tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Amerykanin w Lubinie. Siatkarz z marzeniami

Kiedyś był "patykiem" i pożeraczem słodyczy. Zamknął się jednak w siłowni w Spale i z czasem osiągnął wszystko, co mógł, w młodzieżowej siatkówce. Teraz Jakub Ziobrowski stoi przed wyzwaniem kariery seniorskiej. Tylko czy sportowa ambicja Amerykanina wystarczy?
Jakub Ziobrowski (fot. PAP/Maciej Kulczyński)

"BYŁY EGZOTYCZNE OFERTY". BARTOSZ KUREK WYJAŚNIŁ SWÓJ WYBÓR

Maciej Piasecki, SPORT.TVP.PL: – Nowy Jork. Specjalnie wybrałeś takie spektakularne miejsce narodzin?
Jakub Ziobrowski: – Jak ktoś o tym pierwszy raz słyszy, to jest w szoku. Nowy Jork? Nie, raczej robię sobie jaja. A rzeczywiście, właśnie tam się urodziłem. Choć w rodzinie wszyscy są z Polski. Mam jednak podwójne obywatelstwo. W USA mamy tzw. prawo ziemi, zatem urodzenie na terenie Stanów Zjednoczonych wystarczy do obywatelstwa.

– Sporo rodaków marzy o takim papierku.
– Wielu dziwi się, że nie zostałem w USA. Czasami się nawet zastanawiałem, że fajnie byłoby tam mieszkać stale. Z drugiej strony, gdybym został, nie poznałbym dziewczyny, przyjaciół, sprawdzonych znajomych. Ludzi, na których mogę liczyć. Tak to sobie tłumaczę.

– Mama akurat była przejazdem w USA?
– Rodzice tam się poznali, pracowali przez pewien czas. Najpierw urodził się 3 lata starszy brat, później przyszedł czas na mnie. Po urodzeniu byłem w USA jeszcze przez 5 miesięcy. Za dużo z Nowego Jorku więc nie pamiętam. Co więcej, od tego czasu nie miałem okazji być w Stanach Zjednoczonych. Myślałem o tym, żeby wybrać się tam, tata pracował jeszcze w USA przez 10 lat. Nic z tego nie wyszło, ale brat miał okazję go odwiedzić. Ja mając 15-16 lat zaczynałem jeździć na siatkarskie obozy w wakacje.

Mistrzowie świata w siatkówce docenieni. Milionowe nagrody od ministra Bańki

– Pięć miesięcy pobytu w Nowym Jorku wystarczyło, żebyś tak jak amerykańscy sportowcy, nie uznawał drugiego miejsca za sukces? Jesteś ambitny, niektórzy twierdzą, że nawet za bardzo.
– Ta amerykańska mentalność i chęć wygrywania rzeczywiście może się tak tłumaczyć. Do tego dołożyłbym jeszcze rap zza oceanu, to też mam we krwi.

– Skoro urodzony w Nowym Jorku, to pewnie kibicujesz koszykarzom Knicks?
– Paradoksalnie trzymam kciuki za Los Angeles Lakers, z bardzo prostego powodu – to LeBron James. Jestem jego wielkim fanem, to mój idol. Staram się śledzić jego grę na bieżąco.

– A rap, coś konkretnego z amerykańskiego zestawu?
– Powiedziałbym, że murzyński, ale to chyba nie będzie poprawne politycznie…

– Afroamerykański będzie lepiej.
– Bingo! Lubię taki mocny bas, włączam go bardzo głośno w aucie. Motywuje mnie, poprawia humor. Jest we mnie coś amerykańskiego, bo bardzo lubię akurat tę muzykę, w przeciwieństwie do niektórych.

– Były próby włączenia takich rytmów w szatni?
– Nie, właśnie z tego powodu. Nie wszyscy muszą to tolerować, ale jak dostanę kiedyś stanowisko DJ-a w szatni, to kto wie? Jak się pojawi moja playlista, to będzie sporo mocnego, głośnego bitu.

– Wróćmy do Polski. Disco polo tolerujesz?
– To chyba jedyny gatunek, którego nie trawię. Czasami na imprezach, weselach, jak już jesteś w tłumie, to nie zwraca się za bardzo uwagi na muzykę i człowiek się nawet przy tym bawi. Żeby jednak słuchać disco polo samemu, to nie ma mowy.

– A krytykę tolerujesz? Czas z parasolem ochronnym po złotej erze zespołu Pawlika już minął.
– Też to tak odczuwam. Dla mnie ten sezon jest trzecim w PlusLidze. Nie jestem już "świeżakiem". W pierwszym sezonie dużo nie pograłem. A sporo od siebie wymagam. Mam 21 lat, ale jeśli chcę być najlepszy, to muszę już wchodzić na najwyższy poziom w kraju.

– Do emerytury jeszcze trochę zostało, nawet tej wcześniejszej.
– Wiem, może przesadzam. Uważam, że najlepszy czas dla siatkarza to okres między 25 a 27 rokiem życia. Liczę, że im będę starszy, tym bardziej procentować będzie doświadczenie zbierane na ligowych parkietach. Dopóki zdrowie pozwala, trzeba się rozwijać.

Kurek znowu trafił na Antigę. "Dotarliśmy się z trenerem"

– Dobrze wybrałeś z Radomiem po Spale?
– Do mojego początku w PlusLidze podszedłem źle. Wyszedłem z założenia, że pierwszy sezon jest na wprowadzenie, poznanie nowych realiów, tego, jak seniorska siatkówka wygląda od środka. Przyznaję, zżarła mnie ambicja. Za bardzo chciałem pokazać na treningach, że stać mnie na niestworzone rzeczy.

– Nie poradziłeś sobie?
– Zderzyłem się ze ścianą. Inna rzeczywistość, chociażby wyzwanie mieszkania samemu, po idealnym układzie, jaki był w Spale. Jestem takim człowiekiem, że potrzebuję trochę więcej czasu do zaaklimatyzowania się w nowym otoczeniu. Ten debiutancki sezon w PlusLidze był trudny, głównie pod względem psychicznym. Za drugim podejściem miałem mieszankę szczęścia i pecha. Michał Filip wywalczył sobie miejsce w składzie, grał regularnie, po czym doznał groźnej kontuzji w meczu w Lubinie.

– Los trochę pomógł?
– Nie do końca. Właściwie od grudnia do kwietnia była szansa na regularną grę, pod nieobecność Michała. Niestety, po 7 meczach dostałem na treningu piłką w oko, doszło do stłuczenia gałki ocznej.

– Czyli zezowate szczęście.
– Ponad miesiąc przerwy. Miałem niedosyt po tym drugim sezonie w Radomiu. Stłuczenie gałki ocznej to była dziwna, wręcz głupia kontuzja. Jeszcze jakbym skręcił kostkę, złamał palec, no trudno. Ale dostać tak niefortunnie piłką w oko? Byłem bezradny. Początkowo spędziłem kilka dni w szpitalu, z którego nie chciano mnie wypuścić. Następnie miesiąc bez wysiłku fizycznego. Początkowo wbrew zakazom, wiedziałem swoje, czułem się na siłach. Lekarze jednak kategorycznie zabronili lekceważenia takiego urazu. Gdyby jeszcze raz wylała mi się krew do oka, mógłbym stracić wzrok. Odpuściłem.

Radość ekspertów po złocie Polaków. "Teraz nawet rolnik nie szuka żony"

– Mało dobrego. Zmieniłeś się od tego czasu?
– Nie oceniam tego w ten sposób, że mało dobrego, wręcz przeciwnie. Po prostu nie grałem tyle, ile chciałem. Ale może to tylko moja ambicja? Czasem przeszkadza, kiedy za bardzo czegoś chcę. To mnie gubiło, zwłaszcza w Spale. Bardzo chcę wykonywać wszystko perfekcyjnie. Robić to od razu, co niestety mi nie pomaga, bo szybko się denerwuje i wychodzi jeszcze gorzej, niż przed próbą. Zmieniam się, pobyt w Radomiu bardzo pomógł. Liczę, że z czasem zlikwiduję to ograniczenie.

– Jednym ze sposobów miał być wyjazd do Azji?
– Niekoniecznie. Ta wyprawa do Azji to ciekawa historia. Przed obecnym sezonem odezwał się do mnie koreański menedżer i zapytał, czy chciałbym spróbować sił w Azji. Właściwie nic mnie to nie kosztowało, złożyłem papiery i okazało się, że znalazłem się na liście wyjazdowej. Płacili za cały pobyt, długo się nie zastanawiałem, wyruszyłem do Italii, gdzie były testy, tzw. try-out. Takie eliminacje przed wyprawą do Azji.

– Co zastałeś?
– Ciekawe było to, że na miejscu byli tylko przyjmujący i atakujący. Treningi w szóstkach, obserwacje trenerów. Biorą najczęściej siatkarzy, którzy najmocniej serwują i atakują. Wystarczy zrobić wrażenie na rozgrzewce, od razu trafiasz na świecznik. Zabawne było, że mieliśmy trzy drużyny, bez podziału na pozycje. Kręcisz się, robiąc przejścia, jak w szkole. Do tego 2-3 rozgrywających z włoskiej ligi i dwie opcje ataku: lewe i prawe skrzydło. Nie było mowy o grze środkiem i pipem. Zdarzały się takie mecze, że nie zaatakowałem żadnej piłki. Byłeś na lewym skrzydle, to akurat zepsuli zagrywkę. Serwis zero-jedynkowy, albo był as, albo błąd. Dodatkowo na przyjęciu byli też atakujący, zatem różnie bywało z odbiorem. Takie dziwaczne granie. Z bardziej znanych dostał się Liberman Agamez, o angaż walczył Kevin Le Roux, był też Simon Hirsch. Wysokość kontraktu na pewno przyciąga wielu siatkarzy.

– O jakich kwotach mowa?
– 300 tysięcy dolarów za sezon, do tego jeszcze premie, taka perspektywa robi wrażenie. Zwłaszcza na młodym siatkarzu, na dorobku. Trzeba sobie postawić pytanie, czy nie lepiej jednak odpuścić kasę i postawić na rozwój w lepszej lidze? Koreańskie rozgrywki to dla atakującego 60-70 piłek w meczu. Jedziesz i masz wygrywać mecze. Koniec, kropka. Jak nie będą z ciebie zadowoleni, wymienią cię na innego. Ja uważam, że im będziesz lepszy, tym ciekawsze dostaniesz oferty w mocnych ligach. Dlatego jestem w Polsce.

– I najczęściej bywasz w siłowni. Jesteś jej maniakiem?
– Bez przesady, choć przyznaję, lubię to. Zaczęło się od szkoły w Spale. Byłem bardzo chudy, uważałem się za "patyka". Chciałem coś zmienić. Postanowiłem z dnia na dzień przestać jeść słodycze. Oczywiście nie mówię, że teraz tak jest, bo słodycze wróciły do mojego menu, ale w racjonalnych ilościach. Wtedy było ich dużo, dużo więcej, co odbijało się na cerze. Pamiętam, usiadłem w Spale na łóżku i powiedziałem sobie – dość! Cała para do siłowni!

Stocznia zatonęła. Siatkarze ze Szczecina poza ligą

– Jakiś rekord ze sztangą?
– Podczas wakacji potrafię nawet 3 godziny spędzić w siłowni, ale tego chyba nie można traktować w kategoriach rekordu.

– Byłeś "patykiem", więc to wyjaśnia podwijanie rękawków. Tak pokazujesz swoją siłę?
– Nie, nic z tych rzeczy. Jestem z Rzeszowa, pierwszym "bezrękawnikiem" był Georg Grozer. Napatrzyłem się i nawet będąc "patykiem", podwijałem rękawki. Wtedy musiałem komicznie wyglądać, nie było się czym chwalić. Z czasem się do tego przyzwyczaiłem, za luźne rękawki zwyczajnie mnie denerwują. Apeluję, aby koszulki siatkarskie były bezrękawnikami!

– Wracasz jeszcze do złotych czasów z reprezentacji młodzieżowych?
– Zdarza mi się.

– Co było niezwykłego w tym zespole?
– Nie ukrywajmy, trafił się świetny rocznik. To był kompletny skład, każdy na swojej pozycji pokazywał umiejętności i wysoki poziom gry. Przyczyniła się do tego także Spała. 3 lata razem przez całą dobę buduje więź, porównywalną z rodzinną. Naszym celem było wygrywanie, ale na pewno nie spodziewaliśmy się, że pójdzie aż tak dobrze i wygramy wszystko. Byliśmy grupą mocnych charakterów, każdy wiedział, że nie chce porażki. I to się udało.

– W Cuprum Lubin masz kolegę z tamtej drużyny, Jędrzeja Gruszczyńskiego.
– Siedzieliśmy z Jędrzejem nawet w jednej ławce przez trzy lata w Spale. Na pewno nie raz łapiemy się na tym, że człowiek z chęcią wróciłby do tych spalskich czasów, choć na chwilę.

– Obecność Sebastiana Pawlika w kadrze seniorów, ile to znaczyło dla złota drużyny w niedawnych mistrzostwach świata?
– Na pewno miał swój wkład. Trener Pawlik to super trener. Bardzo pracowity i przy tym skromny. Myślę, że to nie jest jego ostatni sukces na arenie międzynarodowej.

– Nie żal, że wśród powołanych nie było Jakuba Ziobrowskiego na żadnej z list?
– Nie przesadzajmy. Konkurencja jest ogromna. Wierzę w siebie i liczę, że z czasem wszystko przyjdzie. Tylko przez harówkę można do czegoś dojść. Do tego systematyczność, codzienna motywacja. Jasne, chciałbym już trafić do reprezentacji seniorów, to marzenie każdego. Potrafię jednak poczekać na swój moment, wierzę, że taki nadejdzie. Będę robił wszystko, aby tak się stało.

– Masz kilka tajemnic i marzeń. Potrafisz o nich mówić?
– Na pewno potrzebuję trochę czasu, żeby się otworzyć. Moi przyjaciele znają mnie już na tyle i wiedzą, że czasami zachowuje się, jakbym miał nierówno pod sufitem. Lubię też pobyć sam, wyciszyć się, trochę ze mnie marzyciel. Uciekam myślami. Choćby podczas lektury, albo słuchania muzyki. Taki już jestem.

Rozmawiał Maciej Piasecki

Kurek nadzieją dla ONICO Warszawa? Nowy klub mistrza świata

najpopularniejsze

Ostatnie szlify gwiazd. Nadal, Djoković i Federer trenują przed Australian Open

Ireneusz Mazur skomentował losowanie Polaków przed mistrzostwami Europy w 2019 roku

Maciej Stolarczyk: Kuba Błaszczykowski dał nam nowe tchnienie

Paweł Zagumny kandydatem na prezesa Polskiej Ligi Siatkówki

Paweł Brożek: jestem optymistą, ale usłyszeliśmy już sporo obietnic