Mundial 2018. Rosja z bliska. Zapis reportera

Antoni Cichy
07 lip, 06:35
udostępnij
Źródło: SPORT.TVP.PL
(fot. Antoni Cichy)
W bramce ZSRR stał wtedy Lew Jaszyn. Fotograf robił zdjęcie. Musiał je odpowiednio naświetlić. Szedł do ciemni, wywoływał film. Żonglował kontrastem, światłem, decydował o tym jaki świat przedstawi ta fotografia. Tak też jest po latach z tym mundialem. Każdy widzi go inaczej…

ŻUŻLOWIEC O CHORWACJI: MAŁY KRAJ, WIELKA DUMA

Trzecia kontrola paszportowa utrwala przekonanie, że w Rosji lepiej nie kłócić się z prawem. Dać paszport, pokazać dokument zezwalający na wjazd i tyle. Wtedy można jechać dalej. Autobus mija mniejsze i większe wioski, mieścinki, czasem jakiś pomnik, na pewno poświęcony żołnierzom. Zatrzymuje się na dworcu odzwierciedlającym socjalistyczne czasy. I architekturę tamtych lat, w którą teraz wmieszały się kolorowe, wydrukowane na szafirowym tle napisy, obrazki "Kaliningrad wita" z logotypem mistrzostw. Wszędzie zmieszany międzynarodowy tłum; dziennikarze zagranicznych agencji polują już na pierwszych rozmówców.

Siódemka, jedynka i złote zęby
Odnalezienie przystanku to wyzwanie. Policjant radzi: tam, za te budynki. Za tymi budynkami, owszem przystanek, ale numery autobusu się nie zgadzają. Obok stoi budka. Taka z hamburgerami i nie tylko (obrazki pokazują, że i coś lokalnego da się zjeść). Chłopak, który tu pracuje, próbuje wytłumaczyć, gdzie i jak dojść. Nie potrafi po angielsku, ale gestykuluje. Na wytyczoną przez niego drogę spogląda z pomnika Lew Trocki. Na każdym przystanku to samo – albo autobus jedzie w drugą stronę albo całkiem w innym kierunku. Za skrzyżowaniem zaczepia mocno zmęczony i niezadbany mężczyzna. Żul, jak mówią u nas. Nie chce pieniędzy. Pyta, gdzie chcemy dojechać.

Siedem, siedem – mówi uparcie, podając numer autobusu. Pomaga, jak może.

Na przystanek podjeżdża "jedynka". Podbiega, rozmawia z kierowcą, po chwili wpycha inostrańca do środka i mówi "da, da". To rosyjskie "tak, tak".

W autobusie kilku pasażerów rozpoznaje zagranicznych. Po wejściu trzeba kupić bilet. Nie u kierowcy tylko u kontrolera. Ale z Fan ID, czyli identyfikacją kibica, transport jest za darmo. Uśmiechają się. Niektórzy z garniturem srebrnych zębów. Albo ze złotymi jedynkami między naturalną, niszczejącą resztą. Głównie starsi, starzejący sprawdzają, kto przyjechał z zagranicy i wsiadł do autobusu. Młodzi beznamiętnie wpatrzeni w ekrany telefonów. Jak w Polsce.

Hotel "Patriot" jest jednym z wielu tego typu budynków w blokowisku. Socjalistyczna zabudowa przy głównych arteriach Kaliningradu rzuca cień na chodniki. Bloki najczęściej z balkonami. Czasem zadbanymi, w maltańskim stylu; czasem drewnianymi, próchniejącymi.

Forever in love with Rus...
Na skrzyżowaniu, obok pasów, stoi żółta beczka. Na niej napis "KWAS". Kilka metrów dalej, siedzi w cieniu nieruchomo pani. W średnim wieku, w tak samo żółtym fartuchu. Kubeczek na pragnienie kosztuje może ze 3 złote. Do centrum stąd niedaleko. Ludzie przechodzą, światła się zapalają i gasną, pani wciąż pilnuje cienia, który pozwala jej przetrwać kolejny dzień.

Każdy krok potwierdza rozmiar Soborów Chrystusa Zbawiciela ze złotymi, odbijającymi promienie słoneczne kopułami. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi mała, drewniana weranda przyklejona do murowanej ściany. "Kuchnia rosyjska" – zachęca witryna.

Wewnątrz siedzą Belgowie, w koszulkach czarno-czerwonych, w przeważającej większości z napisem Hazard bądź Lukaku. Kosztują lokalnych potraw. Konkretnie jednej. Wódki. Podchodzi kelnerka. Nachyla się. Opadająca bluzka odkrywa napis. "Forever in love with Rus". Kolejne litery zasłonięte. Nie widać, czy są trzy, czy to "sia" kończące słowo "Russia". Czy kocha bezgranicznie Rosję czy jakiegoś nieznajomego Rus...

Doradza żywiołowo. Tak, żeby wybrać to, co akurat jest. Bo parę dań figuruje tylko na karcie.
Okroszkę poproszę.
Nie ma, skończyła się.
A pelmeni?
Też nie ma.

Był rosyjski barszcz i rosyjski stek, jak przedstawiła kelnerka dostępną zupę i dostępne drugie danie.

Przepraszam, mamo
Michał przyleciał do Kaliningradu z Wielkiej Brytanii. Za dziewczyną. Pracuje w Wiosce Rybackiej. Ale nie należą do niego sieci, kuter i wędka. Pracuje w zrekonstruowanej części Kaliningradu, z murem pruskim, latarnią morską i wieloma knajpkami. Jest barmanem.

Robi się rozmowny, kiedy spotyka Polaków. Radzi, co zjeść, co zobaczyć. I opowiada jedną historię. W ogródku, przy którym pracuje za barem, transmitują mecze. Kiedy Polska przegrała z Kolumbią, cisnął z wściekłości szklanką do wody. Zobaczyli to ludzie z FIFA. Podeszli. I wręczyli mu dwa vipowskie bilety na mecz Anglia – Belgia. Mówi, że będzie w czwartek w pracy, pójdzie na stadion i wróci do pracy. A potem już do późnej nocy. Ktoś będzie świętował zwycięstwo, a ktoś i tak wypije piwo za wyjście z grupy, skoro przejechał już tyle kilometrów. Teraz wypełnia piwem kolejny kufel. Anglikom podaje wódkę. Jan Bednarek strzelił bramkę dla Polski z Japonią. Anglicy i Belgowie śpiewają "Polska Biało-Czerwoni".

Wieczorem cieszyli się Belgowie. Najpierw jednak złościli, kiedy piłka toczyła się od Dendonckera do Boyaty, od Boyaty do Vermaelena, by za kilkanaście sekund znów trafić pod nogę Dendonckera. Potem radowali, bo mieli artystę wśród dublerów, Adnana Januzaja.

Cieszyli się też inni. Przybysze z Uzbekistanu, którzy nagle wyrośli po meczu pod stadionem w wielkich nakryciach głowy. Z trybuny schodził ktoś w koszulce Hondurasu, z numerem 13 na plecach i nazwiskiem Costly. Coś wielkiego przeżył także chłopiec z plakatem "Happy Birthday Mama". Przepraszał mamę, że pojechali razem z tatą w takim dniu, ale napisał, że tego meczu przegapić nie wolno. Bo mundial jest ekskluzywny, zarezerwowany dla 32 reprezentacji tylko na trawie. Nie na trybunach.

(fot. Antoni Cichy)

Mundial dla bezsennych
W czasie mistrzostw spać się nie da. Żal czasu. Czasami po prostu nie można. O piątej rano z dworca w Kaliningradzie odchodzi pociąg do Moskwy. Oficjalny, mundialowy. I darmowy dla kibiców. Pół godziny przed odjazdem wolontariuszka sprawdza sale. Idzie do KFC, by przypomnieć, że lepiej być wcześniej niż później. To jedyne miejsce, gdzie o tej porze czeka ciepła strawa. Przy zejściu ze schodów jest też sklepik. Obsługuje pani, obok stoi ochroniarz, z którym wdała się w dyskusję. W przerwach dialogu wydaje wodę, bułki.

Mundialowe pociągi to zaproszenie dla kibiców. Z miasta do miasta, z meczu na mecz. Tu zazwyczaj wszystkie tory prowadzą do Moskwy, serca mistrzostw. Wewnątrz trochę jak mawiał Forrest Gump. Nie wiadomo, kto siądzie naprzeciwko. Zarezerwować można miejsce dla siebie, ewentualnie dla towarzyszy. Resztę z czterech kuszetek w przedziale zajmują nowo spotkani. Z Rosji, Anglii, Belgii, Indii, samotni poszukiwacze przygód, rodziny z dziećmi. Szeroki przekrój społeczny.

"To się nie dzieje codziennie"
W przedziale można się rozłożyć, wyciągnąć. Podłączyć i naładować telefon. Włączyć laptopa. Ale to wagon restauracyjny żyje. Mundialem, oczywiście. Pani wskazuje miejsce przy stoliku zajętym już przez dwie osoby. Ojciec z córką. Jemu na oko bliżej do 40-stki niż 30-stki. Ale może tylko tak wygląda przez wyniszczającą pracę. Ona ma pewnie 11 lub 12 lat. Uśmiechnięta, zdrowo wyglądająca. Tylko z drobną blizną koło łokcia. Nieśmiało zaczyna się rozmowa. Raczej połączenie rosyjskiego z polskim niż płynny rosyjski. O angielskim trudno nawet pomarzyć.

Są z Samary, jadą z Kaliningradu do Moskwy. Na mecz Hiszpania – Rosja. Córka po chwili wychodzi. Idzie do przedziału. Ojciec zamawia kolejne piwo. Kolejne przekąski. Wcześniej wziął śledzia, teraz podsmażone kawałki mięsa.

Schodzi na politykę. Sam zagaja. – Różnie to u nas jest. Nie ma prezydenta, Putin to nie prezydent. To car – uśmiecha się delikatnie.

Zarabia 500 euro miesięcznie. Wie, że to niedużo i w Polsce nawet młodzi, z krótkim stażem, potrafią dostać 2 czy 3 razy więcej na rękę.

Pociąg jedzie przez Białoruś. Różną. Taką, gdzie sympatyczne drewniane chatki na przemian z nieco mniej sympatycznymi, rozpadającymi się, świadczą o biedzie. I taką, gdzie pierwsze budynki Mińska pozostawiają nieco lepsze wrażenie. Na pewno bardziej stołeczne. Duże budynki, wszystko większe. Po drodze widać przez okno wagon z pracownikami. Siedzą, odpoczywają, może kończą pracę, bo to godziny mocno popołudniowe. Jeden pali papierosa, w ręce trzyma butelkę. Z daleka trudno dostrzec czego. Zaczyna nią wesoło machać do podróżnych jadących do Moskwy.

(fot. Antoni Cichy)

Przysiada się chłopak w czarnej czapce. Z daszkiem zasuniętym do tyłu. Zagaduje. – Skąd jesteście?

Płynnie mówi po angielsku. Wspomina Warszawę – że to taka mała Moskwa. I Euro 2012, pojechał na Ukrainę. Opowiada, że teraz jeździ po całej Rosji.
Chcę obejrzeć mecze na wszystkich 12 stadionach w 11 miastach – zaczyna. I wymienia, które spotkania mundialu już widział. Na żywo oczywiście.

Na Hiszpania – Rosja też mam bilet.
Której kategorii? Czwartej, tej dla Rosjan?
Nie, pierwszej. Kupiłem na oficjalnej stronie FIFA.
Kosztował majątek. 250 dolarów za bilet.
Teraz sprzedają na czarnym rynku po 500 dolarów. A ja dałem 250. Musiałem zobaczyć mecz Rosji w kraju podczas tych mistrzostw. To się nie dzieje codziennie.

Pada pytanie o te bilety. Nie tylko na ten mecz. – Chcecie bilety?
Jeśli wiesz jak...
Wiem. Ja już swój bilet mam, to chcę Wam pomóc.

Podchodzi drugi. Granatowy dres i bluza nie świadczą o grubym portfelu. Nie jest tak europejsko i drogo ubrany jak chłopak z dobrym angielskim. Sięga po piwo. Dołącza do dyskusji. Nie jeździ od Kaliningradu po Jekaterynburg, od Moskwy po Sankt Petersburg. Nie zobaczy 12 meczów.

Byłem na Hiszpania – Maroko. Tyle. Jestem szczęśliwy, że mogłem dotknąć mundialu. I cieszę się, że wy tu jesteście, przyjechaliście do nas.

Pyta, co najbardziej zaskakuje w Rosji.
Ludzie, gościnność.Wszyscy tak mówią. Wszystkich to zdziwiło, że jesteśmy gościnni. I że niedźwiedzie nie chodzą po ulicach.

Mijają dwie godziny. W wagonie restauracyjnym nadal tłoczno. Przy dwóch ostatnich stolikach siedzą dalej te same osoby. I rozmawiają, że z Hiszpanią to Rosja raczej przegra, że Anglików Kolumbia może ukarać za grę na pół gwizdka. I że Chorwacja jest mocna, gotowa nawet na półfinał.

Lenin, Bolszoj, Brazylijczyk i kawior
Pierwsze wrażenie z Moskwy – przepych. Stacje metra mylące się z pałacowymi komnatami. Budynki, które trudno objąć wzrokiem. Albo zrozumieć, kto i po co je wymyślił akurat w tym kształcie. Drugie – jest inaczej, niż mówili. Nie tak socjalistycznie, nie tak brzydko. Naprawdę ładnie, chociaż czasem wielki gmach nie pasuje do kameralnego budynku albo ozdobnej cerkwi, którą mijało się chwilę wcześniej.

Mundial widać w centrum. W kolejce do mauzoleum Lenina, bo kilkusetmetrowy wąż mieni się zielonym meksykańskim, niebieskim argentyńskim, żółtym kolumbijskim, kanarkowym brazylijskim, białym niemieckim, niebieskim japońskim.

Krzątanina wysyła przybyszy niekoniecznie tam, gdzie mieli trafić. Albo chcieli, ale jednak trafili tu trochę z przypadku.

Teatr Bolszoj. Sobota, 19.30. Messi już wie, że mundialu nie wygra. Cristiano Ronaldo jeszcze nie wie. Niedługo się dowie. Wchodzi mężczyzna w koszulce Canarinhos. Może Brazylijczyk, jest ciemnej karnacji. Trzyma chipsy. Pringlesy. Wybrzmiewają pierwsze dźwięki opery. Głowa gościa opada, chyba śpi. Podrywa się na oklaski. I zasypia, rozkłada w fotelu. Znów oklaski, znów bije brawo i znów wygodnie się układa.

Pierwsza przerwa. Część wychodzi do toalety albo bufetu z cenami przystającymi do tak znamienitego miejsca. Kieliszek koniaku i malutka babeczka z kawiorem za jedyne 950 rubli. Po przerwie, tam gdzie siedział Brazylijczyk z kompanem, są już dwa puste miejsca.

Cristiano Ronaldo za chwilę odpadnie.

(fot. Antoni Cichy)

Rosja kocha bramkarzy
Do Monasteru Nowodziewiczego jedzie z centrum autobus. Rusza na Placu Teatralnym, naprzeciwko Bolszoj. W kierunku stadionu Łużniki. To stary klasztor, teraz w remoncie. Zwiedzających wita ledwie kilka sal. W jednej są ołtarze. Wszystkie ku czci Matki Boskiej. Kobiety z tyłu są nie do odróżnienia, włosy zakrywają im chusty. Wierne całują wizerunki Maryi. Jedna, bardzo skromnie ubrana, prowadzi za rączkę synka i córeczkę. Synek większy, córeczka może półtoraroczna, może nawet skończyła dwa latka. Wszyscy oddają cześć pocałunkiem. Mama podnosi chłopczyka. Cmoknął. Córeczka – ona jeszcze nie rozumie, o co chodzi – dotyka szyby noskiem. Przy kolejnym ołtarzu uderza główką. Mocno, ale uśmiecha się.

To jeden obraz Moskwy. Religijny. Z architekturą sakralną wybitnych budowniczych i artystów. Moskiewski świat wystawny, zdobiony, ale inaczej. Drugi już przytłacza. Kilkanaście minut dalej, jazda innym autobusem, stoi pałac. Jak ten w Warszawie, ale większy. Znacznie większy. Symbol komunizmu, Rosji socjalistycznej. Jednym spojrzeniem trudno go objąć. Tu, u podnóża Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zaczyna się Arbat. Ulica wystawna, pełna knajpek, ulicznych artystów i sklepów z pamiątkami. I ulica literatów. Kilkanaście minut spaceru dzieli Arbat i Patriarsze Prudy, a obok uliczka, gdzie Berliozowi w "Mistrzu i Małgorzacie" tramwaj utrącił głowę. Choć tramwaje podobno nigdy tam nie jeździły. Bułhakow miał prawo zmyślać. To tylko i aż literatura!

W restauracyjnych ogródkach Arbatu też siedzą kibice. Głównie kolumbijscy, w oczekiwaniu na mecz z Anglią na stadionie Spartaka. Na środku traktu wystawa. Kilkanaście zdjęć. Od czarno-białych, do kolorowych. Bohaterem wielu jest stadion, który zabrał do grobu wszystkie tajemnice, wszystko co podsłuchały ściany szatni, kiedy zaczęła się przebudowa. Przed nią było jeszcze uroczyste pożegnanie z fajerwerkami. Też przedstawione na zdjęciu.

Idą dwie dziewczyny. Rosjanki. Krasne, czyli piękne, i eleganckie. Jak większość kobiet na moskiewskich ulicach.

To Dynamo Moskwa.
Skąd wiesz? – pyta druga.
Akurat herb Dynama znam.

Poszły dalej. Może to szczęście do takich a nie innych wystaw, ale Dynamo jest widoczne najbardziej. Jeśli tak, nie powinno dziwić. To Dynamo dało Rosji, a konkretnie Związkowi Radzieckiemu, Lwa Jaszyna. Bramkarza z plakatu czempionatu. I bramkarza z Arbatu. Kilku turystów właśnie pozuje do zdjęcia z pomalowanym na złoto mimem. Trzyma puchar w rękawicach bramkarskich. To musi być… Jaszyn.

Rosja kocha bramkarzy. Jeszcze w Kaliningradzie, na ceglastych ścianach Muzeum Bursztynu, rozwieszono zdjęcia co bardziej pamiętnych postaci MŚ. Pele, Michael Platini, oczywiście boski Diego Armando Maradona i Alfredo di Stefano. Ale proporcje jakby zachwiane. Obok nich, oprócz Jaszyna rzecz jasna, jeszcze Gordon Banks, Dino Zoff, Sepp Maier, Gyula Grosics i Jean-Marie Pfaff.

(fot. Antoni Cichy)

To było tylko wczoraj
Poniedziałek rano.

Teraz innego bramkarza Rosja kocha szczególnie. To chłopak, który od 2003 roku gra w CSKA Moskwa. Igor Akinfiejew. Telefon właśnie dostał na ekran maila. Oferta na rejs po rzece Moskwie. Kod promocyjny: Akinfiejew.

Godzina 9.45. Za piętnaście minut otworzy wrota Sobór Wasyla Błogosławionego. Turyści gromadzą się na Placu Czerwonym. Kontrole trwają krótko, bo kto miał być, jest już w pracy, kto mógł, odsypia. Jeszcze kilka godzin temu to była inna Moskwa. Inna niż dzień wcześniej o tej porze i inna niż dzień później. Bo Rosja z Hiszpanią powinna przegrać, a wygrała.

Na zadaszonym placu, między meksykańskimi stoiskami z meksykańskim piwem, nachosami, kurczakami i tortillą, zgromadziło się więcej niż kilkaset osób. To nie była oficjalna strefa kibica, po prostu telebim, ławki i punkty gastronomiczne. W większości Rosjanie, trochę Hiszpanów, Polacy, Meksykanie, Kolumbijczycy, Brazylijczycy. Wszyscy w koszulkach reprezentacji swoich państw, Meksykanie z sombrero, Rosjanie i Hiszpanie jeszcze z flagami, którymi opatulili się, kiedy kolejni strzelcy podbiegali na odległość 11 metrów od linii bramkowej.

Rosjanie, podskakujący niekiedy z nerwów, wiercący się, wybuchali radością wiele razy. Kiedy Artiom Dziuba strzelił karnego. Kiedy w ostatnich minutach meczu i w dogrywce Akinfiejew łapał piłkę. Nawet po słabym strzale. Kiedy odbił piłkę kopniętą przez Koke. I kiedy jego koledzy trafiali tak, że de Gea pozostawał nieskuteczny. Ale najbardziej, kiedy Iago Aspas chciał go wyprowadzić z równowagi skocznym podbiegiem, a po sekundzie piłka leciała odbita od nogi bramkarza. Łużniki wyły.

To były minuty, może pięć. Wystarczyło, by miasto spowite zimą siarczystymi mrozami, na zachodzie wzbudzające polityczną grozę, kipiało radością. Dźwięk klaksonów mieszał się z wrzaskami. Ludzie szli chodnikiem i krzyczeli, czasem bez ładu i składu – ważne, że z radości. Policja tylko kierowała ruchem i odwdzięczała się uśmiechem. Nawet tym, którzy odsunęli szyby aut, siedzieli w oknie i machali flagami. A wieczorem po ruchliwej, kilkupasmowej drodze jeździli na dachach bogatych aut przystrojeni w narodowe koszulki i flagi. Policjanci stali i pilnowali, kiedy pasy przekraczał rozbawiony tłum.

Kolejnego rywala Rosjanie wyczekiwali na deptakach. Z kupionym od kogoś, kto właśnie rozłożył prowizoryczne stoisko, piwem za 200 rubli. Zimnym. Stawali przed restauracjami i pili napoje z pianą. Ktoś wdrapał się na słup, reszta zadowalała się krzykiem, jakby Akinfiejew po raz dwudziesty tego wieczoru odbijał piłkę kopniętą przez Aspasa. Inny mężczyzna stał od kilkunastu minut na betonowym cokole i śpiewał szczęśliwy. Nieistotne, że wszyscy go mijali albo patrzyli, kto da im ćwierćfinałowego przeciwnika. Schmeichel broniąc karne Chorwatów czy Subasić, powstrzymując Duńczyków. A za szybą wyświetlał się wciąż Stanisław Czerczesow reklamujący zegarki. Na kostce brukowej ktoś rozłożył małe bramki i przyniósł piłkę. Ustawił butelki i zapraszał do strzelania. Najpierw dziewczyny. Ktoś przechodził przez pasy i krzyczał "Akinfiejew". Inni wtórowali mu "Rossija".

Igor Akinfiejew (fot. Getty Images)

Boże, zachowaj Akinfiejewa
Ostatnie godziny w Moskwie. W sklepie leży świeża gazeta. Na pamiątkę. Kasjerka zwraca się po rosyjsku. Jest zaskoczona, kiedy słyszy:
Ne gavarit pa ruski.

Z drugą dziwią się, że jak to, że to przecież rosyjska gazeta. Po co komuś, kto nie mówi po rosyjsku.
Pamiątka.Pewnie po meczu – zwraca się kasjerka do drugiej. – Zobacz, to Akinfiejew – pokazuje na zdjęcie bramkarza.

Zaczynają oglądać gazetę. Rozmawiać o meczu.
Ale ty oddaj panu gazetę – przerywa w końcu jedna z nich. Śmieją się.

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc
Gum, sławny dom handlowy na Placu Czerwonym, już pulsuje. Sobór Wasyla Błogosławionego wrócił na kilka godzin do bajecznego snu. Nikt nie stoi w kolejce do mauzoleum Lenina, jeszcze będzie czas w środę rano. Kiedy słońce kładzie się spać, w miejscach, gdzie ciemne kawałki ulic oświetlają tylko lampy, zasypiają też normy zachowań. Noc przynosi te w dzień niewidywane. Postacie, które skrywa mrok i kilkudziesięciometrowy dystans od głównej ulicy.

Zdarza się często, że obcy pomyli wyjścia z metra. Są bliźniaczo podobne. Otwarte, po drugiej stronie ulicy zamknięte schody, jeszcze w budowie. Ale to nie to samo, to z którego korzystało się dotychczas, tylko 200 metrów dalej. Też z drugimi schodami, zamkniętymi, dokładnie tak samo po drugiej stronie. Człowiek idzie w lewo, jak zawsze, ale jednak źle. W prawo też źle.

Nim się spostrzeże, że to nie te wejścia, mija po drodze babuleńkę. Idzie o kulach. Właściwie to o jednej. W drugiej ręce ma chodzik i wianuszek balonów. Takich dla dzieci, wesołych, to postacie z bajek. A tu nie jest jak w bajce. Zaraz podchodzi dziewczyna w czerwonej bluzce i o coś pyta. Po rosyjsku, niewyraźnie. Widać, że los ją doświadcza, pewnie ma żyły pokłute. Tak przynajmniej podpowiadają jej źrenice. Z szyi coś zwisa, jakby ogon, bo na pewno nie włosy. Zbliża się, światło pobliskiej latarni oświetla jej ramię. To jasny szczur. Przy samej szyi. Dziewczyna odchodzi, a szczur jeszcze spogląda na inostrańca.

Pozostaje dojazd na lotnisko. Nim ze stacji kolejowej ruszy Aeroexpress, trzeba wsiąść do autobusu. Na przystanku stoją dwie panie. Blondynka i brunetka. Obie w rajstopach z siateczki, z wyrazistym makijażem. Nie ma nikogo innego, żeby zapytać, czy "tędy do metra?". Odpowiadają, że tak. Jedna z nich rzuca całusa na odchodne.

Moskwo! Dobranoc...