Mundial 2018. "Putin kazał być miłym", czyli zapiski z Rosji

Radosław Przybysz
wczoraj, 14:00
udostępnij
Źródło: Sport.tvp.pl
(fot. sport.tvp.pl / Getty)
Wszechobecny symbol sierpa i młota. Ujmująca gościnność. Bezustanna zabawa przyjezdnych i smutne zmęczenie w oczach miejscowych. Krótkie noce i barwne dnie. Reportaż to za duże słowo. To zapiski z tego, co udało się zapamiętać z rosyjskiego mundialu.

Tam wszystko jest ogromne. Przykład pierwszy z brzegu: Wołżski. Miasto o jakże dźwięcznej nazwie, w którym mieszkaliśmy pracując przy meczu Polska – Japonia w Wołgogradzie. Jadąc przez centrum Wołżskiego wydawało się, że to mieścina na kilkanaście tysięcy osób. Tym bardziej, że po drodze z i do hotelu mijaliśmy wyłącznie niewielkie zakłady przemysłowe. Można było bawić się w zakłady, z których bardziej śmierdzi: z garbarni czy z fabryk opon. Po sprawdzeniu w internecie okazało się, że to "przedmieście Wołgogradu" zamieszkuje ponad 300 tysięcy ludzi. Miasto powstało w 1950 roku w związku z budową pobliskiej elektrowni wodnej na Wołdze.

Każdy chciałby stąd uciec, ale wszyscy tu przyjeżdżają. Bo tu jest praca – tłumaczył nam 17-letni uczeń lokalnej szkoły technicznej, który szedł właśnie z teczką pod pachą na egzamin z przedmiotu o tak skomplikowanej nazwie, że nie byłem w stanie jej zapamiętać. Podszedł jednak zaciekawiony do grupki Polaków z prośbą o zapalniczkę. Jak zawsze w takich sytuacjach, wywiązała się rozmowa. Okazało się, że ma rodzinę pracującą w Polsce. Jak chyba każdy. Z kim by się nie rozmawiało – od taksówkarza w Kazaniu po dziennikarza w Moskwie – wszyscy mają u nas bliższych lub dalszych krewnych. Był za to moim jedynym rozmówcą podczas całego, trzytygodniowego pobytu w Rosji, który z antypatią wyrażał się o Władimirze Putinie. – Kradnie, jak wszyscy politycy – tłumaczył.

Z Wołżskiego do centrum Wołgogradu jechało się blisko godzinę. Na lotnisko – jeszcze dłużej. Ta zasada dotyczy każdego miasta, w którym byliśmy. Wszędzie jest daleko, bo – wszystko jest ogromne. Wołgograd ciągnie się wzdłuż rzeki, od której wziął swą nazwę, przez 70 kilometrów. Nad brzegiem w wielu miejscach mogłaby kwitnąć turystyka i gastronomia, ale infrastruktura albo niszczeje, albo nie ma jej wcale.

Kierując się z zachodu na wschód, Wołgograd to pierwsze prawdziwie rosyjskie miasto. Wszystko wcześniej to Europa – mówili (a może ostrzegali?) lokalsi. Coś w tym jest. Na ulicach dużą część stanowią zdezelowane Łady – obrazek niewyobrażalny w Moskwie, gdzie co drugie auto to Maybach. Główna arteria: prospekt Lenina. Przywódca rewolucji ma swój pomnik albo przynajmniej popiersie na każdym skwerku. Choć to akurat norma również w pozostałych miastach. Inne ulice? Komunistyczna, sowiecka, komsomolska...

Wołgograd to jednak przede wszystkim jedna, wielka pamiątka Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak Rosjanie nazywają wojnę z hitlerowskimi Niemcami w latach 1941-45, oraz bitwy pod Stalingradem. Trwająca 200 dni bitwa była jedną z największych i najważniejszych na froncie wschodnim. Zwycięstwo Armii Czerwonej, choć okupione ogromnymi stratami i doszczętnym zniszczeniem miasta, było punktem zwrotnym całej wojny. Na pamiątkę Wołgograd w dziewięć wybranych dni w roku wraca do dawnej nazwy.

W 1940 roku Stalingrad miał 850 tysięcy mieszkańców. Pięć lat później zostało ich… półtora tysiąca. Początkowo planowano odbudować miasto w innym miejscu, ale Stalin uparł się, by zrekonstruować je na gruzach, w pierwotnym miejscu. Dziś o krwawych losach miasta przypomina Muzeum Panorama Bitwy Stalingradzkiej, stojące obok ruiny młyna, rzekomo jedyny budynek, który przetrwał oblężenie, oraz przede wszystkim rozległy Kurhan Mamaja, miejsce pamięci obrońców Stalingradu i najwyższy punkt miasta z 85-metrową statuą Matka Ojczyzna Wzywa. To jedna z najwyższych rzeźb na świecie i najbardziej rozpoznawalny punkt miasta.

(fot. sport.tvp.pl)

U stóp kurhanu, kilkaset metrów od "Matki Ojczyzny" znajduje się Wołgograd Arena, na której polscy piłkarze uratowali honor (głównie w swoim mniemaniu) w meczu z Japonią. – Jestem pewna, że wygracie – mówiła nam wtedy łamanym polskim jedna z wolontariuszek. Było bardzo gorąco, temperatura podchodziła pod 40 stopni, na betonowej łące wokół obiektu nie było kawałka cienia, ale z twarzy wolontariuszy nie schodziły uśmiechy. Tak było zresztą przez cały mundial. Taki prikaz.

Nie minęły trzy tygodnie, a nad miastem przeszły ulewne deszcze. Woda zalała obiekt razem z korytarzami i podmyła nieckę, na której stoi. Na szczęście było już po mistrzostwach. Ostatnią drużyną w Wołgogradzie byli Polacy. Po czterech meczach mundial opuścił miasto. Co dalej ze stadionem? – Pewnie rozbiorą i na złom – twierdzi zgodnie kilkoro miejscowych. W optymistycznym założeniu ma tu grać Rotor Wołgograd – drugoligowy klub z garstką kibiców.

Skoro już zaczęło się od końca, to trzeba być konsekwentnym. Z Wołgogradu przenieśmy się do Kazania, gdzie Polacy zebrali bęcki od Kolumbijczyków. Na boisku i na trybunach. Jedziemy więc tysiąc kilometrów na północ (palcem po mapie, bo w rzeczywistości na każdy mecz lecieliśmy z Moskwy), a przy wyjeździe z Wołgogradu żegna nas wspomniana elektrownia i most nad Zbiornikiem Wołgogradzkim, trzecim największym na Wołdze. Zbiornik ma 540 kilometrów długości, a most – fatalną nawierzchnię. Droga jest tak zła, że wszystkie pozostałe w Wołgogradzie i okolicy wydają się przy niej znośne. Ciekawostką są też kable elektryczne ciągnące się od elektrowni i zwisające mniej niż metr nad powierzchnią rzeki.

Kazań to miasto z dużo innej, ładniejszej bajki. – Najbardziej europejskie w całej Rosji – mówił nam w drodze z lotniska taksówkarz. Poruszając się po rosyjskich miastach warto korzystać z korporacji przewozowych i ich aplikacji mobilnych. Tam kierowcy takich firm nie muszą ukrywać się przed licencjonowanymi taksówkarzami. Są na takim porządku dziennym, że "zwykli" taksówkarze pomagają nawet zagubionym turystom zlokalizować samochód, na który czekają.

Osobny rozdział to kultura jazdy. Bywa wesoło, a czasem strasznie. Wymuszanie pierwszeństwa i wyprzedzanie na trzeciego to norma. Permanentne jest też zatrzymywanie się na środku drogi w razie awarii. Trójkąt ostrzegawczy? Awaryjny pas? Nikt się tym nie przejmuje. Na własne oczy widzieliśmy jak facet zamiast trójkąta postawił pół metra za zderzakiem mały plecak. W drodze z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo do hotelu kierowca wiozący naszych kolegów próbował przecisnąć się pod szlabanem do poboru opłat za samochodem jadącym przed nim. Efekt: szlaban urwał mu koguta z napisem "taxi". Zorientował się po kilkudziesięciu metrach i po prostu stanął na lewym pasie trzypasmowej drogi. Jadąca z tyłu ciężarówka nie staranowała ich tylko dzięki refleksowi kierującego.

Ale wróćmy do tatarskiego Kazania. Rzeczywiście, miasto zrobiło doskonałe wrażenie. Ładne, nowoczesne i zadbane, wręcz sterylnie czyste. Do tego piękna architektura z białym kremlem i jeszcze pachnącym nowością meczetem Kul Szarif. I życie nocne bardziej bujne niż w centrum Moskwy. Grupie polskich kibiców tak się tu spodobało, że zaplanowali powrót na wyjazd kawalerski jednego z nich. Przed meczem z Kolumbią ulice Kazania nie były jednak biało-czerwone. Zdominowali je fani Los Cafeteros. Tyczyło się to zresztą każdej z latynoskich nacji. Kolumbijczycy, Peruwiańczycy, Argentyńczycy, Meksykanie – kibicowsko to oni byli wygranymi tego mundialu. A mieli przecież najdalej.

Dopiero na takiej imprezie można dostrzec różnice w stylu kibicowania między krajami. Latynoskie przyśpiewki są dużo dłuższe i dużo bardziej melodyjne. Europejczycy mają bardziej ograniczony repertuar, choć akurat polscy kibice w Rosji pod tym względem świetnie nas reprezentowali. Najgorzej wyglądało to w przypadku gospodarzy, których jedynym okrzykiem na trybunach było "Rassija, Rassija". Nie byli w stanie dać z siebie nic więcej. Dopiero później, wieczorem, w metrze, na ulicach i placach śpiewali "Kalinkę" lub "Katiuszę".

Polacy, Anglicy, Niemcy, Szwedzi czy Australijczycy w większości wybrali się na mundial w męskim gronie. Kobiety zostawili w domach. Tym bardziej Tunezyjczycy i Marokańczycy, którzy kibicowali bardzo głośno i wytrwale, ale wśród nich kobiet nie było praktycznie wcale. Za to kibice z Ameryki Łacińskiej i – co ciekawe – z Iranu zabrali do Rosji swoje żony, dziewczyny, córki, a nawet matki. Wśród publiki z Kolumbii damska część mogła stanowić nawet połowę.

(fot. sport.tvp.pl)

Imponowali kibice, którzy postanowili zjechać Rosję na własną rękę. Sympatyczny Steffen spod Kolonii jeździł za reprezentacją Niemiec od Petersburga przez Moskwę po Soczi własnym kamperem, a gdy mu się znudziło, to przesiadał się na wieziony na przyczepce motocykl. Auto kempingowe miał oklejone zdjęciami z finałów mundiali wygranych przez Niemców, a na rejestrację nakleił napis WM2018 (mistrzowie świata 2018). Życie szybko zweryfikowało jego marzenia.

W barwach Niemiec często można też było spotkać kibiców z… Chin. Mundial przyciąga nie tylko fanów z krajów, które się zakwalifikowały. W Rosji spotykaliśmy Włochów, Kanadyjczyków, Amerykanów, Hindusów i właśnie Chińczyków. Ci ostatni zawsze kibicowali faworytom – Niemcom, Hiszpanii albo Brazylii.

O widzów przed i po meczach dbali wolontariusze. Wszystkie drogi prowadzące na stadion były nimi obstawione od wyjścia z metra po krzesełko, na którym się siedziało. Zawsze roześmiani, pomocni, wymachujący dużymi rękawicami z gąbki i proszący o przybicie im piątki. Tylko później, wracając w nocy do hotelu, można było zobaczyć, jak po całym dniu pracy uśmiechy odklejają się od ich twarzy. Bardzo miły i pomocny był również wolontariusz pracujący przy Łużnikach. – Polacy? – zagaił, gdy usłyszał naszą wymianę zdań z operatorem. Okazało się, że studiuje filologię polską i od pięciu lat uczy się naszego języka. Mówił doskonale. Nie mógł jednak zgodzić się na nagranie, ani nawet wspólne zdjęcie. Względy bezpieczeństwa. Staliśmy przy bramkach wykrywających metal, przez które obowiązkowo trzeba przejść wchodząc na stadion. Nie można tam nic nagrywać.

Takie bramki są zresztą w Rosji wszędzie. W metrze, w centrach handlowych, w pomniejszych pasażach, jeszcze przed wejściem na lotnisko, a nawet przed wejściem na Plac Czerwony w Moskwie. Organizatorzy nie pozwolili, by doszło do jakichkolwiek niepożądanych zdarzeń. Niektóre przepisy były wręcz absurdalne i utrudniające życie, jak zamykanie konkretnych stacji metra po meczach albo ustalanie ruchu jednokierunkowego na wybranych ulicach dla… pieszych.

Wystarczyło kilka dni w Moskwie, by przekonać się, jak bardzo jest bezpiecznie. Przez trzy tygodnie nie byłem świadkiem choćby jednego incydentu. A przecież w centrum codziennie przebywał nieprzebrany tłum ludzi. Atmosfera mundialu robi jednak swoje. To coś niepowtarzalnego. Ludzie ze wszystkich stron świata wspólnie bawili się, niezależnie od koloru skóry, języka i stanu trzeźwości, od rana do nocy. A noc w Moskwie szybko się kończyła. Ok. 2 nad ranem było już jasno. W Kazaniu jeszcze wcześniej.

Nie wszystko da się jednak wytłumaczyć "atmosferą piłkarskiego święta". Dziennikarze wracający z mundialu nie bez powodu zachwycali się gościnnością samych Rosjan. Tym jak bardzo byli uprzejmi i pomocni. Niektórzy wietrzą już teorie spiskowe, że Putin nakazał takie zachowanie rodakom, by przedstawić światu jak najlepszy wizerunek Rosji. Pewnie mógł wpłynąć na służby, które zupełnie nie przeszkadzały kibicom w zabawie. Pewnie mógł razem z FIFA podoklejać uśmiechy wolontariuszom. Ale nie mógł kontrolować całego kraju. A Rosjanie naprawdę okazali się wspaniałymi ludźmi. Tym bardziej, gdy usłyszeli, że mają do czynienia z Polakami. Potwierdzali nam to wszyscy biało-czerwoni kibice, z którymi rozmawialiśmy. A były ich dziesiątki.

Jako ludzie zawsze się dogadamy. Szanujemy was i lubimy. Przecież wszyscy Słowianami. Tylko politycy chcą między nami mącić – tłumaczył mi rosyjski dziennikarz, poznany na meczu Kolumbii z Anglią. Poczęstował nie tylko papierosem, ale też wręczył pamiątkowe 100 rubli ze specjalnej, limitowanej edycji. Nie chciał słyszeć, że mam już jeden taki banknot i to mi wystarczy, że nie mam przy sobie portfela, żeby oddać mu chociaż zwykłe 100 rubli. Prezent i koniec. – Jak ty już masz, to dasz na pamiątkę komuś z rodziny. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że Rosjanie chcą nam, "braciom z zachodu", zaimponować.

(fot. sport.tvp.pl)

Jedyną barierą w komunikacji był język. Rosjanie, z zasady, nie mówią po angielsku. Wyjątek stanowili wolontariusze i to też nie wszyscy. Na szczęście nasze języki są na tyle podobne, że w sklepie lub taksówce można się porozumieć łamaną ruszczyzno-polszczyzną z migowymi wstawkami. Poza tym, dziś z pomocą przychodzi technologia. Taksówkarze o kaukaskich rysach widząc wsiadającego do auta innostrańca z automatu sięgali po smartfona i włączali tłumacza Google. Oni mówili do mikrofonu po swojemu, klient odpowiadał po swojemu. I jakoś udawało się dotrzeć do celu.

– Tylko ta wasza kamanda nasz zawiodła – powtarzali miejscowi. Nikt nie chciał słuchać tłumaczeń, że my sami nie mieliśmy dużych oczekiwań względem polskiej reprezentacji. – Byliście faworytem grupy, bez dwóch zdań. Stawialiśmy na was pieniądze. A tu takie rozczarowanie – nie mógł zrozumieć inny dziennikarz, prywatnie kibic CSKA. W co drugim zdaniu podkreślał, że na mecze mistrzostw na stadionie Spartaka przychodzi z obrzydzeniem. Co ciekawe, każdy piszący o reprezentacji Rosji z dużym dystansem wypowiadał się o jej sukcesach. – To zasługa wyłącznie ambitnych piłkarzy i kibiców, którzy ponieśli ich do zwycięstw. Stanisław Czerczesow jest słabym trenerem, zdania nie zmieniamy – takie stanowisko miał właściwie każdy napotkany przedstawiciel tamtejszych mediów.

Kibice również podchodzili do zwycięstw z rezerwą. Owszem, po wyeliminowaniu Hiszpanii dali się ponieść fali radości. Ale przypływ euforii był krótkotrwały. Już następnego dnia Moskwa wróciła do swojej spokojnej codzienności. W ogóle miejscowi nie sprawiali wrażenia przesadnie przejętych faktem, że pod ich oknami miejsce ma historyczne wydarzenie. Wielka zabawa ich nie dotyczyła. Oni mieli własne sprawy, obowiązki. Najlepiej było to widać w metrze, które na czas mistrzostw puszczało mecze w wagonach. Interesowali się nimi głównie turyści. Moskwianie spali, siedzieli w smartfonach albo wpatrywali się martwo gdzieś w dal. Tak jakby wiedzieli, że mundial i tak zaraz się skończy. A szara rzeczywistość zostanie.