• Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Drukuj

26.12.2011

Andrea Anastasi dodaje skrzydeł. Polakom też!

Autor: Rafał Dybiński, Źródło: SPORT.TVP.PL

Zaczynał w trudnym momencie. Na zgrupowaniach nie mógł korzystać ze wszystkich najlepszych graczy. Podkreślmy, że nie tylko z powodu kontuzji. Andrea Anastasi postawione przed nim zadania zdołał jednak wykonać, a Polacy znów pełną piersią pokochali siatkówkę.

Andrea Anastasi przywrócił polską siatkówkę na właściwą ścieżkę (fot. PAP)

Czytaj także

Podziel się:   Więcej
Po kontrowersyjnym rozstaniu z Danielem Castellanim zarząd PZPS musiał znaleźć następcę, który nie tylko szybko zyska swoją sympatię zawodników i kibiców jaką darzyli Argentyńczyka, ale również takiego, którego szkoleniowy warsztat zagwarantuje walkę z najlepszymi na najwyższym poziomie.

Przyznam szczerze, że gdy usłyszałem nazwisko nowego selekcjonera odetchnąłem z ulgą. Anastasi to człowiek, który potrafi zrobić coś solidnego niemal z niczego. Nie biorę nawet pod uwagę jego sukcesów z reprezentacją Włoch, bo tam dobrych siatkarzy nie brakuje.

Uciszył Moskwę

Najważniejsze dla mnie było to, czego dokonał z kadrą Hiszpanii. Po zaledwie dwóch latach pracy na Półwyspie Iberyjskim pilny uczeń legendarnego Julio Velasco poprowadził swoich podopiecznych do niebywałego zwycięstwa. Hiszpanie na mistrzostwach Europy w 2007 wygrali wszystkich osiem spotkań, a w boju o złoto, mimo karygodnych pomyłek sędziów w tie-breaku na korzyść Rosjan, zasłużenie ograli gospodarzy turnieju!

Oglądając tamten finał, pamiętam jak wyskoczyłem w górę z satysfakcji po decydującej piłce. W Hiszpanii jednak tego dnia bardziej ekscytowano się finałem mistrzostw Europy koszykarzy z... Rosją, co ciekawe przegranym przez braci Gasol i spółkę! Anastasi zakończył pracę w Hiszpanii tuż po triumfie w Moskwie. I po jego odejściu ta reprezentacja momentalnie straciła wiarę w kolejne niespodzianki i sukcesy i Hiszpanie bardzo szybko wypadli z europejskiej czołówki.

Thrillery w Ergo Arenie

Początek pracy z polską kadrą miał wyjątkowy nerwowy. Organizowany na granicy Gdańska i Sopotu finał Ligi Światowej był prawdziwym wyzwaniem. Cztery porażki z Brazylią w fazie zasadniczej nie były dobrą wróżbą. Drużyna dopiero się kształtowała i nikt nie był do końca przekonany, że to wszystko „zaskoczy” w odpowiednim momencie.

W tych wyjątkowych dniach objawił nam się jednak nowy lider zespołu. Fenomenalna gra Bartosza Kurka tak dodała skrzydeł jego kolegom, że chociaż w męczarniach, ale zwycięsko zakończyliśmy pięciosetowe boje z Bułgarią i Argentyną. Sprzyjało nam też niezbędne szczęście, gdy wspomnieni Bułgarzy nieoczekiwanie dość łatwo poradzili sobie z Włochami, od których dostaliśmy wcześniej surową lekcję siatkówki.

W półfinale z Rosją walczyliśmy już jak równy z równym i choć przegraliśmy 1:3, to drużyna pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Nadzieję na udany rok wlała trzysetowa wygrana z Argentyną w boju o najniższy stopień podium. Pierwszy medal Polaków w historii rozgrywek Ligi Światowej wywołał prawdziwe święto w fantastycznej trójmiejskiej hali.

„Teraz w reprezentacji każdy będzie chciał grać, ale to nie będzie proste”

Andrea Anastasi po trzecim miejscu na ME

Zabawy z granatem i AC/DC

Po kiepskim występie w sierpniowym Memoriale Wagnera (trzy porażki i ostatnie miejsce!) drugim poważnym sprawdzianem pracy Anastasiego były mistrzostwa Europy. Przegrana z Bułgarami i „kontrolowana” porażka ze Słowacją podcinały gałąź na której siedział włoski szkoleniowiec.

Ryzyko kompromitacji było spore, ale druga faza turnieju pokazała, że - być może niestety - czasem trzeba jednak kalkulować, zwłaszcza gdy regulamin imprezy jest koślawy, tak jak to miało miejsce na bolesnych dla nas ubiegłorocznych MŚ we Włoszech.

Pewne zwycięstwa nad Czechami i ćwierćfinałowa ze Słowacją dały przepustkę do strefy medalowej. W półfinale znów nie mieliśmy zbyt wiele do powiedzenia w starciu z rodakami Anastasiego, ale zwycięstwo w meczu o brązowy medal z samą Rosją pozwoliły uznać euroczempionat na parkietach w Czechach i Austrii za sukces.

Włoski selekcjoner triumfował na równi z gorąco witającymi siatkarzy kibicami. – Teraz w reprezentacji każdy będzie chciał grać, ale to nie będzie proste - ostrzegał z nieukrywaną satysfakcją. – Wszystko zaczęło się już w szatni, kiedy chłopcy włączyli piosenkę AC/DC „Thunderstrack”. Aż mnie oszołomiło, ale skoro miało im to pomóc, to dlaczego nie – zdradził przy okazji kulisy sukcesu nad "Sborną".

Jakub Jarosz pilnie słucha wskazówek selekcjonera
Foto: PAP/EPA

Londyn wzywa!

Trzecie miejsce mistrzostw Europy dało przepustkę do rywalizacji w Pucharze Świata, który z kolei trójce najlepszym zespołom zapewniał wyjazd na przyszłoroczne igrzyska w Londynie. Z pozoru nie wydawało się to trudne. Jeśli jednak trzeba rozegrać jedenaście spotkań w zaledwie piętnaście dni, dodatkowo w innej strefie czasowej, a na uraz narzekał Kurek, to zaczynają się schody, prawie jak te znajdujące na Stadionie Narodowym.

Trzeba dobrego psychologa i motywatora, aby odpowiednio nastawić podopiecznych do takiej przeprawy. Ważny był przede wszystkim początek turnieju, gdzie spotykaliśmy z drużynami, które tak jak Polacy były ustawianie w szeregu walczących o „trzecią” przepustkę. Dlaczego dopiero trzecią? Znający siatkarskie realia z miejsca dwie rezerwowali dla tych teoretycznie najmocniejszych zespołów, czyli Rosji i Brazylii.

Zaskakująco łatwe zwycięstwa nad nieobliczalną Kubą i świeżo upieczonymi mistrzami Europy - Serbami wskazały ścieżkę po której musimy kroczyć w drodze do celu, który wiosną wydawał się wręcz nieosiągalny! Ale w Japonii wszystko szło jak po sznurku, a naszą siłą byli świetnie spisujący się środkowi, z odmienionym w roli kapitana Marcinem Możdżonkiem. Trudnych chwil oczywiście nie brakowało. Sensacyjna (można mówić - frajerska) porażka z Iranem mocno schłodziła za bardzo rozgrzane głowy kibiców. – Czasami trzeba przegrać - uspokajał tylko Anastasi.

On wiedział, że kluczowe będą mecze z USA i Włochami, z którymi w tym roku trzy razy dostaliśmy solidne lania. Z Amerykanami, mistrzami olimpijskimi, poszło jak z Kubą i Serbami - nadspodziewanie gładko. Znacznie więcej potu zawodnicy i kibice wylali w starciu z „Azzurrimi”. Dwa gładko przegrane sety stawiały nas pod ścianą, ale wtedy Anastasi posłał do boju chłopaka, który większość turnieju przesiedział na ławce! Kapitalnie dysponowany (i zmotywowany) Michał Ruciak okazał się lekiem na całe zło, a drugim odkryciem tego meczu był Jakub Jarosz.

Zwycięstwo po tie-breaku nad Włochami zapewniło nam spokój i komfort przed grami z Brazylią i Rosją. Byliśmy blisko pokonania i jednych i drugich, ale ostatecznie skończyło się na pięciosetowych porażkach. Ich okoliczności mogą oczywiście budzić... wściekłość i rozgoryczenie, ale drugie miejsce na koniec tego azjatyckiego maratonu wszyscy ostatecznie powinni przyjąć z nadzieją, że może (powinno) być jeszcze lepiej. W Londynie.

Czytaj również: LŚ: Polacy w grupie z odwiecznym rywalem!

 
 
 
...