Dziewiątka od trzynastu lat nie przynosi szczęścia zawodnikowi Chelsea, który w niej gra. Teraz nosi ją Alvaro Morata. – Nawet koledzy z zespołu błagali mnie, bym nie brał tego numeru – przyznaje Hiszpan.
Od tego czasu z tym numerem występowali Mateja Kezman, Khalid Boulahrouz, Steve Sidwell, Franco Di Santo, Fernando Torres i Radamel Falcao. Drugiego i trzeciego tłumaczą jeszcze pozycje, na których występowali (odpowiednio obrońca i pomocnik), ale już choćby ostatni w zeszłym sezonie na wypożyczeniu z Monaco zagrał tylko dziesięć spotkań i zdobył jedną bramkę.
Morata wiedział o tym fatum. – To jedna z pierwszych rzeczy, które usłyszałem po przyjściu tu. Nawet koledzy z zespołu błagali mnie, bym nie brał tego numeru, ponieważ jest przeklęty – przyznał w rozmowie z "FourFourTwo".
– Ale ja koniecznie chciałem z nim grać. Zrobiłem kilka rzeczy, których celem było zdjęcie złego uroku związanego z tą koszulką. Czy mogę zdradzić, co dokładnie? Bez szans. Jeślibym to zrobił, przekleństwo numeru by wróciło – uważa.
Nic dziwnego, że nie chce zapeszać, bo na razie radzi sobie świetnie. W dziewięciu występach w Premier League trafił sześć razy (średnio co 105 minut), jednego gola dorzucił też w Lidze Mistrzów.