Holenderska kultura łyżwiarska. Z tego wynika ich dominacja

Kjeld Nuis (fot.getty images)
Holendrzy po raz kolejny zdominowali olimpijską rywalizację w łyżwiarstwie szybkim. W tej dyscyplinie rządzą już od lat. Na długim torze wywalczyli 41 spośród 45 złotych medali, jakie w swojej historii zdobyli na zimowych igrzyskach. Skąd wynika ich bezwzględna dominacja?

Bracia dumą Bratanków. Niecodzienna kariera Liu w short tracku


W Pjongczangu Holendrzy zdobyli 16 medali w rywalizacji łyżwiarzy szybkich, w tym aż siedem złotych. Jeszcze lepsi byli w Soczi, skąd wywieźli 23 krążki. - Oni będą dominować na każdych igrzyskach. To jest taki poziom organizacyjny, któremu nie dorówna żaden inny kraj na świecie - twierdzi były łyżwiarz szybki, specjalista od jazdy na długich dystansach Paweł Zygmunt.

Przewagę nad resztą świata udowadniają na każdym kroku. Rokrocznie dominują na mistrzostwach świata, a także w cyklu Pucharu Świata. Żaden z pozostałych krajów nie może się z nimi w ostatnich latach równać.

Kultura jazdy na łyżwach
- Łyżwiarstwo szybkie jest w Holandii sportem narodowym. Jest wpisane w kulturę tego kraju. W tę dyscyplinę są zaangażowane ogromne pieniądze. Każdy kraj, który startuje obok Holandii, to tacy biedni krewni - zauważa Paweł Zygmunt.

Od zawsze sport ten dominuje w Holandii. Wynika to w dużej mierze z położenia geograficznego. Trudno bowiem uprawiać inną dyscyplinę w kraju tak dobrze naturalnie przystosowanym do jeżdżenia na łyżwach. W tym małym państwie znajduje się wiele mniejszych rzek, jezior czy kanałów, które regularnie zamarzają zimą.

W takim przypadku jazda na łyżwach jest dla Holendrów wygodną formą przemieszczania się. Wówczas zsiadają z rowerów i wykorzystują pokrywę lodową do tego, aby w szybszy sposób dostać się do szkoły czy pracy.

Od wielu lat zatem łyżwiarstwo szybkie jest wpisane w narodowe DNA obywateli tego kraju. Na łyżwach, podobnie jak na rowerach, jeżdżą tam bowiem wszyscy – zarówno dla rozrywki, jak i przy zwykłym przemieszczaniu się po mieście.

Wyścig jedenastu miast

Najdogodniejsze warunki do jazdy na łyżwach panuję we Fryzji. W dużej mierze dzięki temu regionowi w 2016 roku łyżwiarstwo na lodzie naturalnym zostało włączone do listy niematerialnego dziedzictwa kulturowego Holandii.

W tym regionie właśnie odbywa się Elfstedentocht, czyli wyścig jedenastu miast – jeden z najbardziej wyczerpujących maratonów świata. Nie jest rozgrywany regularnie, a jedynie wówczas, gdy zima jest na tyle mroźna, że rzeki pokryte są minimum kilkunastocentymetrową warstwą lodu.

Taka sytuacja nie miała miejsca zbyt wiele razy. Elfstedentocht rozegrano jak dotychczas zaledwie 15-krotnie, z czego ani razu w XXI wieku. Na szesnastą edycję Holendrzy czekają już od 1997 roku. -Gdy odbywa się wyścig jedenastu miast, król zarządza dwa dni wolnego - dwa miliony osób ogląda ten wyścig na żywo, a reszta w telewizji - opowiada Paweł Zygmunt. - Zgłoszeń do tego wyścigu jest zwykle ponad pół miliona, a wystartować może maksymalnie 30 000 osób. Inne maratony na świecie nie mogą równać się z tym fenomenem - dodaje łyżwiarz.

Wyścig rozpoczyna się zawsze o 5:30 czasu lokalnego. Zawodnicy wypuszczani są w 2000-osobowych grupach, co 25 minut. Jako pierwsi wyruszają ci najlepiej przygotowani łyżwiarze, zamierzający walczyć o zwycięstwo.

Trasa maratonu jest mordercza. Łyżwiarze biegną po zamarzniętych rzekach i kanałach, pokonując niemal 200 kilometrów. Jak wskazuje sama nazwa zawodów, muszą oni przebiec przez jedenaście miast. Aby uniknąć możliwości oszustwa, w każdym z nich rywalizujący zobowiązani są podbić kartę zawodów.

Każdy, kto dotrze do zlokalizowanej w Leeuwarden mety przed północą, otrzymuje srebrny krzyż jedenastu miast. Jednak tylko ten, kto linię mety przebiegnie jako pierwszy zapewnia sobie wieczną chwałę. W Holandii zostaje wówczas niemal bohaterem narodowym, a dzięki licznym ofertom reklamowym niemal z miejsca staje się bogaczem.

Zwycięzca może być tylko jeden

Pierwszym zwycięzcą Elfstedentoch był Minne Hoekstra, który triumfował w 1909 roku. Dwie późniejsze edycje biegu wygrał Coen de Konig (1912, 1917). Oprócz niego więcej niż raz zwycięzcami zostawali także Auke Adema (1940, 1941) i Evert van Benthem (1985, 1986).

Do ciekawej sytuacji doszło w 1933 roku. Wówczas o triumf mieli walczyć ze sobą Abe de Vries i Sipke Castelein. Łyżwiarze nie podjęli jednak walki na finiszu, a… chwycili się za dłonie i w ten sposób jednocześnie przekroczyli linię mety.

W 1940 roku było podobnie. Wówczas metę razem przekroczyli Piet Keijzer, Auke Adema, Cor Jongert, Durk van der Duim i Sjouke Westra. Od tego czasu organizatorzy zabronili jednak takich praktyk. Mimo to w 1956 roku łyżwiarze zignorowali ten przepis. W rezultacie… nie uznano ich wyniku, a wyścig uznano za nierozstrzygnięty.

Kraj tulipanów, rowerów i tysiąca lodowisk

Aby osiągnąć takie wyniki, Holendrom nie wystarczy jednak doświadczenie wyniesione z naturalnych lodowisk. W całym państwie powstają kryte lodowiska. Takich miejsc, jakie my od niedawna mamy w Tomaszowie Mazowieckim, Holendrzy mają osiem. A wszystko na terenie o powierzchni niewiele większej, niż województwo Mazowieckie.

Wśród nich wyróżnia się Thialf – wybudowana w Heerenveen największa, bo mogąca pomieścić przeszło 12 tysięcy kibiców, hala do łyżwiarstwa szybkiego. Treningi na takich obiektach przynoszą skutki.

Właśnie w takich warunkach wychowywać mogą się multimedaliści olimpijscy, tacy jak Ireen Wust (5 złotych, 4 srebrne, 1 brązowy) czy Sven Kramer (4 złote, 2 srebrne, 2 brązowe). Rozwijająca się wciąż holenderka kultura jazdy na łyżwach daje naturalną przewagę sportowcom z tego kraju, co przekłada się na dominację na najważniejszych imprezach. Musi minąć zapewne wiele lat, zanim którykolwiek inny kraj zdoła zbudować system szkolenia, aby dogonić Holendrów.

Paweł Zygmunt: Polacy mogą urwać w przyszłości parę medali Holendrom
Źródło: sport.tvp.pl