tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Polska goni darterski świat. "Zaczynamy przebijać się w mediach"

Już w najbliższy czwartek startują mistrzostwa świata w darcie organizacji PDC – najważniejsza impreza w kalendarzu tej dyscypliny (transmisje w TVP Sport, SPORT.TVP.PL i aplikacji mobilnej). W londyńskiej Alexandra Palace zobaczymy jednego Polaka – Krzysztofa Ratajskiego. Mimo jego obecności dart w Polsce wciąż jest na etapie raczkowania. Wciąż organizacją turniejów zajmują się pasjonaci, którzy poświęcają wolny czas i często... własne pieniądze. W rozmowie ze SPORT.TVP.PL prezes Małopolskiej Organizacji Darta – Łukasz Kamiński – opowiedział między innymi o trudnościach związanych z rozwojem dyscypliny. – Ciężko się przebić. Dart działa, jest wiele stowarzyszeń, ale dalej to sport niszowy, który kojarzy się przede wszystkim z barem i piwem. Powoli walczymy, aby przekonać ludzi, że tak nie jest – przyznał.
Z lewej Gary Anderson, w prawym górnym rogu Rob Cross i Michael van Gerwen, poniżej Krzysztof Ratajski (fot. Getty Images)

MŚ w darcie: trudne losowanie Ratajskiego. "Los nie był łaskawy"

Jakub Łokietek, SPORT.TVP.PL: – Od ilu lat jesteś w polskim darcie – jako zawodnik i jako działacz?
Łukasz Kamiński: – Jako gracz od 2009 roku, a organizator około pięciu-sześciu lat. Na początku uczyłem się od starszych kolegów w Małopolsce – Przemka Bobrowskiego, który ściągnął steela do Krakowa, a później od Maćka Chorbińskiego – naszego guru. Tak naprawdę to dzięki niemu mamy rozgrywki steela w Polsce. Kiedy panowała tu odmiana elektroniczna, to on nieśmiało zaczynał z turniejami i tak wyszło, że teraz to prężnie działa. Zawody softowe również są. W samym Krakowie jest około 250 zawodników, którzy grają na maszynach w Krakowskiej Lidze Darta. Fajnie to działa już piętnasty rok. Od chłopaków uczyłem się podstawowych rzeczy – jak poskręcać i zmontować boksy, a później organizacji turniejów. Doszedłem do wprawy i zawodnicy są zadowoleni, chwalą. To utwierdza w przekonaniu, że robimy dobrą robotę.

– Współpracujesz jeszcze z nimi czy sam ciągniesz wózek?
– Maciej skupiał się na promowaniu Polskiej Ogranizacji Darta i chwała mu za to, bo dzięki jego uporowi jesteśmy wpisani do WDF (World Darts Federation, red.). Dzięki temu możemy organizować turnieje, dzięki którym wyłaniana jest kadra Polski, a także największe zawody – Polish Open, które są co roku w maju w Policach. Przyjeżdżają na nie gwiazdy światowego darta. Mówimy oczywiście o federacji BDO, bo PDC rządzi się swoimi prawami. Sam miałem przyjemność bycia na takich zawodach. Rozmawiałem ze Stephenem Buntingiem czy Tonym O’Shea… To byli faceci, których widzieliśmy tylko w telewizji, ale można było z nimi pogadać. Absolutnie nie zachowywali się jak rozkapryszone gwiazdy – wręcz przeciwnie. Natomiast Przemek miał najpierw kontuzję ręki, która go skutecznie wyeliminowała na długi czas. Teraz powoli wraca do grania, ale – jak sam stwierdził – chętnie pomoże, ale nie aż tak aktywnie jak wcześniej.

– To jak wygląda skład na tę chwilę?

– Teraz mamy już konkretną ekipę stowarzyszeniową. Obecnie to dziesięć osób. Pierwszy sezon za nami. Zorganizowaliśmy 12 turniejów. W każdy weekend po dwa. To było męczące, bo każdy musiał poświęcić dużo czasu. To nie tylko sobota i niedziela. Czasami już w czwartek rusza cała logistyka. W piątek zwozimy to do hotelu lub restauracji, gdzie rozgrywamy zawody i rozkładamy wszystkie dechy, skręcamy je… Czasami trwa to do późnych godzin nocnych. W zeszłym roku w Bochnii skończyliśmy około 1-2 w nocy, a następnego dnia trzeba było wcześnie wstać, zorganizować zapisy i poprowadzić turniej. Niektórym wydaje się, że to samo się robi, samo się rozstawia, a pochłania to masę energii i czasu, a nieraz własnych pieniędzy, bo stowarzyszenie opiera się tylko na składkach. Stałe koszty to jest prawie 600 złotych co miesiąc, m.in. na księgową, a także drobne rzeczy do turniejów klubowych – markery, kartki. Wydaje się, że to grosze, ale tam 20 złotych, tu sto i robi się z tego porządna suma.

Darts, Puchar Świata we Frankfurcie (finał)

– Jak oceniasz te ostatnie 12 miesięcy?
– Fajnie zrobił to Blog Darterski, który objął nas patronatem medialnym. Zrobił podsumowanie sezonu. Śmiałem się, bo chłopaki działali bez naszej wiedzy. Oczywiście, nie znali dokładnych kwot, bo nie chwalimy się dokładnymi wydatkami. Mimo to zrobili to, a my pokazaliśmy, że bez sponsorów w tym sporcie, opierając się tylko na składkach i wpisowym z turniejów, które musi zamykać budżet danego wydarzenia, da się to zrobić. Powiedzmy, że 2000 złotych na jedne zawody trzeba poświęcić. To nie są małe pieniądze. Dla nas to spory wydatek. Chwała członkom i zawodnikom, że udawało się to pospinać. Zamknęliśmy cały cykl na zero, może z małym minusem, bo ostatnie zawody miały małą frekwencję. Tak niestety bywa, pewnych rzeczy nie da się przewidzieć.

– Ile czasu poświęcasz dziennie na sprawy związane z dartem?
– Jak chyba każdy z nas – może oprócz Krzyśka Ratajskiego, który zarabia na życie z gry – mamy inne obowiązki i pracę. Poświęcimy kilka chwil wieczorem. Wysyłamy maile, dzielimy się rzeczami na naszej grupie na Facebooku. Zazwyczaj jak mamy ustalony termin zawodów, a zazwyczaj staramy się to robić z wyprzedzeniem dwu-trzymiesięcznym, to miesiąc przed jest pełna mobilizacja. Wiemy co i kiedy mamy robić. Spokojnie dogadujemy wszystkie szczegóły. Inaczej wygląda sprawa z turniejem, który już w styczniu. Jesteśmy współorganizatorem Grand Prix, czyli jednej z eliminacji do polskiej kadry. Tu organizacja jest praktycznie w momencie zakończenia poprzedniego turnieju. Zaklepujemy termin w hotelu, infrastruktura musi być dopięta, a grudzień to gorący okres, gdzie myślimy już tylko o zawodach. Wszyscy wiedzą, że w tym okresie warto mieć urlop w pracy, bo zabawa trwa od czwartkowego południa do niedzieli wieczorem.

– Organizacja turniejów to jedno, ale w POD są na głowie także inne rzeczy, np. kadra… Jak dopiąć budżet?
– Wiadomo, że z każdego turnieju coś tam zostanie. Nie wszystko idzie na nagrody, ale też reszta nie trafia do prywatnej kieszeni. Właśnie te pieniądze idą m.in. na kadrę.

– Zawsze to się zamyka czy trzeba dokładać z własnej kieszeni?
– Turnieje Grand Prix rządzą się swoimi prawami. Wpisowe jest trochę wyższe, bo 50 złotych, ale też przyjeżdża mnóstwo zawodników. Średnio około 150 mężczyzn i 25-30 kobiet. To zupełnie inna sprawa. W 95 proc. budżet się zamyka. Te pieniądze, które zostają, szefostwo POD odkłada na wyjazd kadry. W tym roku załoga pojechała na zawody Winmau World Masters. Krzysztof Kciuk i Sebastian Steyer dostali się do głównej fazy i grali na scenie. Krzysiek podczas tamtego tygodnia wywalczył kwalifikację do mistrzostw świata BDO. Był to dla niego podwójny sukces.

Fot. Małopolska Organizacja Darta

– Działacie z oddzielnymi firmami, np. transportowymi czy wszystko załatwiacie sami?
– POD ma własny transport, więc ma łatwiej. My działamy z zaprzyjaźnioną firmą, od której wypożyczamy busa na cały weekend. Osobowym samochodem nie da się przewieźć tylu materiałów.

– A sponsoring? Istnieje taki temat?
– Bardzo ciężko się przebić. Dart działa, jest wiele stowarzyszeń, ale dalej to sport niszowy, który kojarzy się przede wszystkim z barem i piwem. Powoli walczymy, aby przekonać ludzi, że tak nie jest. Może to być coś fajnego. Alternatywa do spędzenia wolnego czasu i przy tym sportowa rywalizacja. W zeszłym sezonie na zawody Pucharu Polski udało się pozyskać w Małopolsce trzech-czterech sponsorów, co uważam za duży sukces. Pomagają też nam burmistrzowie – m.in. Niepołomic, Bochni, Wieliczki… Dostaliśmy od nich spore wsparcie. Odszedł nam koszt pucharów – oni wzięli to na siebie, a to około 800-1000 złotych na turniej.

– Ile pieniędzy w trakcie przygody z organizowaniem dołożyłeś z własnej kieszeni? Żeby nie operować dokładnymi sumami – średnia polska krajowa?
– Myślę, że nawet trochę więcej…

– Jak ludzie podchodzą do tego tematu? Nie tylko jeśli chodzi o pieniądze, ale także poświęcony czas. Szanują to?
– Różnie to bywa. Nie wszystkie głosy jesteśmy w stanie poznać. Przy tobie klepią cię po plecach, a za nimi rozmawiają, co było nie tak. Jeśli krytyka jest konstruktywna, to biorę to na klatę. Jeśli zawiniliśmy, to przyznajemy się do tego. Dopisywanie nam jednak problemów, które nie wyszły od nas, podcina trochę skrzydła.

– Miewałeś poważniejsze nieprzyjemności?
– Raczej nie. Na początku starałem się olewać pewne głosy. Sam przeciwko milionom nie będę walczył. Teraz działamy jako stowarzyszenie i mój zastępca powiedział mi – nie bagatelizujemy tego. Prostujemy teraz takie sprawy na bieżąco i pokazujemy, że paru krzykaczy nie ma racji. Niech spróbują zrobić coś sami, a nie przyjść na turniej, rzucić kilka razy do tarczy i na tym zakończyć. To zjawisko nie jest już tak wielkie, ale jest wciąż grupa, która tylko widzi, że stoją boksy. Poza tym liczą, ile to organizacja na tym zarobiła. Powiedzmy, że wpisowe to 30 złotych, przyszło 100 osób, czyli mamy 3 tysiące. Na nagrody poszło 1500 zł, więc stowarzyszenie zarobiło 1500, a to nie jest prawdą. Wiemy, jakie są koszty organizacji. Gdyby ktoś chciał pomyśleć, że te boksy same się nie przywiozły, puchary się same nie kupiły, to by zorientował się, że wcale tak miło nie jest. Czasami jest to walka z wiatrakami.

fot. Łukasz Kamiński

– Były momenty kryzysu, kiedy chciałeś z tego zrezygnować?
– Parę razy tak. Myślałem, że chyba nie warto. Jednak zawsze pojawił się taki turniej na horyzoncie, gdzie mówiłem sobie, że to ostatni i potem dość, ale później ludzie wyjeżdżali zadowoleni. Niektórzy przyjeżdżali z Opola, Wrocławia, Rzeszowa – całej Polski południowej – i chwalili naszą pracę. Teraz raczej o tym nie myślę. Głupie docinki prostuję, a nawet to mnie napędza, żeby działać mocniej.

– Nie bałeś się, że po tobie nie będzie komu się tym zająć?
– Jeżeli bym tak stwierdził, że na Małopolsce po mnie nie będzie nikogo, to niektórzy powiedzieliby, że jestem narcyzem i facetem, który nie wie co mówi, bo nie ma ludzi niezastąpionych. Owszem, może i nie ma, ale wiem, że gdyby nasze stowarzyszenie zakończyło działalność, to podejrzewam, że na południu nie odbywałyby się duże turnieje. Byłyby klubowe na 10-20 osób, ale nie większe.

– Zauważasz rozwój darta w Polsce czy od pewnego czasu to tylko stagnacja?
– Patrząc ogólnikowo, to powiedzmy, że od trzech-czterech lat nic się nie zmienia. Jeżeli zagłębisz się, to według mnie od pewnego czasu, małymi krokami, ale idziemy do przodu. Mamy bardzo duże zaległości, jeśli chodzi o PR. Nie posiadamy baz ze zdjęciami, ofert sponsoringu. Teraz każdy się budzi, że trzeba o to walczyć. Ja zawsze proszę o głupie "lajki" na Facebooku. Umówmy się, że teraz media społecznościowe mają ogromną siłę przebicia. Kolega ze stowarzyszenia pojechał do potencjalnego sponsora, a on mu powiedział: "pokażcie mi zasięgi na Facebooku i Twitterze". To w tej chwili potęga. Dla nas każde polubienie zdjęcia i wydarzenia to wielka pomoc. Wtedy przed potencjalnym sponsorem możemy się pokazać. To sprawia, że turnieje mogą iść do przodu, nagrody nie będą tylko uzależnione od frekwencji. Chciałbym do tego dążyć, aby wpisowe zasilało konto stowarzyszenia, za które później możemy kupić tarcze, dodatkowe nagrody rzeczowe. Natomiast zewnętrzne wpływy powinny zapinać budżet, czyli np. na transport i wszystkie rzeczy, które potrzebujemy do organizacji. To idealna opcja, bo firma się promuje, a my możemy rozszerzyć działalność.

– Bez fałszywej skromności – jako Małopolska Organizacja Darta działacie najlepiej w Polsce?
– Absolutnie bym tak nie powiedział. Powiedzmy, że w najlepszej trójce bez podziału na konkretne miejsca znaleźlibyśmy się razem ze Śląskiem i Krotoszynem. Ostatnio miałem przyjemność być na Śląsku na rozgrywkach Superligi – największej ligi w Polsce, także pod patronatem POD. 73 osoby… po prostu kosmos. Imponowało mi jedno – dyscyplina. Ja nie potrafiłem sobie wyobrazić ogarnięcia tylu osób, aby każda przyszła na konkretną godzinę, zagrała, miała chwilę przerwy i została wyczytana do kolejnego meczu. Chłopaki ze śląskiego steela – Piotr Jaszczyk, Mariusz Golly i Tomasz Kozłowski zrobili to perfekcyjnie, nie mogę się ich nachwalić. Tak samo w Krotoszynie, gdzie Przemek Pawlicki sam robi kawał świetnej roboty, organizuje turnieje Pucharu Polski.

MŚ w darcie: czeka blisko 28 lat. Było tak blisko...

– Jak wygląda to w pozostałych częściach kraju?
– Znamy się z prezesem Łódzkiego Stowarzyszenia Darta – Piotrkiem Kujawskim – i wiem, że mieli swoje problemy. Tam jest dziwna sytuacja, bo wszyscy chcieliby wielu turniejów, ale gdy przychodzi do organizacji, to są braki kadrowe. W dwie osoby dużego turnieju nie zrobisz. Można, ale jakim kosztem… Potrzebna jest ekipa 8-10 osób, aby zrobić fajne zawody. Jeśli masz lokal, w którym wisi 20 tarcz, to potrzebujesz dosłownie trzech osób. Natomiast jeżeli trzeba wszystko przewieźć, zmontować, a na samym końcu to wywieźć, to nie widzę tego w tak skromnym gronie.

– Co jest największym problemem w rozwoju? Pieniądze czy jednak widzisz coś innego?
– Mogę mieć tylko przykłady z Małopolski, gdzie robiliśmy cały rok turnieje o wyjazdy na Grand Prix dla czterech najlepszych zawodników. Udawało się to, ale później padały słowa, że jeśli będą odkładać pieniądze, które mieliby dać na turniej, to będą mieli też na wyjazd na Grand Prix. Okazuje się teraz, że żaden nie pojedzie. Wszystko leży trochę w małym lenistwie. Ktoś kiedyś był dobrym zawodnikiem, forma poszła mu trochę w dół i woli grać w turniejach lokalnych, gdzie jego nazwisko budzi delikatny strach. Gdy jedzie na zawody ogólnopolskie, to nie robi jednak na nikim wrażenia. Gracze nie chcą inwestować w siebie. Mam dwa wzorowe przykłady jak powinno to wyglądać. Jednym z nich jest Ratajski, który własne pieniądze przeznaczał na wyjazdy przez cały sezon w BDO. Zainwestował w siebie i teraz zbiera żniwo. Drugim jest Madars Razma z Łotwy, który przeszedł taką samą drogę. Niestety w polskim darcie jest wciąż wiele pretensjonalnego tonu, że komuś się coś należy. Najlepiej: "daj, zapłać, wyślij" i tyle. Ja tego nie rozumiem. Jeśli ktoś chce się liczyć w tym sporcie, to musi w siebie zainwestować. Mamy naprawdę wielu dobrych zawodników. Jest Krzysiek Kciuk, Sebastian Steyer, Tytus Kanik, który teraz ma kartę PDC. Jest masa graczy, którzy mogliby spokojnie rywalizować w BDO, ogrywać się, ale brak im funduszy. To jest jednak zamknięte koło. Nie pojedziesz, nie pokażesz się, to nie zdobędziesz sponsora. Zainwestujesz, zaprezentujesz się, to ktoś ci w końcu pomoże. Nie zrobisz tego, to nadal będziesz grał w Polsce i nie zrobisz progresu.

– Pomijając kwestie finansowe – jaki jest poziom sportowy? Mamy utalentowanych darterów?
– Nie mamy się czego wstydzić. Mamy juniora – Sebastiana Białeckiego, który wyrzucił z półfinału mistrzostw Polski Krzyśka Ratajskiego. Jest grupa, która trenuje, wygrywa, podchodzi do tego poważnie. W zeszłym sezonie Kciuk był bezapelacyjnie najlepszy, ale teraz na pierwszym Grand Prix przegrał finał ze Steyerem, który złapał fajną formę i widać, że mu się chce. Ma o tyle łatwiej, że wspiera go jego miasto – Kędzierzyn-Koźle. Teraz jako jedyny pojechał na turniej do Włoch. Inni obierają różne ścieżki, ale ogólnie mamy zawodników, którzy mogliby powalczyć, jeśli tylko by chcieli, bo uważam, że finanse to sprawa do załatwienia. Muszą mieć jednak chęci.

Ktoś kiedyś był dobrym zawodnikiem, forma poszła mu trochę w dół i woli grać w turniejach lokalnych, gdzie jego nazwisko budzi delikatny strach. Gdy jedzie na zawody ogólnopolskie, to nie robi jednak na nikim wrażenia. Gracze nie chcą inwestować w siebie. Łukasz Kamiński
(fot. Małopolska Organizacja Darta)

– Na czym polega ten fenomen, że za zachodnią granicą – w Niemczech – tak to się prężnie rozwija, a u nas wciąż nie za mocno?
– Jest kilku zawodników – Max Hopp, Michael Unterbuchner... Myślę jednak, że przede wszystkim dlatego, że dart był tam bardzo popularny dużo wcześniej – tak samo jak w Holandii. Duża też zasługa tamtejszej firmy Bull’s. Zainwestowała spore pieniądze. No i PDC, które mając opcję, gdzie ulokować oddział europejski, wybrało Niemcy. Mam kolegę, który wrócił stamtąd kilka lat temu i zaczął mi tłumaczyć zasady działania tamtejszych lig. Po pół godziny się zgubiłem. Tam w każdym mieście są co najmniej po trzy-cztery ligi. Dobrym przykładem jest turniej softowy, na który przyjeżdża 800 zawodników. Na mistrzostwach Polski nie mamy tylu. Poza tym na zachodzie firmy inaczej podchodzą do sponsoringu. Nie na zasadzie: "muszę coś wydać", ale "inwestuję i zobaczymy czy na dłuższy czas będzie mi się to opłacało". U nas chce się zarobku w krótkim czasie.

– Jest światełko w tunelu? Poważny sukces załatwiłby sprawę?
– Może nie ruszyłoby to nagle z kopyta, ale na pewno by pomogło. Przede wszystkim potrzebujemy dostępu do mediów. Wiadomości coraz częściej pojawiają się – czy to u was, czy na innych portalach. To fajne, bo zaczynamy się przebijać. Jeśli masz czas antenowy, to łatwiej ci w rozmowach ze sponsorami. Podczas wywiadu możesz ich wymienić, na zdjęciach masz ich logo, a nie mówię już o wywiadzie telewizyjnym, gdzie jest ścianka z samymi sponsorami. To już jest inna karta przetargowa.

– Porozmawiajmy o darcie trochę szerzej. Jesteś tradycjonalistą?
– Co masz na myśli?

– Co sądzisz o ubiorze dartera? Koszula, eleganckie spodnie i buty? Masz do tego przywiązanie?
– Tak. Uważam, że to szacunek do przeciwnika. Darterem jestem przeciętnym, ale staram się występować w eleganckim stroju od samego początku. To profesjonalne podejście do tematu. Śmieszy mnie sytuacja, w której zawodnicy regularnie dochodzący do ćwierćfinałów, gdzie na Grand Prix jest już wymagany dress code, przychodzą i pytają się: "czy to już jest ta faza?" i proszą o dziesięć minut na przebranie się. Dla mnie to jest kanon i fajnie to wygląda, jeśli są zdjęcia i reportaże, na których widać, że darterzy tworzą społeczność, a nie że jeden jest w krótkich spodenkach, a drugi w klapkach.

– A Peter Wright i jego styl?
Śmieszą mnie takie porównania. My gramy w darta, a w PDC rządzą pieniądze. Oni są nastawieni na zysk. Wiadomo, ze telewizja przyciąga to, co kolorowe. Tak jak niedawny finał w Wielkim Szlemie między Gerwynem Price’em a Garym Andersonem…

Darts, MŚ: milimetry od finału! Van Gerwen przegrał z debiutantem!

– Właśnie miałem o to zapytać.
– Oglądałem to z wielkim niesmakiem. Człowiek, który jest numerem sześć w światowym darcie zachowuje się jak prostak wyjęty ze stodoły. Nie można tego inaczej nazwać. Lubię show, fajnie jak coś się dzieje, ale niech się to dzieje na tarczy, a nie jakieś głupie miny, skakanie, cieszenie się po rzuceniu setki lub 140 punktów, gdzie dla nich to chleb powszedni. Dla mnie było to żenujące. Wydawało mi się, że rozmowa, którą Price odbył z Barrym Hearnem – szefem PDC, podziałała trochę. Na forum niektórzy z moich kolegów pisali, że to im się podoba, że to gra psychologiczna. Mówiłem im, żeby pamiętali, że za tydzień ten sam Price gra z Krzysztofem Ratajskim (w Players Championship Finals, Polak wygrał ten mecz, red.). Wydawało mi się, że Walijczyk wyhamował. Choć pod koniec poniosły go emocje, a gdy Krzysiek wyrównał na 5:5, to w nim się gotowało. Ratajski wytrzymał to perfekcyjnie.



– Nie uważasz, że Anderson dał się podpuścić? Do tej pory Price swoim zachowaniem nie wygrywał tytułów…
– Gary rzeczywiście niepotrzebne wdał się w potyczki. Natomiast trzeba go zrozumieć. Starał się skupić na grze. Ma 170 do rzucenia, trafia pierwszą sześćdziesiątkę i z tyłu słyszy jakieś charczenie. Naczelna zasada PDC, która wisi na każdym turnieju na tablicach – "szanuj siebie, szanuj grę, szanuj przeciwnika". Nie można takich rzeczy robić. Rozumiem, że Price jest nakręcony, ale respekt dla rywala trzeba okazać. Nie lubię wywyższania. Prawdziwego zawodnika poznasz po tym jak znosi porażkę.

– Nie myślisz, że tacy ludzie też są potrzebni w tym sporcie po to, aby zainteresować szerszą publikę? Jak w filmach i serialach – musi być czarny charakter, aby ludzie mogli się z kimś identyfikować.
– Być może tak, ale pamiętajmy, że Gerwyna Price’a kiedyś nie było i grali tacy ludzie jak Wayne Mardle i Phil Taylor. Te pojedynki przyciągały. Tam się działo, ale na tarczy. Podoba mi się Wright, który zawsze wychodzi w kolorowych fryzurach i spodniach. Potrafi przyciągnąć, powygłupia się, ale potem jest skoncentrowany na tarczy. Drugim podobnym gagatkiem do Price’a jest Corey Cadby. Facet lekko oderwany od rzeczywistości. Wiadomo, że publikę kręcą postaci kontrowersyjne, ale nie zapominajmy, że chodzi nadal o sport. Kasa kasą, oglądalność oglądalnością, ale chciałbym, aby w Szkocji podczas Premier League zagrał Price z Andersonem. Publiczność nie da żyć Walijczykowi. Mecz będzie miał dodatkowy smaczek.

Przede wszystkim potrzebujemy dostępu do mediów. Wiadomości coraz częściej pojawiają się – czy to u was, czy na innych portalach. To fajne, bo zaczynamy się przebijać. Jeśli masz czas antenowy, to łatwiej ci w rozmowach ze sponsorami. Łukasz Kamiński

– A van Barnevelda, który kończy niedługo karierę, widziałbyś w Premier League?
– Myślę, że to miejsce jest dla niego zarezerwowane. Nie uważam, żeby Barney zagrał słaby sezon. Jest u schyłku kariery. Potrafi zagrać fenomenalny mecz, a dzień później słaby. Są dwa powody. Po pierwsze wiek, a po drugie cukrzyca. Wiadomo, że nie jest w stanie wszystkiego opanować. Tak samo jak miejsce było zagwarantowane dla Taylora, który ledwo się łapał rankingowo, tak należy się też Holendrowi – pięciokrotnemu mistrzowi świata. Jeśli nie dostanie wstępu od PDC, to myślę, że Sky Sports lub kibice zadziałają. Nie wyobrażam sobie wieczoru w Rotterdamie bez starć van Gerwena i van Barnevelda. Na to ludzie kupują bilety. A van Gerwen w Premier League miał zawsze trudne przeprawy z rodakiem.

– Mistrzostwa świata już za pasem. Jak oceniasz grę Krzysztofa Ratajskiego – jedynego reprezentanta Polski w tym turnieju – w kończącym się sezonie? Mimo braku karty PDC to chyba kluczowy rok…
– W rozmowach z kolegami trochę się martwiliśmy. Krzysiek dużo postawił, aby zdobyć kartę, ale to się nie udało. Musiał walczyć we wszystkich kwalifikacjach. Nie było ich tak dużo jak rok temu, ale z kolei wszedł do dużych telewizyjnych turniejów. Miał trochę szczęścia. Te dwa turnieje w Players Championship wygrał, podczas gdy kilku ważnych zawodników zrezygnowało ze startu. Krzyśkowi otworzyła się furtka, którą wykorzystał. Pokonał Lewisa – dwukrotnego mistrza świata, choć w nie najwyższej formie, ale grać potrafi. Po drodze byli jeszcze Daryl Gurney, Rob Cross – mistrz świata, choć delikatnie przygaszony. Ratajski konsekwentnie, idąc drogą, którą sobie obrał, zmierza do celu. Szacunek, bo nikt mu nie pokazał jak to robić. Przeciera szlaki. Nie możemy go jednak zagłaskać na śmierć. Największe polskie serwisy o darcie – Blog Daterski i Let’s Play Darts – piszą o słabym występie z Jonnym Claytonem podczas Wielkiego Szlema, a niektórzy twierdzą, że tak nie można, że dołujemy zawodnika… Oddajmy szacunek za to, co zrobił, ale nie bójmy się powiedzieć, że zaprezentował się słabo. Podejrzewam, że Krzysiek zdawał sobie z tego sprawę. Rozmawiałem z Karoliną Podgórską – jego partnerką – podczas GP we Włocławku. Powiedziała, że rozmawiała z Krzyśkiem po meczu z van Barneveldem. Był zadowolony z wygranej, ale ze stylu już mniej. Nie pompujmy balonika.

– Właśnie, jak ocenisz pierwszego rywala – Seigo Asadę? Według mnie jeden z najtrudniejszych rywali, jakich Ratajski mógł wylosować w pierwszej rundzie…
– Niektórzy już widzą Krzyśka w półfinale. W grudniu zeszłego roku po losowaniu grup na piłkarskich MŚ niektórzy mówili, że wyjdziemy spokojnie z grupy, a pamiętamy jak się skończyło. Asada to naprawdę trudny rywal. Nie zapominajmy, że w Japonii są ogromne pieniądze na dart. Non stop mają jakieś turnieje. PDC stworzyło im własny cykl. Asada wygrał trzykrotnie, był drugi w rankingu. Nie musiał grać w kwalifikacjach do MŚ, ale zrobił to i triumfował w nich. Oczywiście, zdarzają mu się mecze na średniej 77-80, ale potrafi też zagrać na ponad stu. Zależy od dnia. Japończycy są nieprzewidywalni, bo nie grają na co dzień w Europie i nie obserwujemy ich regularnie. Myślę, że Krzysiek podejdzie z respektem i go nie zlekceważy. Nie zapominajmy, że jeśli wygra, to czeka na niego James Wade. Pytanie czy Anglik będzie miał formę z początku sezonu – gdy był spokojnie do ogrania, czy z końcówki, kiedy zwyciężył w dwóch turniejach telewizyjnych z rzędu. Mówi, że jeśli głowa spokojna, to ręka pewniejsza. Wade’owi urodziło się dziecko, może nabrał motywacji i widać to po jego grze. Podsumowując, cieszmy się z każdej rundy. Asada do przejścia, ale z Wade’em… Forma dnia.

Niektórzy już widzą Krzyśka w półfinale. W grudniu zeszłego roku po losowaniu grup na piłkarskich MŚ niektórzy eksperci mówili, że wyjdziemy spokojnie z grupy, a pamiętamy jak się skończyło. Asada to naprawdę trudny rywal. Łukasz Kamiński
Darts, MŚ (półfinał): Michael van Gerwen - Rob Cross (mecz)

– Kto jest faworytem do tytułu? Albo kogo chciałbyś widzieć jako mistrza świata?
– Faworyt jest jeden. Choć ostatnie dwa lata pokazują, że może Michael van Gerwen nie jest murowanym kandydatem, ale na pewno mocnym. Po dwóch trudnych latach, gdzie najpierw odpadł w 1/16 z van Barnveldem po fantastycznym meczu, a później w półfinale z Crossem po jeszcze lepszym widowisku, będzie chciał się odkuć. Jest w gazie, ale zdarzają mu się wpadki. Może to znak, że tym razem mu się uda, bo w poprzednich latach nie było na niego mocnych, a przyszły mistrzostwa i odpadał. Drugim graczem, którego chętnie zobaczyłbym na tronie jest Latający Szkot. Gary Anderson to przesympatyczny facet. Zainwestował pieniądze w Michaela Smitha, który czasami gdzieś go pokona, ale nie robi z tego problemu.

– Ktoś z tylnego siedzenia? Czarny koń?
– Jest kilku. Dimitri van den Bergh, wspomniany Smith, może Rob Cross w końcu pokaże to, co potrafi. Zeszły sezon miał rewelacyjny. Facet znikąd wygrywał turniej za turniejem i zakończył to zmianą pokoleniową, pokonując legendę sportu – Taylora – w sposób bardzo przekonujący. To było symboliczne – odszedł mistrz, a weszła nowa gwiazda. Rozmawialiśmy po tym finale w gronie znajomych, że czekają nas przez najbliższe lata nudne finały między Crossem i van Gerwenem, ale jak się okazuje – niekoniecznie. Może Anglikowi ciąży zeszłoroczne mistrzostwo. Myślę, że namieszać może także Max Hopp. Widać u niego duży progres.

– Podsumowując, kiedy w Polsce doczekamy się wieczoru z Premier League?
– Jeżeli Krzysiek będzie czarnym koniem mistrzostw, jak przewiduje PDC, to może nie w tym roku, nie w następnym, ale gdy jego kariera się rozwinie i wskoczą także inni Polacy, to może Hearn spojrzy na wschodnią Europę łaskawiej. Tym bardziej, że w Rosji jest osobny cykl. Polska znajduje się między nią a Niemcami, którzy mają praktycznie wszystkie turnieje European Tour. PDC wychodzi coraz szerzej. Dwa turnieje dzień po dniu rozgrywane w Holandii. Tam bilety sprzedały się w dziesięć minut. Rotterdam znów zapłonie. Problemem w Polsce jest jedno – wracamy do początku rozmowy – pieniądze. Ktoś ostatnio wrzucił zdjęcie z Czech, gdzie była pokazówka, m.in. z van Gerwenem, gdzie była pełna hala sportowa. Padło pytanie czy u nas by coś takiego przeszło? Jeśli dopłaciliby za przyjście, to pewnie tak…

– Skąd takie podejście?
– Jest dziwna mentalność u nas. Widzę często posty na forum z pytaniem: "czy ma ktoś link do transmisji”… Wydać 300 złotych raz na rok na abonament PDC? Ok, to spora kwota, zważając na zarobki w Polsce. Terminarz jest jednak ustalany wcześniej. Wiemy, że w jakimś miesiącu są dane zawody. Jak można odżałować 30 złotych, aby kupić sobie streama z dobrą jakością? Jeśli znasz angielski, to masz też fantastyczny komentarz, którego warto posłuchać. Nie masz problemu z reklamami, wyskakującymi okienkami… Naprawdę warto. Udało mi się przekonać parę osób. Natomiast mnie zachęcił kiedyś Maciek Chorbiński. Powiedział: "przetestuj sobie w trakcie mistrzostw. Zobaczysz, czy ci będzie odpowiadać". Jeśli chcemy, żeby to się rozrastało i ewentualnie zawitało do Polski, to warto. Wiadomo, że pieniądze idą bezpośrednio do PDC. Dzięki temu przeznaczają więcej środków na nagrody, mogą organizować więcej turniejów. To wszystko jest ze sobą powiązane.

(fot. Łukasz Kamiński) ***

Łukasz Kamiński (ur. 1982) – darterski pasjonat. Z dyscypliną związany od dekady, początkowo jako zawodnik, a od kilku lat jako prezes Małopolskiej Ogranizacji Darta i organizator licznych turniejów rangi ogólnopolskiej.

CZYTAJ TAKŻE: Nadzieja na rozwój polskiego darta? Wywiad z Krzysztofem Ratajskim

najpopularniejsze

Ostatnie szlify gwiazd. Nadal, Djoković i Federer trenują przed Australian Open

Tomasz Majewski, wiceprezes PZLA: ważne występy dopiero w czerwcu

Maciej Stolarczyk: Kuba Błaszczykowski dał nam nowe tchnienie

Policja w siedzibie Wisły. Przeszukano mieszkanie byłej prezes

Paweł Brożek: jestem optymistą, ale usłyszeliśmy już sporo obietnic