Pjongczang: paraolimpijczycy wracają z tarczą

Igor Sikorski (fot. Getty)
Cztery lata temu w Soczi polska ekipa po raz pierwszy w historii startów na igrzyskach paraolimpijskim nie zdobyła ani jednego medalu. Z Pjongczangu wraca z jednym – brązowym Igora Sikorskiego w alpejskim slalomie gigancie. Pierwszym medalem Polaka w konkurencjach alpejskich od 30 lat! I pierwszym w historii polskiego narciarstwa alpejskiego na monoski. Trudno się dziwić, że wszystkich ucieszył.

– To przełomowy moment dla polskiego paraolimpijskiego narciarstwa. Przebiliśmy szklany sufit. Polak udowodnił, że może wygrywać z Austriakami, Francuzami i innymi alpejskimi potęgami. Nikt w to nie wierzył. Ciężko było namówić zarząd Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych "Start" do finansowania narciarstwa, co tu dużo mówić – drogiego sportu. Ale bardzo ważnego. Stok to świetne miejsce do integracji – komentował prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, Łukasz Szeliga, który sam trzykrotnie startował na igrzyskach paraolimpijskich w narciarstwie alpejskim i przez kilka lat był trenerem Sikorskiego.

Drugi z polskich alpejczyków, niedowidzący Maciej Krężel, jeżdżący z przewodniczką Anną Ogarzyńską żałował, że nie udało mu się poprawić dwóch piątych miejsc z igrzysk w Soczi. Tym razem był dwa razy szósty w slalomie i slalomie gigancie.

– Jest mały niedosyt. Różnica bierze się stąd, że przez te cztery lata pojawiło się wielu nowych rywali. My trenujemy głównie na stoku pod dachem w Druskiennikach na Litwie gdzie jest trasa tylko do slalomu, stąd liczymy się tylko w konkurencjach technicznych – mówił Krężel.

Oboje współpracują ze sobą już 10 lat, tworzą zgrany zespół i zapowiadają kontynuację do igrzysk w Pekinie.

Z polskich narciarzy i biathlonistów zadowolony z siebie ma prawo być tylko Witold Skupień, który zajął 5. miejsce w biegu na 20 km, 6. na 10 km i 7. w sprincie. Ale nie był - wręcz przeciwnie. – Te igrzyska to moja życiowa porażka. Nie wyobrażałem sobie, żebym choć raz nie stanął tu na podium. Nie mam zwyczaju zwalać na nikogo winy poza sobą samym. Sam popełniłem kilka zasadniczych – stwierdził rozgoryczony wicemistrz świata z Finsterau z 2017 roku i tegoroczny brązowy medalista PŚ w Vuokatti.

– Wiem, że stać mnie na wygrywanie z tymi zawodnikami. Pragnąłem, żeby szczyt przyszedł na igrzyska. Nie przyszedł. Żeby było jak najlepiej posmarowane – nie było. Fajnie, że będę miał stypendium, które gwarantuje dalszy rozwój. Ale nie startuję dla niego, tylko żeby wygrywać – dodał.

Nad swoją sportową przyszłością zastanawia się 34-letni Kamil Rosiak, który zajmował miejsca w drugiej, a raz nawet w trzeciej dziesiątce. Być może skupi się teraz na piłce nożnej. Jest zawodnikiem reprezentacji Polski w Amp-Futbolu dla osób po amputacji kończyn. Trener Marek Dragosz dał mu znać w Pjongczangu, że liczy na niego na wrześniowych mistrzostwach świata w Meksyku.

Bez stypendium wracają także z Pjongczangu Piotr Garbowski, startujący z przewodnikiem Jakubem Twardowskim, który trzykrotnie zajmował feralne dziewiąte miejsce. 45-letni zawodnik, który mógłby być ojcem większości rywali, żeby utrzymać rodzinę na co dzień pracuje w stolarni. Jak opowiadał, ciężko mu łączyć treningi z pracą, z Kubą biegają wspólnie tylko w weekendy. – Legendarny niedowidzący Kanadyjczyk Brian McKeever, który w Pjongczangu zdobył trzy złote medale i ma już w sumie 13. złotych krążków na igrzyskach trenuje 30 godzin tygodniowo, nie wspominając o zabiegach fizjoterapeutycznych i spotkaniach z psychologiem sportu. Ja jestem w stanie trenować tylko przez 12 godzin. Kuba pomaga mi charytatywnie. W tej sytuacji ciężko dogonić czołówkę – mówił.

Igor Sikorski: liczyłem na trochę więcej

Łukasz Kubica zajmował miejsca w drugiej dziesiątce i także wraca bez stypendium. Jego przewodnik, Wojciech Suchwałko po ostatnim starcie ogłosił rozstanie zawodnikiem. – Może z nowym przewodnikiem będzie miał lepszą komunikację niż ze mną? – stwierdził. Kubica stwierdził, że jeszcze nie wie co zrobi. Najpierw chce odpocząć i zebrać myśli po igrzyskach.

Debiutująca na igrzyskach 19-letnia Iweta Faron, tegoroczna maturzystka dwa razy zajęła ostatnie miejsce, raz zeszła z trasy. Najlepiej wypadła w biathlonie na 10 km gdzie zajęła 8 miejsce. – Debiut podsumowuję jako nie najgorszy. Udało mi się wystartować w czterech zawodach. Pozytywnie jestem zaskoczona atmosferą. Bardzo dobrze będę wspominać igrzyska. Ważne jest zebrane tutaj doświadczenie. Wiem co muszę poprawić – mówiła.

Na koniec nie można nie wspomnieć o Wojciechu Tarabie, najbardziej pechowym z naszych reprezentantów. Najpierw uśmiechnęło się do niego szczęście w postaci "dzikiej karty", jednak nie dane mu było posmakować koreańskich stoków. Przypomnijmy, że podczas pierwszego treningu doznał urazu twarzoczaszki i trafił do szpitala olimpijskiego, gdzie przeszedł operację. Wrócił już do wioski, ale nie będzie mógł wrócić do Polski razem z resztą zawodników. Ze względów zdrowotnych pozostanie w Korei najprawdopodobniej jeszcze dwa tygodnie. Niemniej w szumie medialnym, jaki powstał w związku z wypadkiem, Taraba upatruje szansy na promocję para snowboardu w Polsce. – Mój wypadek spowodował medialne zainteresowanie tym tematem i wpłynie pozytywnie na rozwój tej dyscypliny. Zależy nam, żeby się rozwijała. Mamy nowych riderów, nowe możliwości. Z trenerką coraz intensywniej pracujemy by coraz więcej osób do tego sportu zachęcić.

– Mogło być lepiej, ale nie narzekam – podsumowuje Łukasz Szeliga, prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. Igor Sikorski odczarował fatum z Soczi i to jest najważniejsze. Żal mi Witka Skupienia, bo był naprawdę blisko medalu. Niech ta sportowa złość towarzyszy mu w drodze do igrzysk w Pekinie. Uważam, że wracamy do Polski z tarczą – zakończył Szeliga.

Plan nie został wykonany? "Przyjechaliśmy po medal..."
Źródło: SPORT.TVP.PL