tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Dorota Banaszczyk, mistrzyni świata w karate olimpijskim: kombinowałam, żeby zdobyć pieniądze na przygotowania [WYWIAD]

Dorota Banaszczyk w sobotę sensacyjnie sięgnęła po złoty medal mistrzostw świata w karate olimpijskim. Teraz jej celem jest start podczas igrzysk w Tokio. – Przed turniejem nawet nie myślałam, że to jest możliwe. Teraz wierzę, że mogę wszystko – przyznała w rozmowie ze SPORT.TVP.PL.
Dorota Banaszczyk została w sobotę mistrzynią świata w karate olimpijskim (fot. Getty)

Historyczne złoto. Dorota Banaszczyk mistrzynią świata w karate

Mateusz Górecki, SPORT.TVP.PL: – W sobotę zostałaś pierwszą w historii polskiego karate medalistką mistrzostw świata. Spodziewałaś się tego sukcesu?
Dorota Banaszczyk: – Powoli dociera do mnie, czego dokonałam w Madrycie. To są ogromne emocje i nie spodziewałam się, że tak zakończy się mój start. Jadąc na mistrzostwa chciałam wystartować jak najlepiej, pokazać nad czym tak ciężko przez ostatni czas pracowałam. Wszystkie moje poprzednie występy w zawodach z seniorami nie wskazywały na to, że będę stała na najwyższym stopniu podium.

– Ten medal chyba pozwala oswajać się z myślą, że jesteś mistrzynią świata.
– Ostatniej nocy był obok mojego łóżka. Chciałam obudzić się i mieć go przy sobie. Chciałam być pewna, że nic mi się nie przyśniło i to wszystko jest prawdą.

– Droga do finału nie była jednak łatwa.
– W mojej części drabinki były nazwiska najlepszych obecnie zawodniczek na świecie. Chociaż może powinnam powiedzieć – najlepszych przed turniejem. Tam była światowa czołówka, a z tej ćwiartki wyszłam właśnie ja. Zaskoczyłam wszystkich. Nie wiem, czy do ludzi dociera, co się stało. Zastanawiam się, co oni sobie wszyscy myślą...

– Co pomyślałaś, kiedy zobaczyłaś z kim przyjdzie ci walczyć?
– Pierwsza myśl po zobaczeniu drabinki? "Super, przyjechałam do Madrytu. No to sobie postartowałam...". Muszę przyznać, że nie kojarzyłam pierwszej zawodniczki z Dominikany, a nie mam w zwyczaju sprawdzać osiągnięć rywalek przed walką. Widząc takie nazwiska jak Włoszka Sara Cardin (mistrzyni świata z 2014, mistrzyni Europy z 2016 roku – przyp. red.) albo Turczynka Yakan Tuba (mistrzyni Europy z 2017 roku – przyp. red.) w mojej ćwiartce wiedziałam, że będzie ciężko. Myślałam, że nawet jeśli odpadnę gdzieś we wcześniejszych rundach, będę miała problem z dostaniem się do repasaży i zachowaniem szans na brąz. Dwa lata temu podczas mistrzostw świata w Austrii też wystartowałam dobrze, odpadłam dopiero w czwartej rundzie i walczyłam o wyście z ćwiartki. Przegrałam wtedy z Japonką Sarą Yamadą, dokładnie tą samą, którą teraz pokonałam w półfinale. Wtedy zamknęła mi drogę do medalu. Teraz wszystko się odwróciło, pokonałam mocne rywalki i doszłam do finału.

Dorota Banaszczyk w finale mistrzostw świata pokonała Niemkę Janę Bitsch (fot. Getty)

– Która walka była najtrudniejsza?
– Chyba ta z Sarą Cardin. To bardzo doświadczona zawodniczka i musiałam przede wszystkim nastawić się psychicznie. Trzeba było podejść z chłodną głową. Darzę Włoszkę ogromnym szacunkiem, więc czułam przed nią respekt. Kiedy zdobyłam pierwszy punkt, starała się zrobić wszystko, żeby odwrócić losy walki. Nie udało się jej. Po tej wygranej pomyślałam, że będzie dobrze i mogę wszystko.

– Między eliminacjami i finałem miałaś dwa dni przerwy. Trudno było utrzymać koncentrację?
– Nie dało się ukryć, że po awansie do walki o złoty medal cieszyliśmy się z trenerem jak dzieci. Nie mamy doświadczenia w takich sytuacjach. Od wszystkich słyszałam tylko gratulacje. Mój Facebook i Instagram wariowały. Najważniejsza walka była jednak jeszcze przede mną. Starałam się opanować emocje, uspokoić i wyciszyć. Dużo czasu spędzałam sama, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie i odpowiednio przygotować. Nie chciałam spalić się na samym początku pojedynku o tytuł.

– W walce o złoto ważną rolę odegrał twój trener. Poprosił o wideoweryfikację i po jego interwencji sędziowie przyznali drugi punkt.
– Maciej Gawłowski to najlepszy szkoleniowiec w kraju. Nasz klub, Olimp Łódź, uzyskuje najlepsze wyniki. Ciężko pracujemy, trener potrafi przygotować mnie do startów i wie jak zachować się podczas walki. Jak sam to ujął: "uczy się na błędach". W tym roku walczyłam w Turcji o brązowy medal zawodów Premier League. Przez cały pojedynek ani ja, ani rywalka nie zdobyłyśmy punktów i o wyniku decydowało wskazanie sędziów. Przegrałam je 2:3, czyli najmniejszą możliwą różnicą. Jedna chorągiewka w górze i wynik byłby inny. W trakcie walki wydawało się, że byłam lepsza, wykonałam akcje, które mogły być punktowane. Trener bał się wtedy wziąć challenge. Teraz miał plan jak go użyć, czuł co robię podczas walki i wspólnie daliśmy radę.

– Finał rozegrałaś koncertowo. Rywalka nie miała wielu argumentów, żeby cię pokonać.
– Z Janą Bitsch walczyłam rok wcześniej, ale teraz my obie prezentujemy się inaczej. W karate wszystko ciągle się zmienia. Coś nad czym pracujemy w jednym miesiącu, za dwa może okazać się zupełnie niepotrzebne. Trener zwracał mi uwagę na jej mocne i słabe strony. Cały czas powtarzałam mu jednak, że trzeba robić swoje. Musieliśmy skupić się na finale i walczyć tak, jak we wcześniejszych rundach. Pan Maciej jest dość wybuchową osobą, często ponoszą go emocje i czasami muszę go uspokajać. Dzień przez walką przyszedł do mnie dwa razy. Za pierwszym chyba sam nie był świadom, że jestem w finale.

Banaszczyk jako pierwsza Polka stanęła na podium mistrzostw świata seniorów w karate olimpijskim (fot. Getty)

– Ten medal waży chyba sporo. Mam tu na myśli pracę, którą trzeba było włożyć w jego zdobycie.
– W tym roku miałam pod górkę. Przede wszystkim finansowo, a przecież pieniądze są bardzo ważne w sporcie. Jedynym moim wsparciem był program "Team100" Ministerstwa Sportu i Turystyki. Gdyby nie te pieniądze, to pewnie nigdzie bym nie wystartowała. Siedziałabym w domu, śledziła wyniki i płakała, że nie ma mnie na zawodach. Z racji zamieszania z polskimi związkami nie było w tym roku mistrzostw kraju i nie mogłam ubiegać się o stypendium z miasta. Miałam dziesięć tysięcy złotych na kwartał. To oczywiście świetna kwota, ale do wykorzystania takiego, jak robią to inni uczestnicy programu – na fizjoterapeutę, suplementację, dietetyka. Ja za tę kwotę musiałam kupować bilety lotnicze, żeby móc gdziekolwiek wystartować. W pewnym momencie miałam taki dołek finansowy, że po zawodach w Japonii na moim koncie było 50 złotych... Zastanawiałam się jak mam się za to przygotować do mistrzostw, jeśli boję się czy na siłowni nie poproszą mnie o opłacenie karnetu. Zamiast skupiać się na przygotowaniach, kombinowałam jak zdobyć jakieś pieniądze.

– Motywacji zatem nie brakowało.
– To prawda. Dodatkowo, kiedy pojawiły się powołania wielu twierdziło, że nie są one sprawiedliwe. Spotkałam się z komentarzami dotyczącymi mnie. Mówiono, że już nie liczy się forma zawodnika, a układy trenerskie. Muszę jednak podziękować tym osobom, bo oczywiście trochę mnie to dotknęło i byłam zła, ale potrafiłam to przełożyć na motywację. Chciałam pokazać co potrafię. Podobnie było w ubiegłym roku, kiedy w Sofii zdobyłam brąz ME młodzieżowców. Wtedy zobaczyłam komentarz: "Dorota Banaszczyk? A kto to jest?" No to pokazałam kim jestem.

– Masz świadomość, że oczekiwania będą teraz znacznie większe?
– Startowanie z tytułem mistrzyni świata to oczywiście wielkie wyzwanie. To dodatkowa presja, każdy będzie chciał mnie pokonać, wyczekując mojego potknięcia. Pierwszy start po MŚ mam w zawodach Series A w Szanghaju. To duży sprawdzian i dla mnie, i dla trenera. Zobaczymy jak nam pójdzie. Oczekiwania będą wielkie, ale ja też będę wymagać od siebie więcej. Chcę, żeby wyniki utrzymywały się na dobrym poziomie, a nie tak jak do tej pory, kiedy starty kończyłam na drugiej albo trzeciej rundzie. To największy ból dla sportowca, kiedy zdobywa medal, a później nie ma nic. Mam nadzieję, że w moim przypadku tak nie będzie.

Polka po finale dziękowała trenerowi Maciejowi Gawłowskiemu (fot. Xavier Servolle/Polska Unia Karate)

– Tytuł mistrzyni świata powinien znacznie ułatwić drogę do igrzysk olimpijskich w Tokio.
– Tam będą tylko trzy kategorie wagowe, a normalnie startujemy w pięciu. Moja – do 55 kilogramów – będzie połączona z kategorią do 50 kilogramów. Trudność polega na tym, że zakwalifikuje się tylko osiem zawodniczek z każdej kategorii. Jako sportowiec marzę o starcie na igrzyskach, ale przed mistrzostwami świata mierzyłam siły na zamiary. Nie chciałam się łudzić, że to jest możliwe. Starty w zawodach seniorskich wyglądały tak, jak wyglądały, a rywalki regularnie zdobywały dużo punktów do rankingu. Nie uważałam, że mój wyjazd na igrzyska jest możliwy. Po tym medalu wierzę, że mogę wszystko. Będę teraz w pierwszej dziesiątce, a może nawet piątce rankingu olimpijskiego. Ten medal zmienił cały mój świat. Marzenie zamieniło się w cel do zrealizowania.

– Z przytupem weszłaś do światowej czołówki, a przecież to twój pierwszy pełny sezon w kategorii seniorek.
– W tym roku skończyłam 21 lat i zakończyłam starty w kategorii młodzieżowej. Był to dla mnie trochę bolesne, bo myślałam że mogę osiągnąć jeszcze większe sukcesy w młodszej kategorii wiekowej. Przecież wśród seniorów jest o nie znacznie trudniej.

– Głośno zrobiło się o tobie jeszcze przed finałem. Polski Związek Karate zakazał reprezentacji używania symboli narodowych w trakcie mistrzostw.
– Widziałam artykuły na ten temat, ale starałam się od tego odciąć. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wystartować bez godła w walce o złoto. Choćby grozili mi więzieniem, to i tak bym go doszyła do kimona. Jakby to wyglądało, gdybym w pierwszym w historii polskiego karate finale MŚ walczyła bez symboli narodowych? Do samego końca czekaliśmy na decyzję z ministerstwa, działacze Polskiej Unii Karate zaangażowali się w załatwianie wszystkich formalności. Dzień po eliminacjach dowiedziałam się, że nie ma przeszkód. W piątek przed finałem wzięłam igłę oraz nitkę i przyszłam orzełka. Tak w ramach relaksu. Później zrobiłam zdjęcia i wysłałam moim najbliższym. Tym samym byłam gotowa do pojedynku.

Banaszczyk została uznana najbardziej wartościową zawodniczką turnieju (fot. Xavier Servolle/Polska Unia Karate)

– Chwilę, w której stanęłaś na najwyższym stopniu podium i wysłuchałaś hymnu, zapamiętasz na długo?
– To niezapomniane wspomnienie, czułam się jak w innym świecie. Trudno to nawet opisać. Weszłam na podium i zastanawiałam się, co powinnam ze sobą zrobić w tej sytuacji. Łzy same napływały mi do oczu. To było cudowne uczucie, cieszę się, że wreszcie mogłam go doświadczyć. Zwłaszcza, że doszło do tego dzień przed setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Ludzie pisali mi, że to wspaniała niespodzianka i prezent. Otrzymałam masę pozytywnych komentarzy.

– Od nich też dostałaś nagrodę w postaci tytułu MVP turnieju.
– Przemiła sytuacja. To było głosowanie kibiców, a Polacy pokazali, że w grupie siła, a sukces jednoczy wszystkich. Mogłam liczyć na ich olbrzymie wsparcie, udostępnienia i lajki, które pomogły mi uzyskać największe poparcie.

– Gdybyś poszła w ślady taty, który był judoką, tego historycznego medalu mogłoby nie być.
– Szczerze mówiąc, muszę dopytać taty jak to było. Pamiętam, że miałam zamiar zająć się judo, ale on chyba nie do końca chciał, żebym trenowała tę dyscyplinę. Chyba mówił wtedy, że to sport dla mężczyzn, bardzo siłowy i kobiety muszą być muskularne, żeby osiągać sukcesy. W podstawówce, obok której mieszkam i w której się uczyłam, odbywały się treningi karate. Zawsze ciągnęło mnie do sportów walki. Może to kwestia tego, że mam młodszego brata i zawsze rywalizowaliśmy. Spodobało mi się i tak już zostało do dziś. To była chyba najlepsza decyzja w moim życiu.

100 lat polskiego sportu (dokument)

najpopularniejsze

Bosiek: celem są mistrzostwa świata juniorów. Mam nadzieję, że trafię z formą

ME 2018 piłkarek ręcznych. Polska – Dania: czerwona kartka dla Karoliny Kochaniak [WIDEO]

Kolejny przegrany turniej. Smutny obraz polskiego szczypiorniaka

Therese Johaug znowu bezkonkurencyjna. Radość Norweżki na mecie

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim: Sebastian Kłosiński – David La Rue (bieg na 1500 m)