tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Iga Świątek. Na rozkładzie Izabela Łęcka i Ana Bogdan

O zdjęcia z najlepszymi tenisistkami świata już nie prosi, bo teraz są jej rywalkami. Rozmawia z Venus Williams, podpatruje Garbine Muguruzę i trenuje z lepszymi od siebie. Iga Świątek przed debiutem w turnieju wielkoszlemowym.
Iga Świątek (fot. Getty)

Tenis poradzi sobie bez Rogera Federera, Rafaela Nadala i Novaka Djokovicia? "To będzie ogromne wyzwanie"

Melbourne nawet o poranku nie daje zapomnieć o australijskich upałach. 9:00 rano: trening z Magdą Linette na korcie nr 17, 10:00 przejście na kort 22, bo na "siedemnastkę" weszły Muguruza z Carlą Suarez Navarro. Po ostatniej piłce torba na ramię i znów w kierunku "17" – żeby popatrzeć na mistrzynię Rolanda Garrosa i Wimbledonu. Tak Iga Świątek odnajduje się w nowym świecie, który wcześniej podziwiała z juniorskiego pułapu. A między oglądaniem Hiszpanki i rozciąganiem rozmowa o tym świecie. Za dwa dni, we wtorek, wcześnie rano czasu polskiego zagra z Aną Bogdan. Pierwszy wielkoszlemowy mecz w życiu.

– Wielkoszlemowe korty już znałaś, ale teraz poznajesz je z innej pozycji. Jak czuje się uczestniczka turnieju głównego?
– Pierwsza różnica, jaką widzę? O wiele bardziej o nas dbają, niż kiedy brałam tu udział w turnieju juniorskim. Mamy zdecydowanie lepsze warunki do odpoczynku, łatwiej dobrze spędzić czas na kortach. To pod względem logistycznym. Mogłam też potrenować z mocnymi tenisistkami czy, tak jak przed chwilą, popatrzeć na Muguruzę, żeby brać z niej przykład. Bardzo się cieszę, wreszcie weszłam na poziom, który pozwala mi jeździć na turnieje wielkoszlemowe.

– Miło wchodzić na kort treningowy ze świadomością, że na ten sam zaraz po tobie wejdą Muguruza, Nadal czy Djoković?
– To prawda, ale na razie... jestem pod zbyt wielkim wrażeniem. Za kilka imprez wielkoszlemowych pewnie się do tego jednak przyzwyczaję. Wtedy to nie będzie takie super, teraz czuję się podekscytowana.

– Wygląda, że skoro już do tego świata weszłaś, wcale nie masz zamiaru go opuszczać.
– Dokładnie, za cel na ten sezon stawiałam sobie występ w turniejach głównych w Melbourne, Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Do tego będę dążyła.

Dyrektor turnieju powiedział, że wygrałam w tym roku juniorski Wimbledon, na co ona zareagowała w stylu: jeeeej, gratulacje! Mówię: dzięki, a Venus: to jest właśnie przyszłość tenisa. Iga Świątek

– Droga, paradoksalnie, tu w Melbourne chyba z biegiem czasu stawała się łatwiejsza. Po pierwszej rundzie z górki.
– To prawda, pierwszy mecz wymagał ode mnie dużo mentalnej siły. Grałam z Olgą Danilović, a rywalizujemy ze sobą bodaj od 12. roku życia. Mamy długą historię juniorskich potyczek. To było trudne spotkanie, tym bardziej, że nie czułam się pewnie po turnieju w Auckland. Zdołałam się jednak przełamać, odpędzić złe samopoczucie, zyskałam dużo pewności siebie i do drugiego meczu podchodziłam już zupełnie inaczej.

– To złe samopoczucie dotyczyło bardziej sfery psychicznej czy fizycznej? Wiem, że po Auckland wystąpił problem mięśniowy.
– Przez cztery dni nie trenowałam. Pracowaliśmy tutaj z Jasonem Israelsonem, w przeszłości fizjoterapeutą Agnieszki Radwańskiej. Tak naprawdę to on mnie uratował, błyskawicznie wyleczył moją nogę i teraz właściwie nie ma już żadnego problemu. No może poza zmęczeniem.

– Czyli na kort przed meczem z Danilović weszłaś prosto ze stołu fizjoterapeuty?
– Nie, zdążyłam jeszcze potrenować przed pierwszą rundą kwalifikacji, ale przez cztery dni moje mięśnie odpoczywały, straciły trochę szybkości. Niestety, takie są skutki nieprzewidzianych sytuacji jak naciągnięcie mięśnia.

– Jak prawdziwy świat WTA, który poznałaś w Auckland, wypada w porównaniu z wyobrażeniami?
– Szczerze mówiąc, jest fajniej, niż sobie wyobrażałam! Tamtejszy turniej zrobił na mnie ogromne wrażenie. To wspaniałe uczucie, kiedy doświadczam, że należę do WTA. A takie sygnały cały czas otrzymywałam. Pokazywali mi, że jestem częścią WTA, że mogę korzystać z tego, z czego korzystają najlepsze tenisistki na świecie. To mi zaimponowało. Na każdym roku czułam się jak w jednej wielkiej rodzinie.

– Pierwsze anegdoty, miłe spotkania już są?
– Tak, rozmawiałam z Venus Williams. Dyrektor turnieju przedstawił nas sobie. Byłam też świadkiem kilku ciekawych sytuacji, w których akurat nie brałam udziału. Obserwowałam po prostu najlepsze zawodniczki. Okazało się, że to normalne dziewczyny... Zawsze wyobrażałam je sobie trochę jako nadludzi, a mimo wszystko mają dystans do siebie, są zabawne.

– Zdradzisz co ci powiedziała Venus?
– Nasza rozmowa zaczęła się od przedstawienia. Dyrektor turnieju powiedział, że wygrałam w tym roku juniorski Wimbledon, na co ona zareagowała w stylu: jeeeej, gratulacje! Mówię: dzięki, a Venus: to jest właśnie przyszłość tenisa. Tak się wtedy speszyłam... Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę o kolejnych turniejach, potem ona dyskutowała z dyrektorem turnieju, ale ja nawet nie słuchałam. Tak przeżywałam jej słowa!

Venus Williams (fot. Getty) – Trudno znaleźć lepszą motywację niż w słowach takiej legendy, która mówi, że jesteś przyszłością tenisa.
– Tak, ale zdaję sobie sprawę, że ona za dobrze mnie nie zna. Prawdopodobnie powiedziała tak, żeby cokolwiek powiedzieć. Ale zrobiło na mnie wrażenie, jak bardzo miłą jest osobą. I że w ogóle chciało jej się ze mną rozmawiać.

– O zdjęcie jeszcze zdarza ci się kogoś poprosić czy idolki zostały teraz rywalkami z kortu?
– Przyznam, chciałam poprosić o zdjęcie. Uznałam jednak, że weszłam już na taki poziom, że mogę sobie odpuścić. Nie chcę nikomu przeszkadzać. Jestem przecież w turnieju głównym, zaraz będę z tymi zawodniczkami rywalizowała, a nie robiła sobie z nimi zdjęcia.

– No właśnie, turniej główny. Rywalką Ana Bogdan. Jaka była twoja reakcja na losowanie?
– Generalnie nie znam jej za dobrze. Trener Piotr Sierzputowski przekaże mi informacje dotyczące jej stylu. Nie wiem do końca, z czego korzysta, ale powie mi, jak grać z Bogdan. Samo losowanie nie miało już dla mnie większego znaczenia. Jestem zadowolona, że weszłam do turnieju głównego. Myślę, że byłabym tak samo gotowa na pojedynek z rozstawioną zawodniczką. Nawet gdybym miała przegrać, ale jednocześnie pokazała dobry tenis i dalej cieszyła się obecnością w turnieju głównym. I tak samo byłabym przygotowana na rywalizację z kwalifikantką, bo taka opcja też istniała.

– Sprawdzałaś do kogo mogą cię dolosować?
– Tak, patrzyliśmy, ale to aż 16 miejsc, więc małe prawdopodobieństwo, żeby przewidzieć, na kogo się trafi.

– Nie liczyłaś po cichu na spotkanie z Marią Szarapową albo Eliną Switoliną? One też czekały na kwalifkantki.
– Raczej nie myślałam życzeniowo. Byłam gotowa i na potyczki z nimi, czyli z takimi dobrymi zawodniczkami, i z tenisistkami na moim poziomie.

Magda Linette (fot. Getty) – Trenowałaś z Magdą Linette. Czy przekonujesz się, grając z takimi zawodniczkami, że droga do nich jest krótsza niż wskazywałby ranking?
– Trudno ocenić, to nie był mój najlepszy dzień, z kolei wczoraj odpoczywałam. Po trzech dniach intensywnego grania trudniej wejść na właściwe obroty, ale jeszcze mam jutro. To na pewno miłe ze strony Magdy, że jest otwarta na grę z bądź co bądź wciąż juniorką. Cieszę się, to fajne, bo w pewnym sensie tworzymy taką polską drużynę. Nie szukaliśmy rywalki pod kątem charakterystyki. Po prostu obie jesteśmy z Polski i myślę, że się lubimy z Magdą.

– Po treningu poszłaś popatrzeć na Muguruzę. Słyszałem, że ona też kiedyś oglądała, jak trenujesz na Wimbledonie.
– Naprawdę?!

– Tak słyszałem.
– A to nie przypadkiem Patrick Mouratoglou? Zresztą, nieważne. Kiedy trenuję, nie koncentruję się na tym, kto ogląda mój trening. Ale właśnie to mi się tutaj podoba, że otaczają mnie takie zawodniczki. Mogę podejść, obserwować i brać z nich przykład.

– Dzisiaj jeszcze zostanie trochę czasu na podpatrywanie?
– Myślę, że jeszcze znajdę chwilę. Może popatrzę na Naomi Osakę. A o 15 powrót do pokoju i zacznę się koncentrować na moich zadaniach. Raczej książka niż wyjście na miasto. Czytam teraz "Lalkę" Bolesława Prusa do szkoły. Ale bardzo mi się podoba. Trochę w tym stylu co "Duma i uprzedzenie", a ja takie książki lubię. Na razie jednak czas na rozciąganie.

– Dziękuję, kolejna rozmowa przed drugą rundą.
– Mam nadzieję!

Rozmawiał – Antoni Cichy

najpopularniejsze

Skoki w Willingen: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła i...? Kto czwarty w kadrze Stefana Horngachera? [GŁOSOWANIE]

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Linette gra lepiej, gdy nie jest faworytką

"Okiem redakcji". Gra Polaków pod lupą

Short track, PŚ w Dreźnie. Natalia Maliszewska trzecia w finale na 500 metrów