Vancouver 2010 Olympic GamesTelewija Polska SA

Strona główna  » Vancouver2010  » Biegi narciarskie
Za cztery lata czekają nas igrzyska w Soczi. Raczej już bez Małysza, jeszcze z Kowalczyk i... Właśnie, z kim jeszcze?

Kowalczyk: to nie atak na Marit

  • Wyślij znajomemu
    zamknij [x]

    Wiadomość została wysłana.

     
    • *
    • *
    •  
    • Pola oznaczone * są wymagane.
  • Drukuj
  • Dodaj do:
  • Dodaj do Śledzika
Źródło: Tomasz Lis na żywo

Jestem prawdziwą szczęściarą – mówi o sobie Justyna Kowalczyk – zdobywczyni trzech medali ostatnich igrzysk olimpijskich. Niestety, z Vancouver zapamięta nie tylko piękne chwile. Rysą na szkle pozostaną problemy organizacyjne i rozdmuchany – jak mówi – konflikt z Marit Bjoergen.

Największym problemem była presja, która na mnie spadła – mówi Kowalczyk (fot. PAP/EPA)

Niesamowity finisz biegu na 30 kilometrów na zawsze pozostanie w pamięci kibiców. Pojedynek z Norweżką Marit Bjoergen miał charakter wręcz symboliczny. – Pamiętam, kiedy zobaczyłam ją kątem oka. Pomyślałam sobie wtedy: nie tym razem! Nie wiem jak, ale udało mi się przyspieszyć – wspomina Justyna Kowalczyk w programie "Tomasz Lis na żywo".

Jednym z najbardziej wzruszających dla niej momentów była ceremonia medalowa, podczas której otrzymała złoty medal. – 90 procent osób pod podium, to byli Polacy. To była dla mnie niesamowita radość, niesamowite spełnienie. Absolutne szczęście – mówi.

Z Vancouver przywiozła jednak nie tylko pozytywne wspomnienia. Część tych negatywnych dotyczyła problemów organizacyjnych, ale nie tylko... – Bardzo źle odebrałam całą presję, która na mnie spadła. Wiedziałam, że będzie ona duża, ale sądziłam jednak, że przybierze zdrowe rozmiary.

– Nie wiedziałam, że będą się czepiać każdego mojego gestu, każdego słowa... Każdy, kiedy jest podenerwowany mówi, albo robi coś, czego normalnie by nie zrobił. Na pewno puszczały nam nerwy – mówi Justyna Kowalczyk.

Osobną sprawą było zamieszanie, które wywołały słowa naszej narciarki na temat Marit Bjoergen. Polka miała zarzucić jej, że wyniki zawdzięcza m.in. lekom na astmę. – Historia została szybko rozdmuchana. I - jak to u nas w Polsce - cała Norwegia była za Marit i cała Polska była... za Marit – komentuje Kowalczyk.

– Na igrzyskach może nie powinno się o tym mówić. Z drugiej strony, gdybym powiedziała to na mistrzostwach Polski, nikt by mnie nie posłuchał. Trzeba było wykorzystać to, że jest tam wiele osób, które tę myśl podchwycą – tłumaczy mistrzyni olimpijska. – Zdecydowanie nie był to atak na Marit. Chodziło o sam fakt, aby zaczęto o tym mówić. Bo jest to problem.

Obu narciarkom nie udało się jednak wyjaśnić sobie całej sytuacji, choć – jak przyznaje Kowalczyk – była ku temu okazja. – Przed ceremonią medalową byłyśmy w jednym pomieszczeniu. Stałam razem z Finką (Aino-Kaisą Saarinen - red.), śmiałyśmy się. A Marit do nas nie podeszła, więc...