tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Rostkowski wspomina. On, Strejlau, mój idol…

Gdy niektórzy piłkarscy idole z dzieciństwa okazywali się z czasem niegodni podziwu, autorytety upadały jeden za drugim, z odmętów polskiego futbolu coraz wyraźniej wyłaniał się "On, Strejlau". Dla mnie: Szanowny Pan Andrzej Strejlau.

Rostkowski wspomina. On, Strejlau, mój idol…

Gdy niektórzy piłkarscy idole z dzieciństwa okazywali się z czasem niegodni podziwu, autorytety upadały jeden za drugim, z odmętów polskiego futbolu coraz wyraźniej wyłaniał się "On, Strejlau". Dla mnie: Szanowny Pan Andrzej Strejlau.
Andrzej Strejlau (fot. PAP)

Suarez kopnął bramkarza w rękę i głowę

Spotkałem go po raz pierwszy, gdy był trenerem, blisko 30 lat temu. Pamiętam to dokładnie, ponieważ 11 lutego 1989 roku po raz pierwszy w życiu prowadziłem jako sędzia główny mecz seniorów. Miałem wtedy 16 i pół roku, a na boisku "Fort Bema" w Warszawie grały pierwsze zespoły Legii i Radomiaka.

Legia grała w składzie: Zbigniew Robakiewicz, Jacek Bąk, Marek Jóźwiak, Juliusz Kruszankin (w protokole kierownik drużyny Legii napisał "Julian Kruszankin"), Kazimierz Buda, Mieczysław Pisz, Jan Karaś, Krzysztof Iwanicki, Ryszard Robakiewicz, Dariusz Dziekanowski, Stanisław Terlecki oraz rezerwowi Maciej Szczęsny i Waldemar Sobkowiak.

Protokół meczu Legia Warszawa – Radomiak Radom (fot. Rafał Rostkowski)

"Panie sędzio, śmiało, w obie strony"

Sędzia z niespełna rocznym stażem, debiutujący w seniorach, na dodatek prowadzący mecz bez wyszkolonych sędziów liniowych, bo wyznaczeni przez związek na Bemowo nie przyjechali (zastąpili ich tzw. sędziowie przygodni, nazywani też "klubowymi"), podobno wypadł "w miarę dobrze", czy może raczej: "obiecująco". Piłkarze przywykli do innych standardów sędziowania mieli jednak prawo narzekać. Błędy przy ocenie spalonego popełnione od strony środka boiska oczywiście można zrozumieć i usprawiedliwić. Gorsze było to, że po raz pierwszy czułem tremę, nad którą nie potrafiłem jeszcze zapanować ani tym bardziej nie potrafiłem jej wyłączyć.

Gdy Dariusz Dziekanowski został przez obrońcę Radomiaka zatrzymany, prawdopodobnie nieprzepisowo, czego ja nie dostrzegłem, tylko rozłożył ręce i wymownie na mnie spojrzał. Nie skrytykował mnie ani słowem. Stanisław Terlecki dwa albo trzy razy powiedział, co myśli o sędziowaniu, ale wiedziałem, że słynny zawodnik miał rację. Czasem trudno mieć pretensje o dobór przecinków, jeżeli treść między nimi jest zgodna z prawdą.

Myliłem się w obie strony, ale chyba częściej ze stratą dla Legii. Grała dużo lepiej i obrońcy Radomiaka próbowali zatrzymywać jej ataki na różne sposoby. W pewnej chwili niepostrzeżenie, niby przechodząc obok, podszedł do mnie Jan Karaś, który był kapitanem Legii. Dyskretnie powiedział mi, niemalże na ucho: "Panie sędzio, śmiało, w obie strony". Słowa Karasia bardzo mi wtedy pomogły, dodały otuchy, wzmocniły. Z każdą minutą meczu szło mi coraz lepiej, ale po ostatnim gwizdku dobrze wiedziałem, że byłem najsłabszym uczestnikiem tego meczu.

Co powie Strejlau?

Po meczu czekałem, co powie słynny trener, którego znałem tylko z książek, prasy i telewizji. Karaś i Dziekanowski zaimponowali mi zachowaniem z klasą, tolerancją dla szczupłego nastolatka ze świeżym wąsem, ale – szczerze mówiąc – chyba trochę bałem się recenzji pana Strejlaua, już wtedy znanego jako wyjątkowy mówca. Podszedł, podał rękę i powiedział krótko: "Dziękuję, panie sędzio". Dla mnie te trzy słowa w tej sytuacji znaczyły tyle co: "były błędy, bo musiały być, ale poziom był akceptowalny, biegał pan dużo, ale podań krzyżowych, prostopadłych i szczególnie diagonalnych pan nie blokował, więc może będą z pana ludzie". Zrozumiałem, że skoro w tak wczesnym wieku przeżyłem takie doświadczenie i nie spowodowałem swoją pracą lawiny krytyki, to warto dalej się starać.

Później spotykaliśmy się wiele razy. Służbowo – jako trener i sędzia. Sędziowałem między innymi sparing reprezentacji Polski, gdy Strejlau był selekcjonerem, i w dniu wyborów prezydenckich 5 listopada 1995 roku mecz Ekstraklasy z udziałem Zagłębia Lubin, gdy był jego trenerem w sezonie 1995/1996. Zawsze kulturalny, merytoryczny, profesjonalny.

Z czasem wiedziałem o nim coraz więcej i – w przeciwieństwie do kilku telewizyjnych idoli z dzieciństwa, którzy w rzeczywistości pozaboiskowej okazali się niegodni podziwu – pan Strejlau zdecydowanie zyskiwał przy bliższym poznaniu. Przekonywałem się, że zawsze ma otwartą głowę, myśli logicznie i szybko, a do tego jest człowiekiem życzliwym. Szczególnie ważna dla mnie była i jest jego postawa etyczno-moralna i stosunek do korupcji, której nie toleruje. Zaczął mi imponować, bo w świecie piłki nożnej wyróżniał się bardzo wyraźnie.

Akta sprawy "Fryzjera" (fot. PAP) Uwaga: rzut karny za faul na środku boiska

W 2003 i 2004 roku przebieg kolejnych testów pisemnych sędziów został sfałszowany. To było oczywiste, a nawet poszlakowo udowodnione. Niektórzy sędziowie, szczególnie ci kojarzeni wtedy lub później z "Fryzjerem", na pytanie o sytuację na środku boiska zgodnie udzielili odpowiedzi "rzut karny" – mimo to mieli zaliczoną odpowiedź jako poprawną, gdyż przed testem dostali "gotowca" i tylko przepisywali odpowiedzi, w tym także tę jedną absurdalną, ustaloną błędnie. Do tego doszła afera z molestowaniem seksualnym sędź przez jednego z członków zarządu Kolegium Sędziów, nazywanego „Wujkiem Ciepłą Rączką”, i sporo innych bulwersujących spraw. Było coraz bardziej jasne, że kolejne władze Kolegium Sędziów również nie postępują uczciwie i sytuacja wymaga stanowczych działań PZPN.

To właśnie w tamtym okresie – w czasie letniego kursu w Spale, tuż przed wejściem do starego budynku Centralnego Ośrodka Sportu, w którym kiedyś była recepcja i główna stołówka – powiedziałem prezesowi Michałowi Listkiewiczowi, że testy zostały sfałszowane. Doradziłem, że skoro kolejni szefowie Kolegium Sędziów mają problemy z uczciwością lub nie potrafią dobrze zorganizować egzaminów, to może pora sięgnąć po kogoś nie tylko o dotychczas nieposzlakowanej opinii, ale przede wszystkim po kogoś, kto ma jasne i wyraźne poglądy antykorupcyjne, sztywny kręgosłup moralny, i nie da się wkręcić w układy jednej czy drugiej frakcji sędziowskiej.

– Na przykład taki ktoś jak Andrzej Strejlau byłby idealny – powiedziałem wtedy Listkiewiczowi. – Michał, zresztą zobacz, skoro w FIFA i UEFA szefem sędziów jest ktoś [przez lata był – tłum. RR], kto nie był sędzią, to dlaczego podobnie nie może być w Polsce? – argumentowałem. Po chwili podszedł do nas Jerzy G., ówczesny przewodniczący Kolegium Sędziów. Dostał to stanowisko po koledze, który stał się znany między innymi z tego, że nie rozumiał konfliktu interesów w jednoczesnym byciu szefem sędziów i producentem krzesełek stadionowych. – Jurek, Rafał mówi, że testy odbyły się nieprawidłowo – powiedział prezes. Zacząłem mieć pod górkę.

Gdy wyszły na jaw kolejne nieprawidłowości w Kolegium Sędziów, Jerzy G. został odwołany. Wtedy drugi raz powiedziałem prezesowi: – Może Strejlau albo ktoś podobny spoza środowiska sędziowskiego.

Jerzego G. zastąpił Janusz Hańderek.

Andrzej Strejlau (L), Janusz Hańderek (P) (fot. PAP) Kolegium do spraw przestępstw

W 2005 roku wybuchła w Polsce największa piłkarska afera korupcyjna na świecie. Szybko okazało się, cóż za niespodzianka, że głęboko są w nią zamieszane władze Kolegium Sędziów PZPN. Jerzemu G. prokuratura postawiła w sumie 92 zarzuty. "Wujek Ciepła Rączka" został zatrzymany i też dostał zarzuty korupcyjne, podobnie jak inny członek zarządu KS PZPN, który od lat chętnie oceniał sędziów publicznie. Listkiewicz wiedział, że Hańderka też będzie musiał odwołać ze stanowiska. Hańderek zarzutów korupcyjnych nie miał, ale pojawiły się inne – powiedzmy, że historyczno-polityczne. Prezes PZPN zaczął sobie zdawać sprawę, że w środowisku sędziowskim trudno o odpowiednich kandydatów na stanowisko szefa Kolegium Sędziów. Konsultował się z różnymi osobami, ale zadanie miał trudne, bo nie wiedział, które z nich dostaną wkrótce zarzuty korupcyjne, a kto jest czysty.

Wkrótce Michał zaprosił mnie na saunę do hotelu Jan III Sobieski w Warszawie. Siedząc w jacuzzi zapytał, co myślę o pomyśle, żeby szefem został… Strejlau. Najpierw mnie zamurowało, ale szybko odpowiedziałem – bo nadal tak uważałem – że to rewelacyjny pomysł. Nawet nie zapytałem, jak na to wpadł ani co go przekonało do tego kandydata. Cieszyłem się, że wreszcie może pojawić się szansa na poprawę sytuacji. Za chwilę do sauny przyszedł Janusz Wójcik, dołączył się do nas, więc zmieniliśmy temat. Wójcik od razu zaczął opowiadać ciekawe historie, co, kto i z kim, więc głównie słuchaliśmy, co miał do powiedzenia były trener reprezentacji olimpijskiej i reprezentacji narodowej.

Andrzej Strejlau (fot. PAP) On, Strejlau i inni reformatorzy

Wkrótce później pierwszy raz zadzwonił do mnie nowy przewodniczący Kolegium Sędziów – Andrzej Strejlau. – Michał powiedział mi, żebym z panem porozmawiał na temat sytuacji w środowisku sędziowskim. Możemy pojechać w czwartek razem do Łodzi, we dwóch, żeby swobodnie porozmawiać? – zapytał.

W następnych dniach nadspodziewanie wiele osób prosiło mnie, zdumiewająco mocno, niektórzy wręcz natrętnie, żebym w czwartek 16 czerwca 2005 roku zabrał ich do Łodzi samochodem. Odmawiałem: "w samochodzie nie ma już wolnego miejsca". Na mecz barażowy o Ekstraklasę, Widzew Łódź – Odra Wodzisław, zgodnie z ustaleniami pojechaliśmy we dwóch.

"Podczas jakiejś podróży samochodem [właśnie tej] przekonywał mnie do pomysłu zrobienia grupy sędziów zawodowych. Byłem tego samego zdania, więc zaczęliśmy nadawać na tych samych falach." – mówi o mnie w książce "On, Strejlau".

Jeszcze przed meczem nowy szef sędziów powiadomił obie drużyny, żeby piłkarze zachowywali się odpowiednio, bo mecz rewanżowy trzy dni później poprowadzi ten sam arbiter główny. To był oryginalny pomysł Strejlaua, potem miał kolejne. Skorumpowanym było oraz trudniej. Tak zaczynała się rewolucja, której przeprowadzenie i owoce niektórzy niesłusznie przypisują sobie zapominając, że przełomową rolę w historii sędziowania w Polsce odegrał przede wszystkim Andrzej Strejlau, a także Michał Listkiewicz, który mocno doświadczony aferą korupcyjną ostatecznie zdecydował się na przełomową nominację dla osoby spoza środowiska sędziowskiego, oraz prezes Ekstraklasy SA Andrzej Rusko i jej dyrektor Bogdan Basałaj, którzy zgodzili się, aby profesjonalizacja sędziowania została sfinansowana przez Ekstraklasę SA. Bez tego, bez zgody wszystkich tych osób, nie byłoby systematycznego wzrostu poziomu sędziowania i późniejszych sukcesów Szymona Marciniaka, bo ani on, ani jego asystenci prawdopodobnie nigdy nie zostaliby sędziami zawodowymi.

Andrzej Strejlau (fot. PAP) "Kochaniutki, czy to był błąd?"

Strejlau przeciął wiele korupcyjnych układów w polskim sędziowaniu, a niektóre układy ograniczył lub tylko zamroził, bo nie miał dowodów, aby wyrzucić wszystkich skorumpowanych.

Znakomicie radził sobie nawet w sytuacjach, w których konieczna była szczegółowa znajomość przepisów gry, aktualnych interpretacji i wytycznych dla sędziów. Strejlau nie miał czasu na dodatkowe kursy czy szkolenia – musiał radzić sobie już: podejmować decyzje natychmiast lub bardzo szybko.

Kiedyś zapytał mnie o decyzję podjętą przez pewnego arbitra, którego korupcyjny układ forował bardzo mocno. To był arbiter, o którym już wtedy wiedziałem na tyle dużo, że poprosiłem w Kolegium Sędziów, żeby nigdy więcej nie wyznaczać mnie na mecze razem z nim. Jeden wspólny mecz z nim to był o jeden mecz za dużo dla mnie. Mimo to, zapytany przez Strejlaua, starałem się uchylić od odpowiedzi, bo sytuacja wydawała mi się trochę niezręczna.

– Wolałbym, żeby zapytał pan kogoś innego. Trudno mi oceniać innego sędziego z tej samej ligi przed jego szefem – próbowałem się wymigać. – Proszę się tym nie przejmować. Jak pytam, to znaczy, że potrzebuję odpowiedzi – nalegał przewodniczący Strejlau. W końcu przyznałem, że sędzia podjął złą decyzję. – Dlaczego? – zapytał Strejlau. Musiałem więc wytłumaczyć, jakie są zasady postępowania i kryteria oceny danej sytuacji. – OK, dziękuję – usłyszałem.

Po chwili do pokoju wszedł działacz Kolegium Sędziów i równocześnie pracownik PZPN. – Kochaniutki, powiedz mi, jak to było z decyzją tego sędziego. Miał rację czy się pomylił? – zapytał go Strejlau w mojej obecności.

Znieruchomiałem, bo ewidentny błąd sędziego pracownik PZPN usiłował przedstawić jako dobrą decyzję! Pracownik położył papiery na biurku i za chwilę wyszedł z pokoju. Znowu zostaliśmy ze Strejlauem sami we dwóch. Zacząłem tłumaczyć: – Panie przewodniczący, nie wiem dlaczego usłyszał pan przed chwilą inną odpowiedź, ale zgodnie z przepisami jest tak, jak panu powiedziałem. Mogę panu pokazać dokumenty, przepisy lub klatki szkoleniowe z FIFA – starałem się przekonać. – Spokojnie, wszystko rozumiem, ja sobie wszystko sam układam. Muszę tylko mieć dane i wiedzieć, kto próbuje wyprowadzić mnie w pole.

Gdy Andrzej Strejlau zrezygnował ze stanowiska szefa sędziów, zaczął mówić i wiele razy to powtarzał: "Korupcja wróci, tylko czeka na okazję". Nie wiedział tylko, jak szybko wróci.

Dariusz Dziekanowski (L), Andrzej Strejlau (P) (fot. PAP) Laurka od "Dziekana"

"Andrzej Strejlau to pierwszy trener, któremu nie mogę nic zarzucić. Jest obiektywny, uczciwy, nie faworyzuje nikogo. Nie ma lepszego fachowca w Polsce. Nie zmienię mojej opinii o nim nawet wtedy, jeśli nie powoła mnie już do reprezentacji" – powiedział Dariusz Dziekanowski, którego Jerzy Chromik cytuje w swojej książce pt. "On, Strejlau".

Długo czekałem na tę książkę. Przed przeczytaniem zamierzałem ją zrecenzować, ale w czasie lektury przekonałem się, że to niemożliwe. Że nie mogę, nie wypada mi oceniać książki, w której sam zostałem oceniony. Nie mogę obiektywnie stwierdzić, czy ta książka zasługuje na tytuł sportowej książki roku – do którego kandyduje – bo musiałbym przeczytać wszystkie pozostałe, a tego nie zrobiłem.

Mogę natomiast napisać, że ta książka podoba mi się i że Szanowny Pan Andrzej Strejlau jest naprawdę taki, jak w tej książce. 30 lat obserwowania słynnego trenera z różnych stron i z różnych odległości pozwala mi stwierdzić, że książka "On, Strejlau" pokazuje człowieka wiernego. Ideałom i sobie. Człowieka, który wiele stracił przez swoją antykorupcyjną niezłomność, czegoś przez to z pewnością nie osiągnął, ale który ze spokojem może spojrzeć w każde lustro. Andrzej Strejlau to nie tylko świetny trener, znakomity ekspert i słynny komentator, którego potrzebuje każda stacja telewizyjna. Strejlau to przede wszystkim piłkarski symbol uczciwości. Szkoda, że brakuje go w PZPN.

Rafał Rostkowski – był sędzią przez 30 lat: liniowym, głównym, sędzią asystentem i sędzią technicznym. Sędziował m.in. w Ekstraklasie w latach 1991-2017, w rozgrywkach UEFA w latach 1997-2017, FIFA 2001-2017, w tym mecze mistrzów świata, mistrzów trzech kontynentów i mecze Ligi Mistrzów.


Krytyka VAR często wynika z jego niezrozumienia

najnowsze opinie

Piotr Jagiełło Wolna sobota. Fonfara jak Lennox Lewis

Rafał Rostkowski Dlaczego polscy sędziowie pomogli anulować gola Ajaksu

Piotr Sobczyński Karnawał i post

Jacek Dąbrowski Więcej światła