo Daria Dudkiewicz-Goławska

– Potrafi pani powiedzieć, ile czasu spędziła z głową w chmurach?
– Mam około 400 godzin "nalotu dowódczego", mnóstwo czasu spędziłam w koszu również z innymi pilotami w roli obserwatora, nawigatora, ale też pasażera. Wielokrotnie latam też w snach.

– Jak wyglądał ten pierwszy lot?
– Pierwszy lot? Tego się nie zapomina! Tylko pytanie: chodzi o pierwszy lot sportowy, czy moment, w którym pierwszy raz oderwałam się od ziemi?

– Ten lot, od którego wszystko się zaczęło.
– To było coś fascynującego. Od razu wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu, a lotnictwo jest czymś, co mnie maksymalnie kręci. Długo nie mówiłam głośno o lotniczych marzeniach. Nim sama uniosłam się w przestworza byłam związana z baloniarstwem, nazwijmy to umownie, w bierny sposób. Nie miałam licencji pilota, nie startowałam w zawodach, ale pomagałam przy ich organizacji. Przez dwa lata byłam obserwatorem. To jest mniej więcej taka funkcja jak sędzia liniowy na boisku. Potem trafiłam do ekipy naziemnej Zbyszka Jagodzika. On mnie wyszkolił. Po ośmiu, może nawet dziewięciu latach zdecydowałam, że chcę latać samodzielnie. Miałam duże doświadczenie, głównie dzięki temu, że bywałam nawigatorem i częstym towarzyszem podniebnych wyczynów sportowych Zbyszka. Było mi łatwiej rozpocząć przygodę z baloniarstwem, niż komuś, kto przychodzi z ulicy.

– Dziewięć lat to bardzo długo.
– Byłam wtedy w liceum. To czas, w którym nie do końca wiedziałam, co chcę robić w życiu. Nie miałam też pieniędzy, żeby zrealizować szkolenie lotnicze. Ale byłam związana z baloniarstwem. Ten sport mnie przenikał. Poznałam mnóstwo świetnych ludzi: od pilotów balonowych, po pracowników linii lotniczych. Na początku była to forma spędzania wolnego czasu. Teraz to styl życia. Musiałam dojrzeć do tej decyzji.

– Jest pani pilotem czy pilotką? Od czasu ministry Muchy, to dość istotna kwestia.
– Przeważnie mówię, że jestem pilotem balonu wolnego, ale jak ktoś powie "pilotka", to się nie obrażam.

– Przejrzałem ceny lotów balonem i stwierdzam, że bujanie w obłokach, to nie jest tani sport.
– Niestety… Zakup nowego balonu sportowego to wydatek od 150 do 250 tysięcy złotych. Do tego trzeba mieć kilka innych niezbędnych przyrządów: specjalną przyczepę, terenowe auto z hakiem, GPS-y, radia lotnicze…

– Ile kosztował pani balon?
– Koszt zakupu zestawu, na którym aktualnie latam, zamknął się w kwocie 150 tys. złotych i jest efektem współpracy z firmą, która wsparła częściowo tę inwestycje, tym samym umożliwiła mojemu teamowi realizację lotniczych marzeń.

Daria Dudkiewicz-Goławska w przestworzach (fot. archiwum prywatne)

– Czy mistrzyni świata może się utrzymać ze startowania w zawodach?
– Skomplikowana kwestia. Zawody to tylko koszty, czasami Aeroklub Polski je dofinansowuje, więc dobrze być członkiem kadry narodowej, by tego typu wsparcie otrzymać. Mam jednak nadzieję, że mój złoty medal będzie preludium do ciekawej długofalowej współpracy sponsoringowej. Gwarancją rozwoju i dalszych sukcesów jest trening, a o jego intensywności niestety decydują finanse…

– W obłokach potrafi mocno pobujać?
– Na różnych wysokościach są różne kierunki i prędkości wiatru. Na naszej półkuli zazwyczaj na górze wieje bardziej w prawo, a na dole w lewo. Oczywiście bywają odstępstwa od tej reguły. Podstawą rywalizacji jest umiejętna zmiana wysokości. Trzeba znaleźć się w odpowiednim czasie we właściwej warstwie powietrza, która przesunie nas w wyznaczone przez sędziów miejsce. Tu zaczyna się walka psychologiczna. Mój balon typu racer może osiągać maksymalne prędkości pionowe (wznoszenia i opadania) 8,5 m/s. Gdy wznosi się za szybko, to zaczyna się dziwnie zachowywać. Buja się i obraca wokół własnej osi. Podobnie ma w chwilach szybkiego opadania. Nie wolno przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę. Balon zawsze działa z opóźnieniem. Trzeba mieć dużą wyobraźnię. Jak przesadzi się z podgrzewaniem powietrza w powłoce, to pod wpływem szybkiego wznoszenia można doprowadzić do sytuacji, w której klapa spadochronowa wpadnie do wnętrza balonu. Widać wówczas niebo przez powłokę, a balon już nie jest okrągły, tylko powybrzuszany we wszystkie strony. Z takiej sytuacji oczywiście można wyjść, co nie zmienia faktu, że jest to bardzo niepożądane uczucie.

– W takiej sytuacji pani się jeszcze boi, czy to już rutyna?
– Boję! Skłamałbym, jakbym powiedziała, że jest inaczej. Niejeden twardziel w takich warunkach ma miękkie kolana. To normalna reakcja obronna organizmu. Jeżeli stres motywuje do działania to okej, gorzej jak wprowadza w panikę. Strach jest częścią tego lotniczego przedsięwzięcia. To ciągła walka z ograniczeniami. W lotnictwie najważniejsza jest głowa. Ten sport kształtuje charakter, a to przekłada się na to, jakimi jesteśmy na ziemi.

– Loty balonowe kojarzą się z romantyzmem, ale w powietrzu nie ma czasu na podziwianie widoków.
– Mamy masę sprzętu elektronicznego. Komputery, GPS-y, rejestratory lotu – loggery, radia lotnicze, radia do kontaktu z załogą naziemną, tabele przeliczeniowe. Na każde trzeba zerkać. Do tego trzeba działać na bieżąco i kontrolować wysokość lotu. Na niebie są też inne balony. Oczy trzeba mieć dokoła głowy, ale… piękne widoki uciekają. Często montuję kamerkę go pro do kosza i po zawodach siadamy sobie z mężem i oglądamy. Pilot sportowy skupia się na rzeźbie terenu głównie w momencie lądowania. My nie wiemy dokładnie, gdzie to miejsce będzie. Można to mniej więcej zaplanować, ale mniej niż więcej.

Strach jest częścią tego lotniczego przedsięwzięcia. To ciągła walka z ograniczeniami. Mistrzyni świata o strachu

– Żadnego wpływu?
– Wpływ w rzeczy samej mamy. W normalnych warunkach przecież nie spadamy z nieba, tylko świadomie podejmujemy decyzję o przyziemieniu. Po prostu te decyzje są spontaniczne. Zawsze podkreślam fakt, że w balonie nie mamy kierownicy czy drążka sterowego, a zmianę kierunku lotu możemy osiągnąć tylko poprzez zmianę wysokości i znalezienie masy powietrza, która przesuwa się w pożądanym kierunku. Do tego potrzebujemy aktualnych komunikatów meteorologicznych, map i pomiarów wiatru na wysokościach. Dysponując tego typu danymi, możemy zaplanować lot w miarę dokładnie. Zazwyczaj sami decydujemy o wyborze miejsca startu, bo to niejednokrotnie ma wpływ na przebieg i dokładność lotu. W trakcie zmagań można spokojnie przelecieć kilkadziesiąt kilometrów. Wszystko uzależnione jest od prędkości i kierunków wiatru. Najpierw skupiamy się na figurach i zadaniach, a potem ląduje się tam, gdzie akurat, jest optymalne miejsce. Czasem to jest łąka, czasem pole, czasem droga. Jak to jest ściernisko to też spoko. Gorzej jak już coś tam rośnie. Teoretycznie można by było podejść do lądowania jak do kolejnej konkurencji i wyznaczyć na kierunku lotu dokładny punkt przyziemienia. Niemniej jednak tego nie robimy. Wystarczy wstępna analiza mapy i świadomość, że dysponujemy po ostatnim zadaniu odpowiednią przestrzenią do lądowania, a decyzję podejmujemy chwilę przed przyziemieniem. W momencie, w którym poznamy specyfikę latania balonem i zrozumiemy, że ten statek powietrzny nie jest szybowcem ani samolotem, wówczas owa tajemnica miejsca lądowania nabiera magicznego wymiaru.

– Leci pani nad miastem, powiedzmy nad Lesznem, i nagle trzeba lądować. Zdarzyło się coś takiego?
– Kilkukrotnie spotkałam się z sytuacjami, w których nastąpiło nagłe pogorszenie pogody i trzeba było szybko wylądować, bo wiatr miał coraz wyższe prędkości i nie wyglądało to dobrze. Na szczęście w tych momentach nie byłam nad miastem. A lądowania przy prędkości 40-50 km/h zakończyły się tylko siniakami. Nad miastem miałam do czynienia z innym mało komfortowym faktem w powietrzu – leciałam z kimś, kto miał lęk wysokości. Chciał wychodzić, wracać, a na to było już za późno. To nie jest fajna sprawa ani dla mnie, ani dla takiej osoby, która ma tego typu lęki i siedzi na środku wiklinowego kosza. Od tamtego dnia każdy, kto po raz pierwszy odrywa się w moim towarzystwie od ziemi, słyszy zestaw pytań, których celem jest wczesne zdiagnozowanie wszelkich obaw i lęków…

– Mówiła pani, że w trakcie zawodów na niebie są inne balony. Kolizje są możliwe?
– Zdarzają się, ale bardzo rzadko. W mistrzostwach świata w Brazylii mój kolega z reprezentacji Polski, Bartosz Nowakowski, miał taki wypadek. Wleciał w niego pilot z Rosji. Uszkodził powłokę w górnej części, a jak tam się coś zniszczy to niestety, grawitacja działa. Spadał na linie wysokiego napięcia. Potem wiatr zniósł go na dom. Skończyło się tak, że wylądował w ogródku. Powłoka zahaczyła o drzewo i to zamortyzowało upadek.

Wleciał w niego pilot z Rosji. Uszkodził powłokę. Spadał na linie wysokiego napięcia. Potem wiatr zniósł go na domu Daria Dudkiewicz-Goławska o wypadku Bartosza Nowakowskiego

– To jedna z tych historii ze szczęśliwym zakończeniem?

– Bartosz leciał ze swoim nawigatorem. Nic im się nie stało. Chwilę zajęło mu odbudowanie lotniczej pewności siebie. Jednak rozmawiamy tu o jednym z najlepszych polskich pilotów balonowych, więc proces przełamania pewnych wewnętrznych barier musiał zakończyć się sukcesem! Zresztą, on często lata ze spadochronem, ale tamtego feralnego dnia go nie zabrał. Inna sprawa, czy ten spadochron mógłby mu pomóc. Ta sytuacja miała miejsce na wysokości 200-250 metrów. Za nisko, żeby spadochron mógł uratować życie. Jemu uratowało drzewo.

– Na czym polegają zawody w baloniarstwie? Wiem, że musicie robić jakieś figury, ale przypuszczam, że to nie jest ani beczka, ani korkociąg.
– Nic z tych rzeczy. Zawody balonowe są sprawdzianem umiejętności pilotów w wielu różnych konkurencjach. Podstawą sportowej rywalizacji jest latanie precyzyjne, co oznacza, że trzeba dolecieć jak najbliżej pewnych punktów: czasami są to punkty wyznaczone na ziemi, czasami punkty zawieszone w przestrzeni, jakieś strefy wirtualne – figury przestrzenne – w których należy przebyć np. najdłuższą trasę. W Nałęczowie była konkurencja banana split. W powietrzu zostały zaznaczone dwa przecinające się półokręgi, przypominajcie banana. Trzeba było po starcie dosłownie wystrzelić. Złapać prawy wiatr i wlecieć w punkt przecięcia. Potem należało bardzo szybko obniżyć poziom lotu, żeby wylecieć na końcowym cypelku tej figury. Wszystkie punkty widzimy na komputerze i na GPS-ach. Dostajemy przed startem komunikaty meteorologiczne, mapy wiatrów na wysokościach i musimy sobie zaplanować lot w taki sposób, żeby wykorzystać optymalnie odpowiednie warstwy powietrza. Wiatr na różnych wysokościach ma odmienne kierunki i prędkości, czasem to kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt stopni różnicy. Dowiadujemy się więc jakie są te kierunki przed lotem i po prostu chodzi o to, żeby pod wpływem zmian wysokości (niekiedy bardzo szybkich) znaleźć się w tej odpowiedniej warstwie powietrza, i z tym wiatrem przesunąć we właściwym kierunku, dolecieć jak najbliżej do wyznaczonego przez sędziów celu. Jak są cele na ziemi, to trzeba zrzucić z kosza taki marker – wstążkę z obciążnikiem i z naszym numerem startowym.

– Baloniarstwo kojarzy mi się trochę z Formułą 1. Tam trzeba obrać taktykę na wyścig. Zaplanować tankowanie…
– Dobre skojarzenie. Taktyka jest istotna. Przed każdym lotem trzeba obrać miejsce startu. Czasami mamy do czynienia ze wspólnym polem startowym, ale zdecydowanie częściej wybór zależy od nas. Miejsce startu przekłada się na prawidłowość lotu, a to na wyniki. Musimy zaplanować ilość gazu, jaką zabieramy do kosza. Ja latam z trzema lub czterema butlami. To jest niecałe 160 litrów. Piątą biorę, jak bardzo słabo wieje. Każdy pilot nakreśla własny scenariusz. To jest zależne od tego, czy leci sam, czy z kimś, jaka jest temperatura otoczenia. Wszystko trzeba przeliczyć. Zdarzają się przypadki, że zasoby gazu w warunkach bardzo słabego wiatru skurczą się na tyle, że rozsądniej jest podjąć decyzję o lądowaniu kosztem niezaliczenia np. ostatniej konkurencji. Tak też bywa…

– Podobnie jak bolid w F1, balon też może osiągać zawrotne prędkości?
– Balon zawsze będzie przemieszczał się z prędkością masy powietrza, w której się znajduje. Jeżeli wieje pięćdziesiątką, to lecimy 50 km/h. Nic ponadto, bo zwyczajnie nie ma napędu.

Podium mistrzostw świata w lotach balonowych w Nałęczowie (fot. archiwum prywatne)

– Jak duży jest kosz balonu?
– Ok 1m × 1,20m. Nie za dużo miejsca. Starcza na cztery butle i dwie osoby.

– Można dostać klaustrofobii. 

– Bez przesady. Na dobrą sprawę my tam tylko stoimy, więc nie potrzebujemy, jakoś nie wiadomo, ile miejsca. Tylko tyle, by starczyło dla stóp.

– My, czyli w powietrzu nie jest pani zdana tylko na siebie?
– Niekoniecznie. W trakcie lotu współpracuje z nawigatorką lub nawigatorem, ekipą naziemną oraz pilotami. Do kontaktu z ziemią i innymi zawodnikami wykorzystuję radio lotnicze. Każdy pilot ma team, 3-4 osoby. Ci, którymi się otaczamy w trakcie zawodów, to bardzo istotna przesłanka ewentualnych sukcesów. Na szczęście mam bardzo profesjonalną i rodzinną ekipę. To mój mąż, szwagier i przyjaciółka Beatka. Kiedy bierzemy udział w typowo żeńskich zawodach, tak jak te mistrzostwa w Nałęczowie, to w koszu nie może znajdować się żaden mężczyzna. Mogą nas wspierać z ziemi. Na czym polega nasza praca? Wspólnie przygotowujemy taktykę, wybieramy miejsce startu oraz stawiamy balon. My z Beatką odlatujemy, a reszta monitoruje wszystko z dołu. Ciągle jesteśmy na łączach. Ekipa śledzi naszą pozycję w powietrzu, robi pomiary wiatru przy ziemi. Generalnie trzyma rękę na pulsie. Potem dociera na miejsce lądowania i pomaga złożyć balon. To oczywiście bardzo ogólny zarys obowiązków zespołu balonowego.

Zawody w lotach balonowych, Debreczyn, Węgry (fot. archiwum prywatne)

– Czy nie miała pani spotkania z polskim rolnikiem uzbrojonym w widły, któremu balon na polu średnio się podoba?
– Raczej spotykam się z miłym odbiorem. Na przestrzeni tych kilku lat, trafiłam może na dwie, trzy osoby, które były niezadowolone z lądowania na ich terenie. Zazwyczaj jest bardzo pozytywnie. Dzieciaki wybiegają w piżamach, żeby zobaczyć nasz statek powietrzny z bliska. Dorośli zapraszają nas na grille. Balon na ogrzane powietrze umożliwia lot tuż nad rzeźbą terenu. Wtedy wchodzimy w interakcje z tymi na ziemi. Każdy chce zamienić słowo. Machają, pozdrawiają. To jest bardzo mile.

– A co, gdy pogoda się załamie?
– Trzeba lądować!

– Latała pani w złych warunkach?
– Mam kilka deszczowych wspomnień z lotów zawodniczych. Pamiętam również sytuacje nagłej zmiany pogody, gdzie wiatr przy ziemi nabierał niebezpiecznych dla balonów prędkości. Były również warunki totalnej ciszy, które wbrew logice też nie są wymarzone, ponieważ można „zaparkować” nad linią wysokiego napięcia, budynkiem lub lasem zdając sobie sprawę, z ubywającego z butli gazu. Najwyraźniej zapisał się lot, który miał miejsce podczas pierwszych Mistrzostw Świata Kobiet w Lesznie. Mniej więcej 10 minut po starcie nastąpiło załamanie pogody i lało naprawdę. Znajoma w tym czasie jechała samochodem, to wycieraczki nie dawały rady odprowadzić wody. No, ale nic. Ogień rywalizacji, więc latamy i walczymy. A balon był tak ciężki od wody, że reagował nienaturalnie. Miałam tylko jeden palnik. Ten malutki płomyk ledwo dawał radę, a powłoka ważyła tyle, jakby w koszu było jeszcze trzech dorosłych. Spadałam na linie wysokiego napięcia, ale udało się wyjść z opresji. W trakcie tego lotu doświadczyłam również bliskiego spotkania z klapą spadochronową, która pod wpływem wody i niedużego wznoszenia wpadła mi do wnętrza balonu. Sytuacja trudna, ale nie krytyczna. Jednak dla kogoś, kto przygodę z lotnictwem dopiero zaczynał, było to doświadczenie traumatyczne i zdecydowanie niezapomniane. Po wszystkim wylałam kilka litrów łez… Oczyściłam umysł i… wróciłam do kosza.

– Oprócz linii wysokiego napięcia zmorą pilotów muszą być chmury burzowe.
– Jak się widzi chmury burzowe, to nie ma co się zastanawiać. Trzeba ciągnąć za klapę i lądować. Spotkanie z chmurą burzową może być naszym ostatnim w życiu. Groźne są nie tylko wyładowania atmosferyczne. Chmura cumulonimbus może nas wynieść wysoko w powietrze. Na taką wysokość, gdzie już sobie nie pooddychamy i na której można spotkać gwałtowną zmianę temperatury przekraczająca nawet 40 stopni.

Spadałam na linie wysokiego napięcia. Mały płomyk ledwo dawał radę. Wylałam kilka litrów łez. Daria Dudkiewicz-Goławska

– A nie można unieść się ponad poziom chmur?
– Można. Mamy do czynienia z różnymi kategoriami chmur, które różnie się układają i występują na różnych wysokościach. Czasami to żaden problem. Generalnie zasada jest taka, że według lotniczych przepisów musimy mieć kontakt wzrokowy z ziemią. Do czterech kilometrów możemy balonem polecieć bez dodatkowego zapasu tlenu. Powyżej trzeba się odpowiednio przygotować. Widoki znad chmur są bezcenne i nadają światu bajkowego charakteru.

– Na koniec, jest pani mistrzynią w locie balonem na ogrzane powietrze. Czy są zatem balony działające inaczej?
– Są jeszcze balony gazowe. W wyobrażeniu większości balon to właśnie ten gazowy. Czym się różni? Przede wszystkim nie ma palnika. Jest wypełniony helem lub wodorem. Do tego na burtach są przyczepione jako balast worki z piaskiem. Zawsze jak mówię, że zajmuję się baloniarstwem, to pytają, gdzie mam te worki z piaskiem. Takim balonem jeszcze nie latałam, ale to jedno z moich marzeń.

Rozmawiał – Krystian Juźwiak

"Złowione w sieci": kadrowe pseudonimy i gol polskiego bramkarza

najpopularniejsze

Złowione w sieci: echa skandalu w Buenos Aires. Raków gratuluje Robertowi Kubicy

Pierwsza konferencja Nawałki: praca w Lechu Poznań to wyzwanie

Grupa marzeń i śmierci Jerzego Brzęczka. Selekcjoner wybrał rywali w eliminacjach

Co dalej ze Stocznią Szczecin? "Titanic tonie"

Podanie Slaughtera i "czucie gry" Mateusza Ponitki. Piękna akcja Polaków