tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Łukasz Grochala, fotograf pracujący przy meczach reprezentacji Polski: Beenhakker i Nawałka mają podobne charaktery [WYWIAD]

We wtorkowy wieczór w Guimaraes po raz 165. będzie pracował jako fotoreporter przy meczu reprezentacji Polski. Z aparatem w ręku odwiedził największe piłkarskie areny w Europie. Jak wygląda praca z kadrą od środka? Których selekcjonerów wspomina najlepiej, a których najgorzej i czy po tylu latach pracy za linią końcową boiska można jeszcze emocjonować się sportem? Opowiedział nam o tym Łukasz Grochala, właściciel agencji fotograficznej Cyfrasport.
W Guimaraes po raz 165. będzie pracował jako fotograf podczas meczu reprezentacji Polski (fot. archiwum prywatne Łukasza Grochali)

Portugalia – Polska: sprawdź szczegóły transmisji

Patryk Prokulski, SPORT.TVP.PL: – Praca związana ze sportem często jest powetowaniem sobie niespełnionych marzeń o karierze zawodnika. Czy tak było też w twoim przypadku?
Łukasz Grochala: – Faktycznie, spędziłem nieco czasu w juniorskich drużynach Metalowca Łódź, ale mniej więcej w ósmej klasie, po półtora sezonu musiałem z tym skończyć. Sport był mi jednak zawsze bliski. Często chodziłem na mecze Widzewa. Wiedząc, że nie mam już szans na karierę piłkarską, zacząłem zwracać uwagę na gości z aparatami fotograficznymi za bramką. Pomyślałem, że to może być ciekawy sposób na życie. Chociaż początkowo się wahałem, w końcu zacząłem próbować się w tym realizować.

– Jakie były początki?
– Pomógł mi ojciec chrzestny, który miał dużo aparatów firmy Zenit, powszechnie wtedy używanych. Nimi wykonywałem pierwsze próby podczas meczów piłkarskich i żużlowych. Wiedziałem, że nie mogę ograniczyć się do jednej dyscypliny sportowej. Na przełomie wieków miałem już pierwsze publikacje w lokalnych periodykach. Później udało mi się dostać do "Ekspresu ilustrowanego", mocno ukierunkowanego w tamtych czasach na sport. Dało mi to możliwość wyjazdów na mecze Widzewa, ŁKS-u i reprezentacji oraz na zagraniczne zgrupowania. Pamiętam, że za kadencji Jerzego Engela wydawaliśmy dobre dodatki sportowe. Obejmowaliśmy wszystko – od szóstej klasy rozgrywkowej do ówczesnej I ligi.

– W którym momencie uświadomiłeś sobie, że już na pewno chcesz związać swoją karierę z fotografią sportową?
– Na początku w "Ekspresie ilustrowanym" pracowałem nie tylko przy rozgrywkach sportowych, realizowałem też inne tematy. To była bardzo dobra szkoła życia. Zajmując się sprawami najbardziej podstawowymi, jak dziury w drodze, wyjazdy policyjne czy wydarzenia kulturalne, nauczyłem się wszechstronności. Sport był bardzo miłym dodatkiem i zawsze starałem się, żeby mieć z nim jak najwięcej styczności. W pewnym momencie zdecydowałem się zrezygnować ze studiów i spróbować swoich sił w "Przeglądzie sportowym". W efekcie zmian brakowało im fotoreporterów w Poznaniu, gdzie się przeprowadziłem.

– Ta praca otworzyła ci drogę do największych sportowych imprez na świecie.
– Pierwszy poważny sprawdzian nadszedł już miesiąc po rozpoczęciu w nowej redakcji. Był 2003 rok, a Polscy siatkarze rozgrywali w Lipsku turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich. To była ich ostatnia szansa, by awansować na imprezę w Atenach. Przeskok z ligowych meczów Widzewa na decydujące spotkania reprezentacji Polski był ogromny. Sprawdziłem się, dzięki czemu "Przegląd" zaczął wysyłać mnie na mecze piłkarskiej kadry, prowadzonej przez Pawła Janasa. Pamiętam wyjazdowy sparing z Francuzami na Stade de France. To było spotkanie z wielką piłką. W 2005 roku po raz pierwszy pracowałem jako fotoreporter podczas finału Ligi Mistrzów. Już sam mecz w Stambule był wyjątkowym przeżyciem, ale dobrze wspominam cały wyjazd. Byliśmy w Turcji tydzień, robiąc reportaż o pobycie Mirosława Szymkowiaka w Trabzonsporze.

Grochala miał okazję pracować przy meczach kadry siatkarzy (fot. archiwum prywatne Łukasza Grochali)

– Pierwszy raz pracowałeś na najważniejszym klubowym meczu piłki nożnej. Finały rozgrywano wtedy w środy, więc następnego dnia ukazywała się gazeta. A tu dogrywka, rzuty karne – wszystko już po terminie wysyłania dzienników do drukarni – to musiał być duży stres.
– Szczęśliwie, w Polsce następnego dnia przypadało Boże Ciało, więc nie wydawaliśmy gazety. Internet w 2005 roku nie miał jeszcze aż takiego znaczenia jak dzisiaj, więc do większości zdjęć usiadłem na spokojnie dopiero następnego dnia. To dało mi ogromny komfort pracy.

– Czym się różni praca fotografa dzisiaj w porównaniu z tamtymi czasami?
– Z jednej strony możliwości techniczne ją ułatwiają. Z drugiej, pracujemy "na już", co jest bardziej wymagające. Jeśli nie jesteś fotografem dużej agencji jak Reuters lub AFP, gdzie całe sztaby na bieżąco odbierają i edytują zdjęcia przesyłane z miejsca wydarzenia przez reporterów, musisz zrobić wszystko sam w trakcie meczu. Natomiast kiedyś było tak, że miałem do dyspozycji po 2-3 klisze na jedno spotkanie. Czasami musiałem opuścić stadion już w przerwie, żeby je wywołać i przesłać do redakcji negatywy, żeby ktoś na miejscu mógł wybrać te fotografie, które miały zostać opublikowane.

– Czy zawód fotoreportera stracił na wartości?
– Zdecydowanie. Kiedyś mając do dyspozycji kliszę z określoną liczbą możliwych do zrobienia zdjęć, trzeba było wyczekać odpowiedni moment. W dobie cyfryzacji jest to oczywiście uproszczone, zdjęcia robi się hurtowo. Co więcej, w związku z powszechnym korzystaniem z mediów społecznościowych, z ważnym wydarzeniom towarzyszy masa amatorskich zdjęć i filmików publikowanych w sieci – każdy może być reporterem.

– Kiedy zacząłeś pracować dla PZPN-u?
– W 2011 roku, za kadencji Franciszka Smudy. Wcześniej będąc jeszcze związanym z "Przeglądem sportowym", wysyłano mnie na mundial w Niemczech, potem na wielu spotkaniach za kadencji Leo Beenhakkera, także tych na Euro 2008. Miałem więc już spore odpowiednie nabyte przy meczach kadry.

– Jak oceniasz pracę przed i podczas mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie?
– Wokół kadry było dużo szumu. Wszystkim udzielał się nastrój oczekiwania i rozbudzone nadzieje podczas pierwszej połowy z meczu z Grecją. Później wszystko w drużynie bardzo się posypało. Mimo to widać było po kibicach, że przed ostatnim meczem z Czechami wciąż byli pełni wiary. Przed spotkaniem nad stadionem we Wrocławiu przeszła niesamowita ulewa, ale w ogóle nie osłabiło to atmosfery na trybunach. Jak się skończyło, wszyscy pamiętamy.

Fotograf uczestniczył w przygotowaniach reprezentacji do ostatnich wielkich turniejów (fot. archiwum prywatne Łukasza Grochali)

– Miałeś styczność z selekcjonerami z ostatnich kilkunastu lat. Z kim pracowało ci się najgorzej, a z kim najlepiej?
– Każdy trener to inny temperament, osobowość i energia. Z niektórymi udało mi się nawiązać bliższy kontakt i poczuć ich akceptację, ale też na przestrzeni lat spotkałem się z brakiem zrozumienia czy jakiejkolwiek interakcji u niektórych trenerów. Wolę jednak skupić się na pozytywach. Bardzo fajnie pracowało mi się w czasach Pawła Janasa, kiedy jeszcze nie było zamkniętych treningów, z czego korzystali dziennikarze i fotoreporterzy. Pamiętam zgrupowanie w niemieckim Herzlake, gdy piłkarze trenowali na trzech nieogrodzonych boiskach. Pracowaliśmy w atmosferze pikniku. Leo Beenhakker wprowadził zamknięte treningi, co było nowością. Któregoś razu we Wronkach mimo zamknięcia stadionu dla mediów, wraz z dwoma kolegami robiliśmy zdjęcia z jednej z pobliskich górek, które otaczają. W pewnym momencie podszedł do nas ówczesny dyrektor reprezentacji, Jan de Zeeuw. Spodziewaliśmy się bury, a skończyło się… zaproszeniem nas na teren stadionu. Okazało się, że wypatrzył nas Beenhakker, który powiedział nam wtedy, że jesteśmy profesjonalistami i docenia nasz wysiłek. Jego kadencję wspominam najlepiej, obok tej Adama Nawałki. Panowie są zresztą bardzo podobni pod względem charakterów.

– A jak wygląda współpraca z piłkarzami? Czy obecni reprezentanci mają inne podejście do pracy przed kamerą czy aparatem?
– Zmierza to w dobrym kierunku. Zawodnicy profesjonalnie do tego podchodzą. Piłkarze są bardziej świadomi, rozumieją że ich praca nie ogranicza się tylko do boiska. Sesje fotograficzne czy inne zobowiązania np. wobec sponsorów są także częścią ich obowiązków. Bardzo otwarte jest zwłaszcza najmłodsze pokolenie reprezentantów.


– Czy po tylu latach współpracy czujesz się członkiem drużyny, czy jedynie jej cichym obserwatorem?
– Oczywiście mam więź z kadrą. Po Euro 2012 opuściłem tylko towarzyski mecz z Urugwajem [1:3, 14 listopada 2012 – przyp. red.]. Od tamtego czasu byłem obecny na każdym zgrupowaniu i spotkaniu. Poza treningami i meczami mam również sesje z piłkarzami czy też inne aktywności medialne. Towarzyszę im i czuję się częścią tego zespołu. Razem z nimi przeżywałem chwile wzruszenia, ale też smutku. Wspomnienie ciszy w samolocie po meczu z Senegalem na mistrzostwach świata w Rosji będzie mi towarzyszyć do końca życia.

– Czy w takim razie są jacyś reprezentanci, z którymi odczuwasz bliższą więź?
– Musimy tutaj rozdzielić dwie sprawy. To, że czuję się członkiem drużyny, nie oznacza, że chcę się spoufalać z piłkarzami. Oczywiście mają różne charaktery, jedni są pierwszoplanowymi postaciami, inni nie, ale jestem profesjonalistą i do wszystkich podchodzę w ten sam sposób. Nigdy nie starałem się wykorzystać faktu, że się z kimś znam.

Grochala pracując z kadrą miał okazję poznać najlepszych polskich piłkarzy (fot. archiwum prywatne Łukasza Grochali)

– Mimo to wciąż jesteś bliżej Roberta Lewandowskiego lub Kamila Grosickiego niż kibice. Czy są reprezentanci, którzy prywatnie są inni niż przed obiektywami kamer i aparatów?
– Nie, nie sądzę. Żaden z nich nie zakłada maski, nie pozuje przed kamerami, by być kimś innym niż w rzeczywistości. Są bardzo naturalni. Jeśli wszyscy poza kadrą uważają, że Wojciech Szczęsny czy Grosik są żartownisiami, to dokładnie tak jest.

– Pracowałeś także z reprezentantami uprawiającymi inne dyscypliny.
– Można powiedzieć że przyniosłem szczęście siatkarzom. Przed mistrzostwami świata w Polsce zrobiłem dużą sesję z zespołem Antigi i zakończyło się to złotym medalem. Po czterech latach, pomimo licznych zawirowań wokół kadry, związek znów zwrócił się do mnie i raz jeszcze zająłem się sesją na majowym zgrupowaniu w Spale. I raz jeszcze sięgnęli po mistrzostwo!

– W takim razie PZPS już pewnie zabukował cię w przypadku awansu na igrzyska w Tokio!
– Nic mi jeszcze o tym nie wiadomo. Trzeba zadzwonić z tym pytaniem do nich [śmiech].

– Wróćmy na chwilę do mundialu w Rosji. Reprezentacja była krytykowana za syndrom oblężonej twierdzy. Jak oceniasz to zachowanie i jak tobie pracowało się w tych trudnych momentach?
– Ciężko mi stwierdzić, czy było to dobre czy złe działanie. Nie dziwię się, że po porażkach wszyscy byli mniej kontaktowi. Praca w tamtych tygodniach była trudniejsza, ale ich zrozumiem. Piłkarze są tacy sami jak my. Gdy w naszym życiu nawarstwiają się problemy, zmieniają się niektóre nasze zachowania, to naturalne. Dlatego też starałem się być nienarzucający i mniej widoczny. Napięcie w zespole było mocno wyczuwalne.

– Czy teraz, gdy piłkarze mają bolesne doświadczenia z Rosji i nowego selekcjonera, wyczuwasz inną atmosferę w kadrze?
– Od zmian minęło niewiele czasu. Drużyna Adama Nawałki potrzebowała nieco czasu na wykrystalizowanie się, nie tylko na boisku. Dlatego jest dla mnie za wcześnie by oceniać Jerzego Brzęczka jako trenera i człowieka.

Grochala fotografuje też turnieje młodych piłkarzy (fot. Łukasz Grochala/Cyfrasport)

– Masz za sobą mnóstwo największych imprez – czy biorąc pod te doświadczenia, ale też obowiązki i presję czasu, jesteś jeszcze w stanie jeszcze cieszyć się atmosferą na trybunach i emocjonować się meczem?
– Fakt, że w tym zawodzie na początku cieszysz się każdym wyjazdem, zwłaszcza kiedy twoje zadania dotyczą coraz bardziej prestiżowych wydarzeń. Jednak z czasem nie chodzi nawet o to, że się przyzwyczajasz. Przede wszystkim, pracując przy kadrze, zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa. Muszę zagwarantować odpowiednią jakość wykonanych zdjęć, ale także szybko je obrobić i wysłać. To oczywiście wpływa na odbiór samych spotkań.

– Czy w takim razie sport wciąż pozostał dla ciebie pasją? Czy możesz pojechać lub włączyć w telewizji jakiś mecz i wciąż się nim cieszyć?
– Raczej nie jeżdżę na mecze w roli widza. Obserwowanie spotkania z wysokości trybun nie jest już tak atrakcyjne, gdy od lat pracuję tuż przy linii końcowej i mogę z bliska obserwować grę i emocje, które przeżywają zawodnicy. Sport wciąż pozostał moją pasją. Ogromną frajdę sprawia mi zwłaszcza praca na meczach reprezentacji młodzieżowych i wszelkie aktywności związane z ideą grassroots, jak turnieje dla dzieci. Fajne jest to, że mogę tam obserwować tych, którzy są na początku swojej drogi. Interesująca jest myśl, że na takim turnieju mogę obserwować narodziny przyszłej gwiazdy i śledzić jej karierę od momentu gdy była jeszcze dzieckiem. Niedawno byłem na turnieju reprezentacji U-17 w Ząbkach. Widziałem w drużynie chłopaków, których znałem z Letniej Akademii Młodych Orłów, którzy też mnie rozpoznali. Dlatego gdy w meczu z Luksemburgiem strzelili gola, podbiegli do mojego narożnika i zaprezentowali bardzo fajną cieszynkę. To zdjęcie wygląda bardziej jak efekt zaplanowanej sesji, a nie spontaniczna radość po bramce. Takie momenty są dla mnie najfajniejsze.

"4-4-2". Jak poradzi sobie kadra bez Lewandowskiego?
Kontuzja kaprysem Lewandowskiego? "Robert zawsze łączył, a nie dzielił"
"4-4-2". Obraz po porażce z Czechami. "Fundamenty reprezentacji zostały rozebrane"
Brzęczek: kłótnie i bijatyki w kadrze? Nic takiego nie miało miejsca

najpopularniejsze

Bosiek: celem są mistrzostwa świata juniorów. Mam nadzieję, że trafię z formą

PŚ w Engelbergu: Polacy powalczą w piątkowych kwalifikacjach. Transmisje z konkursów na antenach TVP, na SPORT.TVP.PL oraz w apl

Therese Johaug znowu bezkonkurencyjna. Radość Norweżki na mecie

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim: Sebastian Kłosiński – David La Rue (bieg na 1500 m)

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim. Zbigniew Bródka: start w Polsce to spełnienie marzeń