tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Dyrektor sportowy w Polsce, czyli... "zaniedbania i braki"

Dyrektor sportowy to za granicą jedna z najważniejszych osób w klubie. Zarządza budżetem, szuka wzmocnień, decyduje o kształcie kadry i ma długofalową wizję rozwoju zespołu. Dobiera piłkarzy, organizuje życie codzienne, zatrudnia i zwalnia trenerów. W Polsce? W wielu klubach to wciąż funkcja-widmo i tylko w kilku traktowana jest w stu procentach poważnie. Dlaczego wciąż nie mamy zwyczaju odciążania trenerów z nadmiaru zadań i jak traktujemy rolę dyrektorów?
Adam Nawałka i Tomasz Rząsa (fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk)

Lotto Ekstraklasa: Komisja Ligi już nie odpuszcza boiskowym brutalom. "Kary nawet do 10 lat"

WIEDZA CENNIEJSZA OD PIENIĄDZA

Gdy przed laty, tym z koncernu Red Bulla, zaświtał pomysł by zbudować potęgę piłkarską w Niemczech, dysponowali tylko pieniędzmi. Tylko i aż, bo byli skłonni zainwestować naprawdę dużo, by obserwować jak ich sportowe dziecko rozwija się z roku na rok. Szybko okazało się, że futbol to biznes dość specyficzny. Można dysponować nawet nieograniczonymi środkami, ale by zamienić je w sukces sportowy, potrzeba znajomości tematu, doświadczenia, wizji. W Lipsku na początku tego brakowało, więc zatrudniano bez opamiętania podstarzałe gwiazdy, którym oferowano absurdalne jak na warunki niższych lig kontrakty. Szybko okazało się, że nie tędy droga, a każdy miesiąc, w którym księgowa wypuszczała w świat przelewy, tylko pogrążał klub, który podążał ślepą uliczką. Działacze zorientowali się, że do sprawy trzeba podejść z zupełnie innej strony, a priorytetem powinien był pomysł. Zatrudniono więc Ralfa Rangnicka, innowatora uchodzącego za jednego z pomysłodawców ogromnego skoku jakościowego niemieckiej piłki, dano mu odpowiednie narzędzia i swobodę pracy, a potem obserwowano efekty. W kolejnych latach przyglądano się z satysfakcją z wysokości trybun, gdy RB najpierw dostało się do trzeciej, potem do drugiej, aż w końcu do pierwszej ligi. A potem zostało wicemistrzem Niemiec i zagościło na europejskich salonach.

Choć w Lipsku pieniędzy nigdy nie brakowało, to przez pewien czas brakowało wiedzy oraz odpowiednich kwalifikacji – w skrócie angielskiego "know-how". To zapewnił Rangnick – pracoholik i wizjoner, a przy tym facet będący kopalnią wiedzy. 60-latek pracuje w RasenBallSport od lipca 2012 roku (RB grało wówczas w czwartej lidze) w roli dyrektora sportowego, a z doskoku również jako szkoleniowiec. Tak było, gdy przed czterema laty nie znalazł odpowiedniego trenera i postanowił przebrać się w dres, by wprowadzić drużynę do Bundesligi. Tak jest też teraz, gdy na rok opuścił gabinet i skupił się na trenowaniu, by przygotować zespół dla Juliana Nagelsmanna, który w lipcu przejmie stery.

Ralf Rangnick jest autorem sukcesów RB Lipsk (fot. Getty Images)

DYREKTOR, CZYLI CZŁOWIEK-ORKIESTRA

Rangnick jest najważniejszy w klubie spod znaku dwóch zderzających się byków. Odpowiada za kształt kadry, planuje transfery, weryfikuje umiejętności kandydatów do gry w drużynie i na bieżąco modyfikuje wizję rozwoju klubu. W Lipsku panuje niepodzielnie, a że ma do dyspozycji spore pieniądze, to jego praca szybko przynosi efekty. Ale nie on jedyny ma w Budeslidze dużo do powiedzenia, choć pełni funkcję dla wielu z nas enigmatyczną. W Niemczech bowiem dyrektor sportowy jest często istotniejszy od trenera i nie bez kozery kluby podkupują sobie takich wypłacając im ogromne pensje, premie i prowizje. Dla przykładu wspomniany Rangnick zarabia blisko 4 miliony euro, Joerg Schmadtke dostaje w Wolfsburgu trzy czwarte tej sumy, a zarobki Christiana Heidela (Schalke), Maksa Eberla (Borussia Moenchengladbach), Rudiego Voellera (Bayer Leverkusen), Frediego Bobicia (Eintracht Frankfurt) oraz Michaela Zorca (Borussia Dortmund) wahają się od 1,5 do 2 milionów euro. Często więc ci fotografowani najczęściej z telefonem przy uchu dostają więcej niż ci, którzy wychodzą na boisko i decydują o wyniku.

Co więcej – w niemieckich klubach dba się o odpowiednie obsadzenie tego stanowiska tak, że często jedno stanowisko rozkłada się na kilka innych. "Sportvorstand", "Sportdirektor", "sportlicher Leiter", "Manager"... – wszystko zależy od zakresu obowiązków oraz od zaufania przełożonych. Najważniejszą funkcją jest ta pierwsza, czyli dyrektor sportowy mający realny wpływ na wszystkie decyzje zapadające w klubie. Władza takiego człowieka jest ogromna i choć podlega ocenie szefów, to może sobie pozwolić na więcej. Za tym idzie też jednak liczba obowiązków, bo "Sportvorstand" to człowiek-orkiestra. Podpisuje kontrakty z piłkarzami, rozstrzyga o tym, kogo kupić, a kogo sprzedać, podejmuje decyzje, kto ma prowadzić zespół i czy z trenerem powinno się już pożegnać, czy jednak dać mu jeszcze jedną szansę. Ma więc piekielnie dużo pracy, ale i nie pracuje na beczce prochu – otrzymuje duże wotum zaufania, o wiele większe od szkoleniowca, który dziś jest, a jutro może go nie być. Dyrektor planuje rozwój drużyny na kilka lat do przodu, więc jedno, drugie czy trzecie złe półrocze nie musi oznaczać pożegnania z posadą. Tak działa między innymi Christian Heidel w Schalke, który z drugoligowego szaraczka Mainz stworzył zespół momentami walczący o europejskie puchary.

Heidel pracował w Moguncji... 24 lata. Gdy po raz pierwszy zasiadł w gabinecie, na trybuny przeciętnej drużyny z zaplecza przychodziło 4 tysiące kibiców, a roczne obroty klubu wynosiły 3 miliony €. Gdy przed trzema laty opuszczał FSV, obiekt regularnie zapełniał się 34 tysiącami fanów, a rocznie przez księgowość przewijało się 80 milionów. Po drodze 55-latek wprowadził drużynę do europejskich pucharów i ukształtował dwóch świetnych dziś trenerów – to on dał bowiem szansę debiutu Juergenowi Kloppowi (dziś Liverpool) oraz Thomasowi Tuchelowi (Paris Saint-Germain), którzy nigdy nie pracowali w roli trenerów pierwszej drużyny. Ale nie tylko Heidel jest świetnym przykładem, jak zaufanie do dyrektora sportowego potrafi się spłacić. Zorc, przy wydatnej pomocy Hansa-Joachima Watzkego, wyciągnął Borussię z bankructwa i uczynił czołowym niemieckim klubem, podwójnym mistrzem kraju i zespołem godnym rywalizacji z europejską czołówkę.

Christian Heidel "stworzył" Juergena Kloppa i Thomasa Tuchela (fot. Getty Images)

Eberl, pracujący w imienniczce z Moenchengladbach, z balansującego między pierwszą a drugą ligą zespołu, uczynił drużynę potrafiącą zagrozić każdemu w Niemczech, mającą za sobą mecze w Lidze Mistrzów z Barceloną oraz Juventusem oraz działającą na zupełnie innym poziomie ekonomicznym. Przykłady można mnożyć, bo kapitalną pracę w Berlinie wykonuje Michael Preetz, wspominany Schmadtke doprowadził Koeln do gry w Lidze Europejskiej, Bobić z roku na rok buduje coraz mocniejszy Eintracht (trzy lata temu utrzymanie po barażach, w maju wygrany Puchar Niemiec, a wiosną 2019 mecze w fazie pucharowej LE), a Alexander Rosen i Hansi Flick kapitalnie współpracują w Hoffenheim (jeden z nielicznych tandemów dyrektorskich na niemieckiej mapie piłkarskiej).

WYGASŁY MODEL ANGIELSKI

A to przecież tylko przykłady zaczerpnięte z Niemiec. Gdzie byłaby dziś Sevilla, gdyby nie fantastyczne transfery Monchiego, które pozwoliły klubowi z Andaluzji zarobić krocie? Czy Juventus miałby we Włoszech tak mocną pozycję, gdyby przez lata funkcji dyrektora nie pełnił tam niezwykle obrotny negocjator i znawca, Giuseppe Marotta (specjalista od "darmowych" transferów)? Cichym bohaterem Chelsea jest zaś Michael Emenalo a sensacyjne mistrzostwo Anglii dla Leicester to w dużej mierze zasługa niepracującego już tam Steve'a Walsha.

Przez lata wyjątkiem na piłkarskiej mapie Europy była Anglia. Podczas gdy w Niemczech, we Włoszech czy w Hiszpanii ochoczo zatrudniano dyrektorów sportowych, na Wyspach tę rolę wypełniał trener. Trener a w zasadzie menedżer, bo tak zazwyczaj tytułowano tych ludzi. Do południa taki człowiek działał z gwizdkiem na szyi na placu treningowym, a po obiedzie zasiadał w gabinecie, włączał komputer i wprawiał w ruch telefon. Poszukiwał wzmocnień, negocjował umowy, dopinał transfery. Miał więc na głowie multum obowiązków i choć "model angielski" długo się sprawdzał, to z czasem działacze przytomnie doszli do wniosku, że trener jest od trenowania i warto odciążyć go z nadmiaru zadań. Tym sposobem ten archaiczny system działań jest już historią i wbrew miejskim w Premier League już nie istnieje. Być może kimś w rodzaju menedżera można by nazwać Pepa Guardiolę, bo ma on jednak nieco większy wpływ na politykę transferową niż jego koledzy po fachu, ale to raptem jeden taki przypadek na kilkadziesiąt możliwych.

Zaskakujące? A jednak. Dowodów nie trzeba szukać daleko. Kilkanaście dni temu Borussia Dortmund ogłosiła, że latem klub opuści Christian Pulisic, który zdecydował się kontynuować karierę w Chelsea. Maurizio Sarri, szkoleniowiec The Blues, przyznał jednak w rozmowie z BBC, że nie był wtajemniczony w negocjacje z Amerykaninem i tak naprawdę dowiedział się o jego przenosinach dopiero, gdy w sieci pojawiła się oficjalna informacja. – Nie wiedziałem nic o tym transferze. Zapytano mnie miesiąc temu, co o nim sądzę, ale nikt nie konsultował ze mną przydatności tego piłkarza w zespole. Nie jestem odpowiedzialny za transfery, skupiam się na przygotowaniu zawodników do kolejnego meczu – powiedział.

Maurizio Sarri nie ma wpływu na politykę transferową Chelsea (fot. Getty Images)

Nawet mający w piłkarskim świecie ogromny autorytet Jose Mourinho nie mógł w Manchesterze wskazywać palcem piłkarzy, których działacze mieliby kupić w najbliższym okienku. Miał oczywiście prawo sugerować to i owo, między wierszami prosić o konkretnych piłkarzy, ale jednak nie brał udziału w całym procesie skautingowo-negocjacyjnym. Nawet na konferencjach prasowych, podczas prezentacji nowych szkoleniowców, nie tytułuje się już ich mianem "manager" a "head coach" (jak choćby było ostatnio z Unaiem Emerym w Arsenalu). Trzeba więc postawić sprawę jasno: jak zachodnia Europa długa i szeroka, funkcja dyrektora sportowego jest nie tylko najbardziej oczywistą sprawą w klubie, ale i jedną z najistotniejszych. Tacy ludzie decydują o obliczu drużyn w Niemczech, Anglii, Hiszpanii, Austrii, Szwajcarii, na Półwyspie Apenińskim, w Belgii, Holandii i tak dalej, i tak dalej...

BRAK CIERPLIWOŚCI I PRACA OD ŚWITU DO NOCY

Jak to wygląda w Polsce? Zanim wysłuchamy ekspertów, spójrzmy na czytelne i prowadzące do oczywistych wniosków zestawienie. Po lewej stronie Ekstraklasa, po prawej, dla porównania, Bundesliga.

Nazwiska i czas pracy dyrektorów sportowych w Ekstraklasie i w Bundeslidze

Przy czym Heidel wcześniej pracował w Mainz w latach 1992-2016, Reschke w Bayernie (2014-2017), a Schmadtke w Koeln (2013-2017).

Jest różnica, prawda?

Nie jest więc tajemnicą, że praca dyrektora sportowego w Polsce to wciąż dość enigmatyczna i zaniedbana funkcja. Tak naprawdę trudno powiedzieć, jakie trzeba mieć kompetencje, by ją pełnić, co trzeba wiedzieć o piłce i jakie zadania się z tym wiążą. Do gabinetów najczęściej trafiają byli piłkarze, ale, co naturalne, nie każdy z nich ma naturalny dryg do pracy. Ludzi, którzy spełnili się w tej roli, można bez trudny policzyć. Łukasz Masłowski wykonuje świetną robotę w Płocku i uchodzi za jednego z najsprawniejszych dyrektorów w kraju. Piotr Burlikowski w latach 2014-2017 pracował w Zagłębie Lubin na tyle efektywnie, że dziś jest doradcą Zbigniewa Bońka ds. sportu. Michał Żewłakow teraz pracuje dla Miedziowych, lecz w przyszłości spędził dwa lata w warszawskiej Legii. To najwyrazistsze, lecz niestety nieliczne przykłady.

Rzadko kto jednak potrafi utrzymać posadę na dłużej, a to przecież czas powinien być najważniejszym narzędziem dla takiej osoby. Czas i wotum zaufania od zarządu, by móc spokojnie wprowadzić wizję rozwoju zespołu (bo należy zakładać, że kierownictwo podziela koncepcję, skoro daną osobę zatrudniło), dokonać roszad kadrowych, zbudować fundamenty pod zdrowe funkcjonowanie. Skąd więc taki stan rzeczy i jak w ogóle wygląda codzienność dyrektora sportowego w Polsce?

W dalszym ciągu jestem niedoświadczonym dyrektorem sportowym, to dopiero początek drogi i cały czas muszę się tego zawodu uczyć. Można powiedzieć, że to trochę nauka na żywym organizmie. Wcześniej byłem agentem, a to spora różnica, tryb pracy jest całkiem inny. Menedżer opiekuje się tylko wąskim gronem piłkarzy, nie przebywa z nimi 24 godziny na dobę, tylko raz na jakiś czas. Są między tymi zawodami czynniki wspólne, ale jednak więcej jest różnic. Wydaje mi się, że funkcjonowanie w klubie wymaga więcej czasu i więcej poświęcenia. Zakres obowiązków dyrektora zależy tak naprawdę od preferencji klubu oraz od tego, jak działacze w danym miejscu interpretują tę rolę. Do moich obowiązków należy organizacja obozów, zgrupowań, szukanie piłkarzy, negocjowanie kontraktów, ciągła obserwacja nie tylko zawodników, których chcemy pozyskać, ale również obserwacja tego, co dzieje się w zespole. Biorę odpowiedzialność za wynik sportowy, więc codziennie konsultuję się z trenerem odnośnie zespołu, przyglądam się życiu drużyny, więc pracy jest sporo. Osobiście poświęcam na to bardzo dużo czasu i staram się wykonywać swoje obowiązki najrzetelniej, jak tylko potrafię. – twierdzi Masłowski, który jest dyrektorem Wisły Płock.

Łukasz Masłowski jeszcze kilka lat temu był piłkarzem, dziś jest dyrektorem Wisły Płock (fot. PAP/Grzegorz Michałowski)

To rzeczywistość Ekstraklasy, a jak jest w I lidze? Oddajmy głos Rafałowi Żurowskiemu, który od grudnia pracuje w tej roli w Chojniczance. – Trudno mi powiedzieć, w ilu klubach I ligi istnieje funkcja dyrektora sportowego. Jeśli natomiast ktoś podchodzi do tego ambitnie, to jest to bardzo ciężka praca, która pochłania przez całą dobę. Z tą pracą jest tak, że gdy już kompletnie nie masz, co robić, zawsze możesz obejrzeć kolejne cztery mecze, których nie widziałeś, sprawdzić kolejnych 20 piłkarzy, których masz w zakładce do obserwacji, nadrobić tego typu zaległości. W ten sposób można spędzać całe dnie. Ja na przykład mam listę piłkarzy, którym muszę się przyjrzeć, ale w ostatnich dniach jest tyle roboty, że w tym roku, a rozmawiamy 16 stycznia, miałem czas na obejrzenie może pięciu minut jakiegoś spotkania. Jako Chojniczanka jesteśmy też w trochę innej sytuacji – mamy szeroką kadrę i ruchy transferowe będą, ale raczej do zewnątrz. To zmienia trochę specyfikę mojej pracy, bo wyobrażamy sobie rolę dyrektora sportowego jako rekrutera, a ja jestem chwilowo bardziej w roli sprzątaczki. To oczywiście zależy od klubu, od sytuacji zespołu, kształtu kadry, a duży wpływ ma też pochodzenie finansów w drużynie. Inaczej funkcjonują kluby otrzymujące pieniądze od bardzo dużych sponsorów, niezwiązanych bezpośrednio z klubem, a inaczej w takich jak na przykład Chojniczanka, gdzie klub operuje w dużej mierze pieniędzmi… członków zarządu, bo to oni i ich firmy utrzymują drużynę. W tym pierwszym przypadku na pewno dyrektor ma więcej swobody w działaniach. W Chojnicach z kolei zarząd jest mocno zaangażowany w codzienną pracę klubu i ja to akurat rozumiem – obracamy tu nie pieniędzmi "z nieba", a bezpośrednio wypracowanymi na miejscu – twierdzi.

Zakres obowiązków dyrektora zależy przede wszystkim od klubu. W tych największych wygląda to inaczej, ale generalnie zasada jest prosta: im mniejszy klub, tym obowiązków jest więcej. Mogę się domyślać, że dyrektor na przykład Juventusu zajmuje się wyłącznie transferami, w Legii Warszawa też pewnie jest podobnie. W moim przypadku dochodzi również pisanie kontraktów, organizowanie wielu rzeczy w codziennym funkcjonowaniu . Coś jakby "nadkierownik". Z kolei wiem też że są dyrektorzy sportowi w jeszcze mniejszych zespołach i oni zajmują się absolutnie wszystkim. Znam przypadki, że taki człowiek był jednocześnie kierownikiem drużyny i... trenerem bramkarzy. Tylko że potem okazuje się, że nie ma czasu na najważniejsze rzeczy, wskutek czego niektóre sprawy pozostają zaniedbane – dodaje.

Chojniczanka Chojnice od niedawna ma nowego dyrektora. Został nim Rafał Żurowski (fot. PAP/Adam Warżawa)

ZANIEDBANIA I PRZEPŁACANI PIŁKARZE

Wiemy zatem już, że to praca wypełniająca życie od bladego świtu do późnego wieczora i to jest na pewno wspólny mianownik między Polską a zagranicą. Jakie są zatem różnice? Dlaczego w Bundeslidze, La Liga czy Serie A kluby wręcz podkupują dyrektorów, a nad Wisłą nie wszystkie ośrodki z najwyższej klasy rozgrywkowej w ogóle korzystają z przywilejów posiadania takowego? – Funkcja dyrektora sportowego jest w Polsce bardzo zaniedbana, jest w ogóle bardzo mało ludzi, którzy są fachowcami z prawdziwego zdarzenia. Ja też bym się takim na razie nie nazwał, choć przecież pełnię taką rolę w I-ligowym klubie i uważam się za osobę dobrze przygotowaną merytorycznie i pracowitą. Porównując nas do Zachodu, mamy ogromne braki kadrowe – kluby są nieracjonalnie prowadzone, trafia tu wielu przypadkowych piłkarzy, ucieka nam już nie tylko Europa, ale i prześciga nas wschodnia i południowa część kontynentu. To się bierze z wielu rzeczy, także ze złego gospodarowania ludźmi – dla mnie to zdumiewające że takie osoby jak na przykład Tomasz Pasieczny czy Piotr Sadowski (ukończyli wspomniany FIFA Master) nie są wykorzystani w polskiej piłce klubowej, to dla mnie wręcz skandal. Jesteśmy niestety w lesie na wielu polach. Moja obserwacja z wielu klubów jest też taka: wynik i funkcjonowanie drużyn są opierane tylko na kontraktowaniu piłkarzy. Podpisać umowy, wypuścić na boisko i czekać na efekty. Trener? Dodatek, można zawsze wymienić. Organizacja, struktury? Piłkarze grają samopas, żyją samopas i prawie nikt się nimi nie zajmuje. Podam prosty przykład. W akademii Red Bull Salzburg, podkreślam, w akademii, czyli wśród zawodników od około 12. do 17. roku życia, istnieje internat. Na każdym piętrze mieszka ktoś w rodzaju "niańki", która w każdej chwili jest do dyspozycji piłkarzy na tym piętrze. Oni zawsze mogą do niej przyjść, poprosić o to, by coś im ugotowała, zszyła spodnie, czy po prostu z nimi porozmawiała – takie najprostsze rzeczy. A do tego na etacie jest człowiek, który pełni funkcję "Players’ integration manager" – nie zajmuje się niczym innym, tylko tym by zawodnikom żyło się dobrze, by nie musieli się niczym martwić i rzetelnie trenowali. A u nas w drużynie seniorów są problemy przyziemne – zawodnik potrzebuje jakiejś drobnostki, a nie może na to liczyć. Funkcjonujemy często trochę na zasadzie ekskluzywnego auta z zamontowaną instalacją gazową i zepsutymi wycieraczkami oraz bez aktualnych przeglądów – twierdzi Żurowski.

Masłowski również uważa, że dyrektor sportowy to ktoś, kto przydałby się w każdym klubie. – W Wiśle czuję, że jestem potrzebny i wiem, że oddaję swoją pracą zaufanie. Nie wiem natomiast dokładnie, jak to wygląda gdzie indziej, bo w dużej mierze zależy to od tego, co dany klub potrzebuje w danym momencie i jaką przewiduje rolę dla dyrektora sportowego. Mogę jedynie powiedzieć, że w moim odczuciu taka osoba jest dla każdego zespołu bardzo przydatna.

Zbozień: tata wolał kupić mi droższe skrzypce niż korki

PRZYGOTOWANIA DO PRACY

A czy do pracy w tej roli można się w ogóle jakkolwiek przygotować? Czy istnieją odpowiednie studia, kursy, szkolenia?

By być dyrektorem, przede wszystkim uważam, że trzeba czuć piłkę nożną. Bez tego ani rusz. Oczywiście, znajomość środowiska, nie tylko piłkarskiego, ale całej otoczki, agentów, prezesów, trenerów, to wszystko jest szalenie istotne, ale myślę że rola dyrektora sportowego to również połączenie pionu sportowego z zarządem. Trzeba być łącznikiem pomiędzy drużyną, a tym, co się dzieje "na górze". Jeśli pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości ze strony działaczy, trzeba je rozwiewać, być na bieżąco i ja praktycznie codziennie jestem w stanie odpowiedzieć na każde pytanie – uważa Masłowski, który sam w przeszłości grał w piłkę, a potem był agentem. Poznał więc biznes z każdej strony. – Stricte kursu na dyrektora sportowego nie ma, ale jeśli komuś zależy, to może się rozwijać. Pojawiają się choćby szkolenia z prawa sportowego czy skautingu, więc takimi małymi elementami można budować warsztat – dodaje.

Zdaniem Żurowskiego praca w roli menedżera daje znakomite fundamenty pod funkcjonowanie jako dyrektor. W ten sposób można opanować mechanizmy, którymi rządzi się to środowisko i wnikliwie poznać przepisy. – W mojej ocenie dobrą drogą do zostania dyrektorem sportowym, a mówię to też na swoim przykładzie, jest bycie w branży wcześniej. W innej roli, ale jednak. Ja poprzednio byłem agentem piłkarskim i uważam to za o tyle pożyteczne, że wcześniej poznałem mechanizmy tego środowiska. I co bardzo ważne – można dzięki temu opanować przepisy, a jest ich bardzo dużo i są kluczowe dla skutecznego funkcjonowania na co dzień. Z tą praktyką można łatwiej wejść do zawodu. Nie ma raczej studiów szykujących do bycia dyrektorem, ewentualne za takie można postrzegać elitarne FIFA Master, choć ukończyło je tylko kilku Polaków. Wiąże się to bowiem z wbiciem do głowy wielu przepisów i regulacji, a potem z odbyciem znakomitej praktyki w branży. Przykładem jest choćby Łukasz Masłowski z Wisły Płock, jeden z najbardziej uznanych dyrektorów na rynku, który pokazał właśnie taką ścieżkę, o jakiej mówię. Wie teraz, jak funkcjonuje ten rynek z obu stron, jako dyrektor i jako agent, wie jak patrzą na poszczególne ruchy piłkarze, ich menedżerowie...

Kursy, szkolenia, przepisy… A na końcu, jeśli już uda się zająć miejsce w gabinecie, usiąść w fotelu i zaplanować pracę – całodzienna harówa. Agenci zgłaszają swoich piłkarzy, trzeba też samemu poszukiwać wzmocnień. Masłowski bazuje na stworzonej przez siebie liście życzeń. – Wiem kogo chcę i kogo potrzebuję, to dla mnie bardzo istotne. W 80 procentach, gdy zbliża się okno transferowe, nie szperam w mailach, tylko próbuję ściągnąć upatrzonych wcześniej piłkarzy. Nie jestem oczywiście w stanie znać wszystkich i jeśli ktoś rekomenduje mi dobrego zawodnika, to go sprawdzam, ale opieram się na własnej inicjatywie.

Ja akurat nie muszę przekopywać się przez sterty maili, ba, jest ich zaskakująco mało. Może też trochę dlatego, że jestem komunikatywną osobą i dość otwarcie działam w relacjach z agentami. Odbieram telefony, odpisuję na wiadomości, więc wszyscy sprawnie dowiedzieli się, że raczej zimą nie będziemy nikogo kupować, a prawdopodobnie pozyskamy tylko bardzo młodych zawodników, więc to dla nas dość specyficzne okienko – dodaje Żurowski.

Wisła Kraków zmniejszy dług? Wspracie przekaże Jakub Błaszczykowski

LATA NAUKI I ZMIANA MYŚLENIA

Warto też oddać głos tym, którzy pracują w zupełnie innym środowisku, jak na przykład wspominany Heidel z Schalke czy Eberl pracujący w Borussii Moenchengladbach. Gdy 45-latek przejmował stery w klubie w październiku 2008 roku, Źrebaki dopiero co wydostały się z odmętów drugiej ligi i dysponowały niezwykle skromnymi środkami finansowymi. Teraz jest to jeden z najlepiej funkcjonujących zespołów w Bundeslidze, który stać na wydatki rzędu 20 milionów euro na piłkarza, który grał w Lidze Mistrzów i w Lidze Europy, a po rundzie jesiennej tego sezonu zajmuje wysokie, trzecie miejsce w lidze. – W każdej pracy trzeba uczyć się krok po kroku. W Mainz udało nam się wypracować system, który pozwalał myśleć długofalowo, nawet na kilka lat do przodu. W Schalke było inaczej, każdy chciał dobrego wyniku na tu i teraz. Staramy się to zmienić – zapowiedział obejmując rządy w Gelsenkirchen Heidel.

Znaczna większość dyrektorów z Bundesligi zaczynała pracując w piłce. Schmadtke natknął się na ogłoszenie w "Kickerze", za pośrednictwem którego Alemannia Aachen poszukiwała dyrektora. Wcześniej pracował jednak z młodzieżą, podobnie zresztą jak Eberl. Salihamidzić, Heldt, Voeller, Rangnick, Baumann czy Zorc też zdążyli już poznać świat piłki z wielu stron – jako piłkarze, jako trenerzy. Merytorycznie byli więc przygotowani znakomicie, a ponadto wielu z nich miejsca stanowiło duży autorytet w środowisku. – Cztery lata pracy w piłce juniorskiej były dla mnie najlepszą możliwą szkołą. Miałem do czynienia ze sprawami codziennymi, treningami, problemami zawodników. Dało mi to ogrom doświadczenia, też obracałem pieniędzmi, choć nie tak dużymi, jak teraz – wspominał na łamach deutschlandfunk.de Jochen Saier z Freiburga.

Eberl natomiast nie jest zadowolony z tego, że DFB, czyli Niemiecki Związek Piłki Nożnej, organizuje tak mało szkoleń dla dyrektorów. – Skoro zawodu mogą uczyć się piłkarze i trenerzy, to powinniśmy móc również my. Często tę funkcję zajmują byli piłkarze, ale przecież nie każdy musi to czuć, mieć predyspozycje. Bycie świetnym zawodnikiem, nie oznacza że po karierze wciąż ktoś taki będzie skutecznie odnajdował się w piłce – stwierdził.

Reasumując wygląda więc na to, że nie ma ani jednej drogi, by znaleźć dobrego dyrektora, ani jednej drogi by dyrektorem zostać. Jest jednak wiele składowych, które można przeanalizować, by, zatrudniając pracownika, zminimalizować ryzyko wtopy. Doświadczenie, znajomość środowiska, chęć rozwoju na własną rękę – te elementy charakteryzują najlepszych w zawodzie.

Michał Probierz będzie miał teraz znacznie więcej do powiedzenia w Cracovii (fot. PAP/Jacek Bednarczyk)

SMUTNE WNIOSKI

Czy można więc liczyć na to, że wkrótce także i w Ekstraklasie zagości zachodni trend zatrudniana dyrektorów sportowych i powierzania im losów klubu? Na razie to chyba wątpliwe i tylko dziw bierze, że tak mało zespołów bierze takie rozwiązania pod uwagę. Jak pokazują bowiem kluby czy to z Anglii, czy z Niemiec, Hiszpanii, Włoch a nawet Szwajcarii, mądry i pracowity człowiek obsadzony w tej roli może być o wiele cenniejszy niż strzelający gole napastnik czy precyzyjnie dośrodkowujący skrzydłowy.

Perspektywy są więc marne, zwłaszcza widząc jak wiele klubów z Ekstraklasy nie zatrudnia człowieka na tym stanowisku, a prezesi uznają to widocznie za naturalne. – Nie jest tak, że w klubie nie było dyrektora sportowego. Tych nazwisk było sporo, natomiast moje doświadczenie jako prezesa, którym jestem już 15 lat, było w tej kwestii negatywne. Zawsze mieliśmy konflikt między dyrektorem sportowym, a trenerem. Nauczyłem się, że lepszy jest angielski model menadżera, który w pełni dobiera sobie zawodników i współpracowników, oraz ma jednoosobową odpowiedzialność za prowadzenie sekcji piłki nożnej. Kierując się tym i patrząc na ilość pracy, jaką wykonuje trener Michał Probierz, zwróciłem się do niego z prośbą, aby objął obowiązki członka zarządu w randze Wiceprezesa ds. Sportowych. Trener przystał na moją propozycję – powiedział na konferencji prasowej Janusz Filipiak, który oficjalnie znacznie więcej narzędzi do rządzenia Cracovią powierzył... trenerowi Michałowi Probierzowi.

Puentą niech będą słowa Żurowskiego, który twierdzi że trzeba by zachwiać hierarchią i priorytetami w polskiej piłce. – Moja refleksja na podstawie obserwacji wielu klubów, z którymi blisko pracowałem, jest taka, że za dużo pieniędzy jest przepalanych na kontrakty piłkarzy, a za mało inwestowanych jest w to, co dzieje się wokół nich. Nie dba się, by roztoczyć nad nimi opiekę, pomóc im w stu procentach skupić się na piłce. By dofinansować sztab, zapewnić im odpowiedni sprzęt do treningów... – podsumował.

Jarosław Królewski odnowi Wisłę Kraków? "To bardziej misja społeczna"

najpopularniejsze

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Short track, PŚ w Dreźnie. Natalia Maliszewska trzecia w finale na 500 metrów

"Niesprzedana jedenastka": Lech Poznań (odc. 7)

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel

"Złowione w sieci". Wielka walka Polaka i powrót Mostowiaka