Mundial 2018. U sąsiada z tabeli. Japonia – żaba w studni

Magdalena Żywicka
30 maj, 12:38 | Japonia
udostępnij
Źródło: SPORT.TVP.PL
Piłkarze reprezentacji Japonii (fot. Getty Images)
Zamierza zdobyć Puchar Świata. Jeszcze nie teraz, w Rosji, ani nawet w Katarze. Strategia jest długofalowa. Decyzja zapadła ponad dwadzieścia lat temu. Cel: wygrać mundial 2092. Czas realizacji: jeden wiek. To plan stuletni Japonii.

MUNDIAL 2018: TVP SPORT W TELEWIZJI NAZIEMNEJ

Piłka nożna wciąż jest tam w powijakach, choć dotarła wcześniej niż założono większość europejskich klubów. W 1873 roku żołnierze brytyjskiej marynarki rozegrali pierwszy mecz. Tempo rozwoju dyscypliny okazało się jednak niewiarygodnie powolne. Pierwsza profesjonalna liga powstała dopiero 120 lat później.

Był 1992 rok, gdy Saburo Kawabuchi, były piłkarz i trener, zmobilizował kluby do podjęcia ogromnego finansowego ryzyka. Rozegrano J-League Cup, wstęp do ligowych rozgrywek. Pomysł przyniósł sukces, który zaskoczył nawet Kawabuchiego. Rok później, na fali entuzjazmu, założono J-League. W pierwszym sezonie miała miliard dolarów zysku.

Żaba w oceanie

Przez ponad sto lat piłka raczkowała. Istniały wyłącznie drużyny uniwersyteckie i firmowe. Ich możliwości zaczęto odkrywać dopiero w latach 60. Futbol uznano za sposób na integrację pracowników i promocję. Założono JSL, ligę amatorską. Grały w niej zespoły o romantycznych nazwach jak Furukawa Electric, Tokyo Industries, Yanmar Diesel i Mitsubishi Heavy Industries. Piłkarze cieszyli się szczególnymi przywilejami. Dostawali lżejszą pracę, z zakładu mogli wychodzić wcześniej. Kluczowa była reklama. Sport pozostawał na drugim planie.

Łatwo było przewidzieć, że ten system się nie sprawdzi. Stadiony świeciły pustkami, kadra narodowa zwykle przynosiła kompromitacje. Japończycy mawiają, że żaba, która mieszka w studni nie zna oceanu. Przekaz jest jasny: jeśli nie opuścisz domu, nie poznasz życia. A jeśli nie opuścisz Japonii, to nie poznasz futbolu. Yasuhiko Okudera był jednym z pierwszych, którzy odważyli się wyskoczyć ze studni. Pracownik Furukawa Electrics został z FC Koeln w 1978 roku mistrzem i zdobywcą Pucharu Niemiec. Błyskotliwą karierą w Bundeslidze zapracował na przydomek, który dziś mógłby brzmieć kontrowersyjnie. Der Gelbe Blitz, czyli Żółta Błyskawica. Dotąd  Bundesliga przyciąga do Europy najwięcej japońskich talentów.

Powrót Okudery do Furukawy stanowił przełom. – Japoński futbol był w zastoju – wspomina. – Moje pokolenie uznawano za pozbawione szans. Paradoksalnie nadzieja przyszła z nim i doświadczeniem, które przywiózł z Europy. Stało się jasne, że tamtejszy futbol potrzebuje rewolucji.

Yasuhiko Okudera (fot. Getty Images)

"Chaos to drabina"

Piłka to chaos – pisał w rok po założeniu J-League dziennik Tokyo Journal. Fascynacja tą grą ogarnęła wyspy tak, że na początku lat 90. zagroziła pozycji bejsbolu, dotąd cieszącego się statusem pierwszej dyscypliny. Piłka nożna była wszystkim czego brakowało bejsbolowi. Oferowała szybką grę zamiast trzech godzin przerywanych rozgrywek. Doping, zamiast marazmu trybun. Młodych graczy, wysportowanych zawodników, zamiast panów w średnim wieku, którym ciążyły brzuszki. Ożywił się nagle przemysł. W 1994 roku było na wyspach już ponad 200 sklepów, sprzedających wyłącznie futbolowe gadżety. Japończycy kupowali wszystko – od koszulek, po zapalniczki. Fuji Bank stworzył specjalną serię książeczek oszczędnościowych z herbami klubów nowo powstałej ligi. Wykupiło je sześćdziesiąt tysięcy osób.

Gdy era Meji zaczęła otwierać Japonię na świat, kraj cały czas balansował pomiędzy  konserwatywną tożsamością, a marzeniami o Zachodzie. Teraz, zamiast ku Ameryce, zaczęły się one skłaniać w stronę Europy. Piłka nożna była tego odzwierciedleniem. A może to ona i jej pociągający chaos stanowiły katalizator? Z początku nazywano ją czysto japońskim terminem shukuyu. Odpowiednikiem naszego swojskiego określenia "piłka kopana". Pod wpływem amerykańskiego soccera przyjęto słowo sakka. Teraz coraz częściej piłka to futtoboru. Przekształcenie tak bliskiego nam słowa.

Gamba Osaka, Sanfrecce Hiroszima, Kashima Antlers, Jubilo Iwata, Shonan Bellmare, Consadole Sapporo, Cerezo Osaka Kashiwa Reysol, Fagiano Okayama... W każdej z tych nazw pobrzmiewają echa języka hiszpańskiego, włoskiego, portugalskiego i angielskiego. Marketingowe nazwy firm w określeniach drużyn zaczęły zanikać. Japonia marzyła o futbolu na miarę Europy.

Japonizacja gry

Mimo obsesji na punkcie Zachodu nie potrafią odciąć się od korzeni. Tradycja sztuk walki ukształtowała w tym kraju koncepcję sportu. W rozgrywce musi być zwycięzca i przegrany. Gra jest zero-jedynkowa. To przekonanie doprowadziło do japonizacji profesjonalnego futbolu. Ligowy mecz nie mógł zakończyć się remisem. Jeśli do niego doszło zarządzano dogrywkę, w której zwyciężał zdobywca V-goal, odpowiednika niegdysiejszego "złotego gola". Gdy dogrywka nie dała rozstrzygnięcia nadchodził czas rzutów karnych. Nie miało znaczenia jak długo trwała. W 1995 Nagoya Grampus i Urawa Reds potrzebowali 28 jedenastek, by wyłonić zwycięzcę. Mecze przeciągały się do dwóch godzin.

Przy zakładaniu J-League FIFA przystała na format rozgrywek pozbawiony punktów. O pozycji w tabeli decydowały zwycięstwa. Sezon rozgrywano w sposób zbliżony do tego, który znamy z Ameryki Południowej. Dwie rundy wyłaniały dwa najlepsze kluby. Na koniec dochodziło do wielkiego finału – dwumeczu o mistrzostwo . Zwycięzca mógł być tylko jeden.

Kibice Kashima Antlers (fot. Getty Images)

0,0001% szans

Sumitomo Soccer Club, kolejne dziecko przemysłu metalurgicznego, był lokalną drużyną z amatorskiej drugiej ligi. Gdy jego prezydent, Masaru Suzuki, zgłosił się z prośbą o dołączenie do drużyn, które utworzyły J-League, wydawało się to żartem. – Na 99,9999% jest to niemożliwe –  przekazał Kawabuchi. Odpowiedź Suzukiego stanowi kwintesencję sportu. – To znaczy, że wciąż mamy 0,0001% szans, prawda?

Tyle wystarczyło, by Sumitomo znalazło się w założycielskiej dziesiątce. Dziś to jeden z najbardziej utytułowanych klubów w Japonii. Kashima Antlers. Ośmiokrotnie, najwięcej razy w historii, sięgał po mistrzostwo. Jako pierwszy wygrał tryplet: ligę, puchar i Puchar Cesarza. W 2016 został pierwszą azjatycką drużyną, która zagrała w finale Klubowych Mistrzostw Świata.

Zawrotna kariera Kashimy odcisnęła piętno na tamtej piłce. Dzięki niej do J-League trafili tacy gracze jak Zico i Leonardo. Spośród czternastu trenerów, prowadzących klub od momentu powstania ligi, dziewięciu było Brazylijczykami. Inwazja Canarinhos wprowadziła nowe idee. Oprócz zwycięstwa liczył się też sposób gry. Jednocześnie odarli oni piłkę z niewinności. Honor i uczciwa rywalizacja były podstawami tamtejszych sportów. To Zico wprowadził portugalskie określenie, które na dobre zadomowiło się w japońskiej terminologii. Malicia. Boiskowa przebiegłość, granicząca ze złośliwością.

Wziąć sprawy we własne ręce

W rozwoju psychospołecznym kryzys jest warunkiem postępu. Jeśli nie nastąpi, to nie można pójść dalej. Dla futbolu w Japonii przełomowym punktem był kryzys ekonomiczny połowy lat 90. Załamanie rynku dotknęło przemysł także wokół piłki. Zaczęło brakować inwestorów, a wiele klubów znalazło się na skraju bankructwa. Frekwencja na stadionach spadła o połowę. Sprawiło to, że na trybunach pozostali najbardziej zagorzali kibice. Rozpoczął się proces organizacji fanklubów. Powstawały pierwsze przyśpiewki i oprawy meczów. Utrzymał się trend podążania za drużyną na mecze wyjazdowe.

Przypadek Yokohama Flugels stanowi dowód jak silna była identyfikacja z drużyną. W 1999 roku klub ogłosił bankructwo i połączenie z drużyną Yokohama Marinos. Dla kibiców Flugels mariaż z lokalnym rywalem był tak niewyobrażalny, że woleli rozwiązanie klubu, niż połączenie. Ponad sześćdziesiąt tysięcy podpisało petycję przeciwko temu rozwiązaniu. Nie przyniosła skutku i Marinos pochłonęli Flugels. W nazwie nowego klubu pozostała po nich tylko litera F.

To jednak nie był koniec dla kibiców z Yokohamy. Zorganizowana przez nich zbiórka pieniędzy pozwoliła na powołanie nowej drużyny, dziedzictwa Flugels. Yokohama FC została pierwszym zawodowym klubem w Japonii, którego właścicielami byli kibice. Przyjęto model socios, zainspirowany przez FC Barcelona. Jednym z członków zarządu został Okudera.

Stuletnia obietnica

Kryzys, mogący doprowadzić do upadku, stał się odskocznią. Uświadomiono sobie, że potrzebne są zmiany. Krach finansowy mógł powtórzyć się w każdej chwili. Piłka nożna powinna być wtedy na tyle silna, by się przed nim obronić. W ten sposób powstał plan rozwoju tak długoterminowy, że trudny do wyobrażenia. Nazwano go Stuletnią Obietnicą.

W 2092 upłynie wiek od rozegrania pierwszego profesjonalnego turnieju. Celem jest mistrzostwo świata i sto zawodowych drużyn na różnych poziomach rozgrywkowych. W tej chwili jest ich 54, w 36 prefekturach. Na razie nowe kluby mają dołączać do trzeciej ligi. Dynamika rozwoju wskazuje, że niebawem konieczne może być zrobienie czwartego poziomu.

Stuletnia Obietnica formuje piłkę nożną od podstaw. Nawiązano współpracę z lokalnymi firmami, stymulujące powstawanie nowych drużyn. Dzięki inwestorom rozbudowywane są stadiony. Dziś wiele z nich ma pojemność przekraczającą 40 tysięcy miejsc. Prowadzony jest stały monitoring sytuacji ekonomicznej klubów. Niestabilność finansowa może grozić wykluczeniem z ligi. Najważniejszy jest jednak projekt systemu szkolenia młodzieży. W 47 prefekturach powstały ośrodki, prowadzące programy rozwoju technicznego, fizycznego oraz promujące dyscyplinę. Efekty są widoczne już na pierwszy rzut oka. Od 2003 roku liczba zarejestrowanych zawodników poniżej dwunastu lat wzrosła o 1/4. Obecnie Japonia cieszy się opinią kraju mającego najlepszy system szkoleniowy w Azji. Bejsbol został zdetronizowany. Piłka nożna stała się najpopularniejszym sportem dzieci.

Japoński futbol wciąż nie jest ukształtowany. Format rozgrywek w lidze zmienia się co kilka lat. Obecnie bliższy jest temu, który znamy z Europy – gra się o punkty, remisy są dopuszczalne. Być może to tylko stan przejściowy. Trwa walka o lepszą przyszłość. Wciąż pojawiają się nowe koncepcje. Wprowadzane w życie, a potem wycofywane na rzecz innych. J-League to eksperyment na żywym organizmie. Jego efekty będzie można zobaczyć za ponad 70 lat…

Magdalena Żywicka