tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

O trzy spalone za dużo, o czerwoną kartkę za mało. Trudny mecz Marciniaka

Aż trzy groźne akcje PSG w kierunku bramki Liverpoolu zostały przerwane niesłusznie przez sędziów asystentów, Tomasza Listkiewicza i Pawła Sokolnickiego. W żadnej z tych sytuacji spalonego nie było. Sędziowskim bohaterem meczu można nazwać Pawła Raczkowskiego, który słusznie podpowiedział Szymonowi Marciniakowi, że Sadio Mane został sfaulowany i należy podyktować rzut karny.

O trzy spalone za dużo, o czerwoną kartkę za mało. Trudny mecz Marciniaka

Aż trzy groźne akcje PSG w kierunku bramki Liverpoolu zostały przerwane niesłusznie przez sędziów asystentów, Tomasza Listkiewicza i Pawła Sokolnickiego. W żadnej z tych sytuacji spalonego nie było. Sędziowskim bohaterem meczu można nazwać Pawła Raczkowskiego, który słusznie podpowiedział Szymonowi Marciniakowi, że Sadio Mane został sfaulowany i należy podyktować rzut karny.
Szymon Marciniak i Neymar (fot. Getty Images)

Kiedy w 45. minucie meczu Mane wbiegł w pole karne, a biegnący za nim Angel Di Maria zaczął wykonywać wślizg, Paweł Raczkowski wcale nie był blisko sytuacji. Był tam, gdzie powinien być zgodnie z zasadami współpracy w sześcioosobowym zespole sędziowskim. Poruszał się po linii bramkowej, za słupkiem po przeciwnej stronie bramki, czyli trochę po przekątnej pola karnego. Tak się jednak złożyło, że miał dobry kąt widzenia do oceny tej sytuacji – lepszy niż pozostali sędziowie. I miał znacznie lepszy kąt niż Szymon Marciniak. W sędziowaniu odpowiedni kąt obserwacji zdarzenia zazwyczaj jest ważniejszy niż odległość sędziego od akcji. Niestety, sędzia nie zawsze może sobie wybrać najlepszy do śledzenia akcji, bo sytuacja czasem zmienia się zbyt szybko.

Arbiter z Płocka poruszał się za akcją zgodnie ze sztuką sędziowską, wzdłuż tzw. linii diagonalnej*, ale jednak był ustawiony dosyć nieszczęśliwie do oceny starcia Di Marii z Mane. Sędzia Marciniak nie mógł dokładnie widzieć kontaktu nogi Argentyńczyka z nogą lub nogami rywala ani ewentualnego kontaktu z piłką. Miejsce zdarzenia w kluczowej chwili zasłaniał arbitrowi ciałem sam piłkarz PSG i jeszcze jeden jego partner z zespołu.

"Zaczął upadać za wcześnie"

Napastnik Liverpoolu, spodziewając się ataku ze strony biegnącego za nim Di Marii, zaczął upadać zanim Argentyńczyk go dotknął. To jest fakt bezsporny. Mane prawdopodobnie zamierzał spróbować wymusić rzut karny poprzez symulowanie. To jednak już tylko popularne przypuszczenie. Wymuszenia "jedenastki" nie można bowiem stwierdzić obiektywnie i jednoznacznie nawet na podstawie obrazu telewizyjnego z różnych kamer. Warto wiedzieć i pamiętać, że "głębokie przekonanie", nawet takie "graniczące z pewnością" – jakie czasem ma wielu widzów – to nie to samo, co "całkowita pewność", jaką musi mieć sędzia, aby zdecydować się na ukaranie piłkarza.

Krytycy decyzji o podyktowaniu rzutu karnego twierdzą, że Mane symulował. Argumentują: "zaczął upadać za wcześnie", "szukał karnego", "miękko upadł, to było padolino", "sam pozwolił się sfaulować". Oczywiście, że Senegalczyk dodał "coś od siebie", ale w tym przypadku to trochę za mało, by zarzucić mu symulację i wymuszenie rzutu karnego. Gdyby Senegalczyk ewidentnie symulował zanim popełniony został faul, sędzia oczywiście powinien podyktować rzut wolny pośredni za próbę oszukania i wymuszenia rzutu karnego, a symulanta ukarać napomnieniem, czyli żółtą kartką. Tyle że ani Marciniak, ani Raczkowski nie stwierdzili ewidentnej symulacji przed faulem. Nic dziwnego, skoro nie ma wystarczających podstaw do ukarania piłkarza za celowe udawanie, nawet jeśli wielu z nas patrząc na powtórki tej sytuacji ma podobne przypuszczenia co do jego intencji.

Szymon Marciniak podczas meczu PSG - Liverpool FC (fot. Getty Images)

Skoro nie symulacja, to co?

Każdy, kto ma choćby minimalne pojęcie o "Przepisach gry" i sędziowaniu albo grał w piłkę i ma jakieś doświadczenia w podobnych sytuacjach, musi wiedzieć, że w tej sytuacji nie można mówić o ewidentnym symulowaniu, a ewentualnie jedynie o zamiarze symulowania lub – co najwyżej – o próbie symulowania. Trzeba tu podkreślić, bazując na faktach, a nie przypuszczeniach czy przekonaniach, że w tej sytuacji nie było tak, że napastnik przewrócił się obok obrońcy bez żadnego kontaktu fizycznego z przeciwnikiem. Ani też nie przewrócił się bez żadnego związku z interwencją obrońcy. Nie była to tzw. czysta symulacja. A zatem dlaczego zaczął upadać tak szybko?

Mane mógł zacząć przewracać się "przedwcześnie" z co najmniej dwóch powodów. Oczywiście zarówno dlatego, że być może faktycznie zamierzał lub nawet już próbował wymusić rzut karny, jak i dlatego, że być może bał się, w jaki sposób zostanie zaatakowany przez przeciwnika i wolał dla własnego bezpieczeństwa zacząć upadać przed, jak miał prawo zakładać, pewnym i zbliżającym się faulem. Mógł w ten sposób chcieć zminimalizować ryzyko odniesienia kontuzji. Każdy, kto grał w piłkę, wie przecież, że czasem zawodnicy "uciekają z nogami", aby ktoś im ich w czasie walki o piłkę nie połamał lub nie spowodował innej kontuzji. Piłkarze doskonale wiedzą, że podczas uderzenia lub kopnięcia w nogę będącą w powietrzu ryzyko odniesienia kontuzji jest znacznie mniejsze niż podczas faulu w tzw. nogę postawną.

Dotyk to nie wszystko

Tak jak faulem jest czasem sama próba kopnięcia przeciwnika, która ma określone konsekwencje, nawet jeśli ostatecznie nie udało się go nawet dotknąć – tak samo nie jest symulacją upadek zawodnika bez kontaktu, jeśli w ten sposób chciał on tylko uniknąć bolesnego lub niebezpiecznego dla zdrowia ataku. Gdy zawodnik spodziewa się, że może zostać trafiony od tyłu lub z boku, np. w ścięgno Achillesa, staw skokowy lub w kolano – ma pełne prawo zrobić unik. To naturalne i oczywiście nie powinno być karane. Nie można zawodnika karać za postępowanie zgodne ze zdrowym rozsądkiem i instynktem obronnym, zwłaszcza jeżeli zawodnik miał widoczny powód, aby zacząć upadać. Taki wariant sędziowie (i wszyscy oceniający sędziów) też powinni wziąć pod uwagę. W tym miejscu można rozgrzeszyć Mane, ponieważ Di Maria zaatakował go od tyłu i nieco z boku (z tzw. godziny 16-17).

Jeśli przypomnimy sobie sytuację poprzedzającą gola dla Polski w ostatnim meczu Ligi Narodów z Portugalią, to zauważymy, że związek przyczynowo-skutkowy między faulem na Arkadiuszu Miliku i jego upadkiem również mógł wzbudzać co najmniej wątpliwości. A jednak arbiter podyktował rzut karny, bo Polak faktycznie został sfaulowany.

Niezależnie od rozważań czy spekulacji na temat postępowania Mane i jego intencji, które pozostaną jego tajemnicą, bezspornym faktem jest, że Di Maria nie trafił wślizgiem w piłkę, natomiast trafił w nogę rywala, który w tym momencie stracił możliwość kontynuowania akcji. To w zupełności wyczerpuje znamiona gry faul i oznacza, że rzut karny został podyktowany słusznie.

Skoro Marciniak na boisku nie mógł tego widzieć dokładnie, a najwyraźniej nie otrzymał jeszcze żadnej dobrej podpowiedzi, musiał zgadywać. Dlatego najpierw podyktował rzut rożny i wskazał ręką w kierunku chorągiewki. Gdy po chwili usłyszał podpowiedź, spojrzał w kierunku Raczkowskiego. Następnie podjął nową decyzję, tym razem dobrą: rzut karny. Za współpracę w tej sytuacji obu arbitrom należą się brawa.

Podobno udział w zmianie decyzji z rzutu rożnego na rzut karny miał też sędzia asystent numer 2 Tomasz Listkiewicz, ale z obrazu telewizyjnego to nie wynika (sytuacja miała miejsce w polu karnym, w którym co do zasady decyzje powinny być podejmowane przez sędziego głównego, dodatkowego sędziego asystenta i sędziego asystenta numer 1, czyli Pawła Sokolnickiego).

Szymon Marciniak podczas meczu PSG - Liverpool FC (fot. Getty Images)

Kontrowersja z Neymarem

Dużo pracy Szymon Marciniak miał w sytuacjach, w których faulowany lub rzekomo faulowany był Neymar. Brazylijczyk od dawna znany jest z wyolbrzymiania zdarzeń, co w czasie mundialu doprowadziło do powstania prześmiewczych filmów na jego temat. Neymar jest dosyć trudnym zawodnikiem dla sędziów, tzw. troublemakerem, ale polski arbiter radził z nim sobie dosyć dobrze. Starał się też odpowiednio reagować na faule popełnione na kluczowym zawodniku PSG. Słusznie pokazał żółtą kartkę Joe Gomezowi za złapanie Neymara na lewym skrzydle w 34. minucie i Andy’emu Robertsonowi w 92. minucie. W 35. minucie Marciniak udzielił tylko reprymendy za kolejny faul na Neymarze, ale była to odpowiednia reakcja w tym momencie.

Najtrudniejsza z udziałem Neymara była jednak sytuacja w 81. minucie, tym razem w polu karnym Liverpoolu. Prowadzący piłkę Brazylijczyk gwałtownie zwolnił, chcąc zwodem minąć nadbiegającego Virgila van Dijka. Holender celnie kopnął piłkę, po czym zdarzyło się coś, co wzbudziło sporo kontrowersji. Jednym zamachem nogi, w jednym tempie, van Dijk zagrał bowiem piłkę i trafił w nogę Brazylijczyka, który efektownie się przewrócił, tym razem adekwatnie do sytuacji. Gdyby obrońca Liverpoolu wybił piłkę skutecznie i znalazłaby się ona poza zasięgiem Neymara, to przypadkowe i niezbyt groźne kopnięcie w nogę można byłoby łatwo zignorować. Problem jednak w tym, że piłka pozostała w pobliżu i gdyby nie faul, Neymar teoretycznie mógłby grać dalej.

Warto tu podkreślić, że od wielu lat samo trafienie w piłkę nie usprawiedliwia późniejszego kopnięcia przeciwnika – istotne jest między innymi, czy wybicie piłki było skuteczne na tyle, że pozbawiło napastnika możliwości zagrania. Tutaj z pewnością nie pozbawiło. Tak jak sędziom trzeba dużo pokory wobec niemożności dostrzeżenia wszystkiego, tak samo zrozumienia należy wymagać od tych, którzy sędziów oceniają. Moim zdaniem podyktowanie rzutu karnego w tej sytuacji było poza możliwościami zespołu sędziowskiego – nawet VAR mógłby niewiele pomóc, zwłaszcza gdyby instrukcje dla sędziów VAR w Lidze Mistrzów były podobne jak w czasie pierwszej części Mundialu w Rosji.

"Karny przed telewizorem"

Zgadzam się z Jackiem Laskowskim, który w czasie transmisji skomentował, że to nie był taki atak na piłkę, jaki jest dozwolony: "zabrał piłkę razem z nogami Neymara". Sebastian Mila w studiu TVP powiedział, że podyktowałby karnego. Ja też bym podyktował, ale tylko siedząc przed telewizorem. Na boisku, podobnie jak chyba wszyscy sędziowie, musiałbym pozostać w niepewności, przypuszczeniu, że "chyba" lub nawet "prawie na pewno" był faul. Ale – znowu – przepuszczenie czy nawet "głębokie przekonanie" to za mało. By podyktować rzut karny, trzeba mieć pewność, a jej sędziowie mieć moim zdaniem nie mogli. Brak rzutu karnego jest więc decyzją zrozumiałą i usprawiedliwioną, choć błędną z punktu widzenia "Przepisów gry". Nie można też wykluczyć, że gdyby nie historia, "aktorski" dorobek Neymara i jego udział w tej akcji, sędzia podyktowałby rzut karny. Jakie myśli w tej chwili miał w głowie Szymon Marciniak, wie tylko on sam.

Polak miał w tym meczu sporo pracy i uwzględniając to, jego występ oceniam pozytywnie. Również za stosowanie korzyści, z których szczególnie dwie – w 80. i 84. minucie – były efektowne i pozwoliły PSG wyprowadzić szybkie i bardzo groźne akcje.

Także stosowanie kar indywidualnych w większości przypadków było prawidłowe, choć faul Marco Verrattiego w 24. minucie kwalifikował się do pokazania mu czerwonej kartki. Noga faulującego Włocha była uniesiona, wyprostowana, korki skierowane były w nogę Joe Gomeza w okolicy jego łydki, blisko kości piszczelowej. Był to "flying tackle". Na klipach szkoleniowych FIFA i UEFA takie sytuacje opisywane są jako "serious foul play", co powinno oznaczać czerwoną kartkę.

Szymon Marciniak podczas meczu PSG - Liverpool FC (fot. Getty Images)

Przerwane akcje PSG

Słabiej w tym meczu wypadli sędziowie asystenci z chorągiewkami, którzy przerwali niesłusznie aż trzy groźnie zapowiadające się akcje PSG. Ale podjęli też dobre decyzje.

Sędzia asystent numer 1 Paweł Sokolnicki słusznie nie uznał gola dla PSG w 47 minucie – Marquinhos był spalony. Jednak w trzeciej minucie doliczonego czasu gry drugiej połowy pomylił się bardzo wyraźnie. Między linią spalonego i wybiegającym napastnikiem PSG Dani Alvesem były blisko dwa metry różnicy, a mimo to chorągiewka niesłusznie została podniesiona. Blisko dwumetrowa pomyłka w Lidze Mistrzów to dosyć sporo, szczególnie że sytuacja nie była bardzo dynamiczna. To nie była sytuacja z gatunku trudnych "mijanek", gdy zawodnicy biegną szybko w przeciwnych kierunkach i niezwykle trudno ocenić pozycję napastnika w momencie podania.

Jeden błąd w meczu może się zdarzyć każdemu, nawet najlepszym. Ot, wypadek przy pracy. Niestety sędzia asystent numer 2 Tomasz Listkiewicz popełnił dwa istotne błędy. Szczególnie bolesny był ten w 7. minucie, bo PSG miał dużą szansę na strzelenie gola. W momencie dośrodkowania piłki w kierunku pola karnego na pozycji spalonej był tam tylko Kylian Mbappe, ale piłka trafiła do Thiago Silvy. Piłkę po jego strzale bramkarz Liverpoolu odbił przed siebie i mógłby ją dobić albo sam Silva, albo Mbappé, który w tym momencie był już uprawniony do wzięcia udziału w akcji (w momencie strzału Silvy już nie był na pozycji spalonej). Mbappé mógłby sam strzelać do bramki z 5,5 metra, albo jeszcze bardziej się zbliżyć do bramki i podać do Edinsona Cavaniego, który również był niepilnowany i miałby przed sobą prawie pustą bramkę. Niestety, w sytuacji, w której trzech napastników było przed samotnym bramkarzem Liverpoolu, sędzia asystent podniósł chorągiewkę.

Obiektywnie trzeba zaznaczyć, że w momencie dośrodkowania Cavani zasłaniał Listkiewiczowi miejsce, w którym pięta obrońcy Liverpoolu wyznaczała linię spalonego, a właśnie zza tego obrońcy wybiegał idealnie w tempo Silva. Sędzia z chorągiewką mógł tego nie widzieć, czyli nie mógł mieć pewności, że jest spalony. Powinien mieć wątpliwości, a jeśli sędzia ma wątpliwości, to powinien powstrzymać się od sygnalizacji i pozwolić kontynuować grę.

Po raz drugi sędzia asystent numer 2 pomylił się w 27. minucie, kiedy na lewym skrzydle idealnie w tempo wybiegał Neymar. Tym razem Listkiewicz nie był zasłonięty, ale to była tzw. sytuacja stykowa. Takie sytuacje są tym trudniejsze do oceny, im bardziej sędzia asystent oddalony jest od linii spalonego. Idealne „trzymanie” linii spalonego bywa jednak czasem trudne lub niemożliwe, o czym w tej sytuacji niestety przekonał się jeden z najlepszych polskich specjalistów od pracy z chorągiewką.

Biorąc pod uwagę liczbę sytuacji z wczorajszego meczu i różne decyzje sędziowskie, wiem jak trudne zadanie miał wczoraj Emil Božinovski z Macedonii, który pełnił w tym meczu rolę sędziowskiego obserwatora UEFA. Nie mam jednak wątpliwości, że raport, jaki napisze po tym meczu, pozwoli Szymonowi Marciniakowi sędziować wiosną kolejne mecze w rozgrywkach UEFA. Do prowadzenia finału Ligi Mistrzów w tym sezonie na razie planowani są inni arbitrzy, ale finał Ligi Europy nadal jest w zasięgu polskiego zespołu sędziowskiego.

Rafal Rostkowski: były sędzia główny i sędzia asystent, sędziował m.in. w Ekstraklasie w latach 1991-2017, UEFA 1997-2017, FIFA 2001-2017.

Rafał Rostkowski na Facebooku



* Linia diagonalna – prawdziwa nazwa niewidocznej na boisku linii łączącej dwa narożniki boiska znajdujące się po przekątnej. W sędziowaniu diagonalna to prawie zawsze linia łącząca te narożniki, przy których nie poruszają się sędziowie asystenci z choragiewką – dlatego sędzia główny pojawia się przy tych narożnikach częściej niż przy narożnikach, które znajdują się pod stałą obserwacją sędziów asystentów. Przy okazji pozdrawiam Pana Andrzeja Strejlaua, który o diagonalnych (zwłaszcza podaniach) wie jeszcze więcej.

najnowsze opinie

Adam Małysz Ryoyu? Silna głowa i wesołość

Rafał Rostkowski Piękny horror z karnym Lewandowskiego i spalonym widmo

Maciej Szczęsny W tej kolejce Ekstraklasy... Bryndza panowie!

Robert Podoliński Obowiązek gry młodzieżowca? Musimy szukać takich opcji