Mundial 2018. Spadkobiercy Lwa Jaszyna. Mistrzostwa pod znakiem bramkarzy

Antoni Cichy
16 lip, 14:06
udostępnij
Źródło: Sport.tvp.pl
Igor Akinfiejew, Hugo Lloris, Danijel Subasić (fot. Getty)
Nie byłoby mistrzostwa świata Francji bez Hugo Llorisa. Mimo finałowej wpadki. Tym bardziej nie byłoby Chorwacji w finale bez Danijela Subasicia. Rosja kocha bramkarzy, a oni od Kaliningradu i Moskwy po Jekaterynburg pokazali przedstawienia nieprzeciętne.

Lloris, Courtois, Akinfiejew. TOP10 parad mundialu

Ich jest dziesięciu, on jest jeden. Nad strojami dla nich projektanci głowią się miesiącami, bo on zazwyczaj dostaje taką koszulkę jak kolega z naprzeciwka tylko w innym kolorze. Nimi na wuefie chciał być każdy, nim zostawał ten, kto miał najmniejszy posłuch w klasie. Oni pędzą, by zdobyć bramkę. On stoi, żeby im na to nie pozwolić. Kiedy oni zawodzą, on ich ratuje. Bramkarz.

To Hugo Lloris zabrał gole Urugwajowi i Belgii, prowadząc Francję do finału, w którym powiodło mu się akurat gorzej. To Jordan Pickford przełamał angielską klątwę karnych. To Thibaut Courtois zatrzymał Brazylijczyków. To nie pojedynek Luki Modricia z Christianem Eriksenem, a Kaspera Schmeichela z Danijelem Subasiciem rozstrzygnął w 1/8 finału w Niżnym Nowogrodzie. To Subasić obronił strzał Harry'ego Kane'a, chroniąc Chorwatów przed stratą drugiego gola w półfinale. Wreszcie to Igor Akinfiejew chwycił na Łużnikach za nogi pana Boga i podarował Rosji awans do ćwierćfinału.

Nie ma przebacz
– Tak naprawdę to musisz być trochę masochistą, żeby zostać bramkarzem. Trochę masochistą i trochę też egocentrykiem – powiedział kiedyś Buffon. To po nim świat piłki płakał najrzewniej po barażach. Tak już jest z bramkarzem. Najbardziej żal, kiedy go już zabraknie. Dosłownie lub nieco bardziej poetycko. Bo przecież on tam musi być, między słupkami. Stoi, żeby naprawiać błędy. Niewidoczny człowiek od wszystkiego. Peter Shilton, który w reprezentacji Anglii rozegrał więcej meczów niż ktokolwiek inny, mawiał z kolei, że bramkarz jest jak menedżer w biznesie. Organizuje, zarządza, motywuje.

Każdy widzi ich inaczej. Przypisuje im inne cechy. Menedżera, szaleńca, ostatniej instancji. Jednej drogi nie ma. Spotyka ich tożsamy los. Kiedy popełnią błąd, nie ma przebacz. Ale ten turniej był dla nich areną wielkich wyczynów. Nie byłoby Francji i Chorwacji w finale bez Llorisa i Subasicia. Dwóch postaci tak innych. Z tak inną biografią, pochodzeniem, dzieciństwem. Łączy ich fach i to, że koniec końców los drużyny spoczywa w ich rękach. I także to, że obaj przekonali się, jak blisko od bohatera do winowajcy. Chorwat ratował zawsze, w finale już nie...

Gianluigi Buffon (fot. Getty)

Victor Hugo bramki
We Francji pełnej nietuzinkowych graczy Lloris uchodzi za jednego z wielu. Jak piłkarz Tottenhamu obok zwycięzców Ligi Mistrzów i Ligi Europy, obok Paula Pogby, obok Kyliana Mbappe, za którego PSG zapłaciło krocie. Jak spokojny facet obok wielkich i medialnych postaci. Od lat strzeże bramki Spurs, którzy wyłożyli na niego 12 milionów. W 2012 roku Laurent Blanc powierzył mu opaskę kapitana. Dziś w 23-osobowej kadrze piłkarzy starszych od niego można policzyć na palcach jednej ręki. Kiedy zawodzą młodzi, Lloris wyciąga pomocną dłoń w krytycznych momentach. Choć przed mundialem o jego formę Francuzi się tak obawiali.

Jest kapitanem i ostoją. W finale się nie popisał, ale gdyby nie jego parady, drużyny mogło nie być w tym finale. W ćwierćfinale Francuzi i Urugwajczycy przez 90 minut walczyli o każdy skrawek boiska i awans do strefy medalowej. Na końcu mecz sprowadził się do dwóch zachowań bramkarzy. Genialnej Llorisa po uderzeniu głową Martina Caceresa i złej Fernando Muslery, która odebrała kolegom nadzieję, że jeszcze coś w Niżnym Nowogrodzie się odmieni. Inaczej potoczyłaby się też historia, gdyby w 22. minucie półfinału w Sankt Petersburgu Francuz nie zatrzymał piłki kopniętej przez Toby'ego Alderweirelda. – Potrafiłby zapisać PDFa na kalkulatorze – skomentował jeden z kibiców. To nierealne, ale równie nierealna wydawała się obrona strzału Belga.

Dobry bramkarz kojarzy się z gwarancją, statecznością. Może właśnie te cechy Lloris wyniósł z domu. To nie jest poruszająca historia chłopaka ze slumsów, któremu piłka nożna uratowała życie. Nie, raczej nie zostałby przestępcą, prędzej maklerem, może tenisistą. Pochodził z bogatej rodziny prawniczo-bankierskiej. Rodzice zaczytywali się w twórczości Victora Hugo i na jego cześć nazwali syna Hugo. Zaczął grać w tenisa, dla zabicia czasu kopał piłkę. Miał wtedy pięć lat. Chętniej niż kopać, wolał chwytać. – Nie wiem, dlaczego chciałem być bramkarzem. Może z tego powodu, że mogłem rzucać się pod nogi przeciwników. Dla ryzyka. Wierzę, że to odpowiedzialność, jaką niesie za sobą rola bramkarza, tak mnie zafascynowała w dzieciństwie – mówił w rozmowie z Guillemem Balague.

Dwa życia, dwa dramaty
Nie zawsze jednak w życiu Llorisa działo się tak bajecznie. W 2008 roku, nim skończył osiemnaście lat, na raka zmarła jego matka. Jego vis-à-vis z niedzielnego finału na Łużnikach, 33-letniego Subasicia, doświadczyła w dzieciństwie wojna. Urodził się w Zadarze, w dawnej Jugosławii. Mieszkał niedaleko Luki Modricia. Wychowywał tak jak on na Bałkanach ogarniętych wojną domową u schyłku XX wieku.

– Pamiętam jak uciekaliśmy do piwnicy, pamiętam dźwięk samolotów, słyszałem wybuchy, ale nie wiedziałem, że ludzie umierają – wspominał bramkarz AS Monaco. Ktoś oswojony ze świstem bomb nie mógł się przegrać z bolącym mięśniem. W końcówce meczu ćwierćfinałowego z Rosją, jeszcze przed dogrywką, Subasić złapał się za udo. Wyglądało poważnie. Ale powiedział, że nie zejdzie. Został, wytrzymał dogrywkę i obronił "jedenastkę" Smołowa w serii rzutów karnych. Po meczu przekonywał "grałbym nawet na jednej nodze". Kilka dni wcześniej odbijał piłki kopane z 11 metrów przez trzech Duńczyków. Chorwaci wygrali 3:2.

W Rosji Subasić obronił cztery rzuty karne. Najwięcej w jednym turnieju. Rekord dzieli z Haraldem „Tonim” Schumacherem i Sergio Goycocheą. Jest specem od "jedenastek". Średnio ośmiesza co trzeciego strzelca. Pomijając serie karnych, w których okazji do wykazania się jest więcej, w karierze skutecznie bronił przy 17 z 50 prób (34%). Gdyby tak osiemnasty raz... Taki już los bramkarza.

Dla Ćusticia
Kiedy w Rosji wygrywał razem z Chorwacją, robił to też dla Hrvoje Ćusticia. Próbował o tym mówić w trakcie konferencji po zwycięstwie nad gospodarzami. Próbował, bo po kilku słowach odebrało mu głos. Zalał się łzami. – Znacie jego historię... – zdążył wycedzić. Powiedział, że nie chce się już na ten temat wypowiadać.

Od tamtego wydarzenia minęło 10 lat. Custić urodził się tak jak Subasić w Zadarze. Tak jak Subasić grał w NK Zadar. Przeniósł się w 2005 roku do NK Zagrzeb, ale w 2007 wrócił. Znów byli klubowymi kolegami. 29 marca 2008 roku, walcząc o piłkę, którą chwilę wcześniej wybił Subasić, Custić upadł i uderzył głową w betonową ścianę stadionu. 3 kwietnia o 11:51 zmarł. Chorwacki bramkarz przechodził do Hajduka Split, potem do AS Monaco, ale o przyjacielu nie zapominał. Pod bluzę zakłada koszulkę ze zdjęciem Custicia i słowem "Forever". Dostał za to ostrzeżenie od FIFA. Nie można bowiem przekazywać prywatnych wiadomości w ten sposób.

Danijel Subasić (fot. Getty)

Słowa, które zmieniają w faceta
Rosja 2018 to nie tylko historie Lloris i Subasicia. Momentami piękne, momentami dramatyczne. To również ta 24-letniego Jordana Pickforda, którego Sunderland przez pięć lat odsyłał na wypożyczenia. Tułał się po angielskich mieścinach. Był w Darlington, Alfreton Town, Burton Albion, Carlisle United, Bradford City i Preston North End. – W takich miejsca jak Werxham czy Southport, gdzie nie mieszka za wielu, traktują cię jak młodziaka, nie powstrzymują się od obelg. Właśnie to cię uczy i z tego możesz się teraz śmiać. Kiedy to przejdziesz, stajesz się lepszy – opowiadał.

– Kiedy na trybunach siedzi tylko 500 osób, słyszysz wszystko, co mówią. Każde słówko. Właśnie to zmienia cię z chłopaka w faceta – powiedział. Dojrzewał szybko. Zwłaszcza w reprezentacji. Na turniej jechał po trzech występach, z Rosji wróci jako jeden z tych, którzy zerwali z tradycją przegranych karnych. Jako chłopak, który zachwycił interwencją w meczu z Kolumbią, bronił w sposób nietuzinkowy przeciwko Szwedom i próbował przeszkodzić Chorwatom. Wybitnie zachował się też po strzale Thomasa Meuniera w meczu o brązowy medal. Anglicy chcieli być jak w 1966 roku. Nie byli, ale nawet do półfinału nie zawędrowaliby bez Pickforda.

Gdzie, jak nie w Rosji?
Bohaterem reprezentacji był też Igor Akinfiejew. Od zawsze utalentowany, przed każdym turniejem wymieniany jako nadzieja Rosji, ale daleki od nieomylności. Pobił niechlubny rekord Ligi Mistrzów. W 43 kolejnych meczach przepuszczał za plecy przynajmniej jedną piłkę. Od czystego konta czekał na następne ponad 10 lat. Nieważne. Liczyło się to, że obronił na Łużnikach w 1/8 finału rzuty karne Koke i Diego Aspasa. Że wprowadził Rosję do ćwierćfinału tak upragnionego i tak odległego, kiedy Hiszpanie prowadzili 1:0.

Tego samego wieczoru piękna była także duma Petera Schmeichela z wyczynów syna. Jego radość, kiedy Kasper bronił strzał Luki Modricia z 11 metrów. I zdjęcie, jakie dodał na Twitterze. To, na którym idzie za rękę z małym chłopczykiem, obaj w koszulkach z "jedynką" na plecach i nazwiskiem Schmeichel.

Bo gdzie, jeśli nie w Rosji mieli się popisywać bramkarze? Gdzie, jeśli nie w kraju, który wydał na świat jedynego bramkarza - zdobywcę Złotej Piłki, Lwa Jaszyna, słynnej "Czarnej Pantery". Gdzie, jeśli nie na Łużnikach, niegdyś stadionie Lenina, gdzie tenże Jaszyn zamykał karierę w 1971 roku, a zjechali się z tej okazji do Moskwy Pele, Eusebio i Franz Beckenbauer. Pięknie mu w Rosji oddali hołd paradami Lloris, Subasić, Pickford, Courtois, Akinfiejew, Schmeichel. A w niedzielę, na tych Łużnikach, zmienionych ostatnią przebudową, Lloris przeżywał jak Jaszyn 47 lat temu chwile wielkie. Ale inne. Bo Rosjanin mistrzem świata nie został. Francuz wzniósł puchar. Po meczu z błędem, którego mógł żałować do końca życia. Taki już jest los bramkarza...