tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Łyżwiarz, który podbił boiska Anglii i Włoch. Niezwykła historia Marka Czakona

Marek Czakon – niedoszły łyżwiarz figurowy, który uciszył Stadio Olimpico. Pierwszy Polak, który został najlepszym strzelcem poza granicami kraju. Bali się go Anglicy, szanowali Włosi. Uczył grać Miroslava Klosego i zaliczył karną kompanię ZOMO. Zapraszamy do kopalni anegdot w rozmowie z pierwszym polskim królem strzelców w lidze zagranicznej.
(fot. Archiwum prywatne Marka Czakona)

Być i Miedź, czyli Ekstraklasa po legnicku

Krystian Juźwiak: – Gdyby dzisiaj wrócił pan do Finlandii, to…
Marek Czakon: – Tam obserwują człowieka przez pierwszy rok, góra dwa lata. Jeśli okaże się, że jest godny zaufania, to ma się przyjaciół do końca życia. W każdej chwili mogę przyjechać do Tampere i będą mnie traktować jak młodego boga.

– Rozmawiałem z Wojciechem Wójcikiem, który też grał w Ilves i wspominał, że jest pan legendą klubu.
– Po 13 latach pojechałem do Tampere. Umówiliśmy się z menedżerem na piwko w fajnej knajpce w hotelu Ilves. Siedzimy pięć minut, przychodzi dwóch piłkarzy. Siedzimy przez kolejnych dziesięć, przychodzi czterech następnych. Okazało się, że wszyscy się umówili, łącznie z prezesem i sekretarką, żeby mnie przywitać. O niczym nie wiedziałem. Nie przyjechało tylko dwóch piłkarzy, bo jeden nie wrócił jeszcze z Argentyny, a drugi był na wakacjach w Australii. Prezes Ilves przepraszał, że nie mógł tych dwóch ściągnąć. Zgotowali mi takie przyjęcie, że aż łezka się w oku zakręciła. Coś pięknego.

– Z tą Finlandią to wyszło trochę przypadkowo?
– Przypadkiem, nie przypadkiem. Mama pracowała w Finlandii jako trenerka łyżwiarstwa figurowego. Przez trenera Kopę musiałem skończyć granie w Polsce. Po prostu żaden klub mnie nie chciał, no to pojechałem do Finlandii.

– Pana wyjazd był czymś niezwykłym?
– Zgadza się. Byłem drugim piłkarzem po Bońku, który dostał pozwolenie władz na wyjazd za granicę. Wtedy trzeba było mieć skończone 30 lat. Boniek miał 26, jak wyjeżdżał, ale Juventus zapłacił za niego mnóstwo pieniędzy.

– Rodzice nie woleliby, żeby syn podtrzymał tradycje i zamiast kopać piłkę jeździł na łyżwach?
– Osiemnaście miesięcy miałem, jeszcze chodzić dobrze nie potrafiłem, a już jeździłem na łyżwach. Mama, tato, babcia – wszyscy byli łyżwiarzami. W domu cały czas tylko łyżwiarstwo, łyżwiarstwo, łyżwiarstwo. Kumple pytali:
– Co ty za sport uprawiasz? Łyżwiarstwo figurowe?
To mówię:
– Jak chcecie, to pogram z wami w piłkę.
I tak w wieku 20 lat trafiłem do Odry Opole. Nie mieliśmy Internetu. Sport był wszystkim. Hokej, piłka nożna, łyżwiarstwo, siatkówka – we wszystko się grało. Ja byłem predysponowany do skoków, więc szybko nauczyłem się grać głową. Najpierw była Odra Opole, wprowadziłem ją do II ligi. Potem wziął mnie Górnik Zabrze i Olimpia Poznań. W wieku 22 lat byłem już w kadrze Polski.

(fot. Archiwum prywatne Marka Czakona)

– Pierwszy sezon w Finlandii nie zapowiadał tego, co było w następnym (Czakon strzelił w pierwszym tylko 5 goli – przyp. red.). To przez trudną aklimatyzację?
– Można tak to widzieć. Brakowało mi ogrania. Później koledzy mnie docenili, lepiej się rozumieliśmy i podawali mi piłkę tak, jakie chciałem dostawać. Byłem jak wino – im starszy, tym lepszy. Z wiekiem pokonywałem coraz lepszych bramkarz, łącznie z tymi z AS Romy, Borussii Dortmund, która wygrała w sezonie 1996/97 Ligę Mistrzów. Przyszła rutyna, pewność siebie. Byłem bardzo mocny fizycznie. W Finlandii oprócz treningów piłkarskich, co drugi dzień, a czasem nawet codziennie, jeździłem na nartach biegowych. Jak się zrobi 10 kilometrów, to nie ma mowy o problemach kondycyjnych.

– Ilves zaskoczyło zdobywając Puchar Finlandii, a pan triumfując w klasyfikacji strzelców?
– Miałem największy udział w tym, że drużyna zdobyła puchar kraju. Jak zdobywałem bramki, to wszyscy mówili:
– o, Finowie znowu strzelają!
Traktowali mnie jak swojego, a to było bardzo ważne.

– Został pan pierwszym polskim królem strzelców poza granicami ojczyzny.
– Nie było Wikipedii, gdzie to można było sprawdzić, ale byłem świadomy. Dopiero Krzysztof Warzycha, rok lub dwa lata potem, powtórzył mój wyczyn. Wszyscy wokół mówili, że jak zdobędę króla strzelców, to zostanę nie tylko pierwszym Polakiem, który dokonał tego poza ojczyzną, ale będę też pierwszym obcokrajowcem, który został najlepszym strzelcem w Finlandii. Udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Teraz Finowie się otworzyli, ale wtedy nie lubili obcokrajowców. Była nawet taka sytuacja w ich lidze hokeja: kolejkę przed końcem najlepszym strzelcem był Rosjanin, miał cztery bramki przewagi nad ich rodakiem. I w ostatniej kolejce zespoły umówiły się tak, że Fin strzelił osiem goli i to on wygrał klasyfikację. Bałem się, żeby mnie tak nie przekręcili. Na szczęście potraktowali mnie jak swojego.

– Dwumecz z Romą to największe wyzwanie w karierze?
– Wtedy tak. Roma to była najlepsza drużyna świata. Obrońcą, który mnie pilnował był Brazylijczyk Aldair, mistrz i późniejszy wicemistrz świata. W tym zespole grali Thomas Haessler i Rudi Voeller – mistrzowie świata. Nie wspominając już o Włochu de Marchim i Argentyńczyku Carnevale. Oni byli tak naszpikowani gwiazdami jak dzisiaj Real i Barcelona! Później się okazało, że jestem drugim piłkarzem po Maradonie, który strzelił Romie trzy gole w pucharach.

– Roma była naszpikowana, a wy to półamatorzy z Finlandii. Baliście się?
– Tu nie chodzi o strach. Wiadomo, Finowie są trochę zakompleksieni, do tego pierwszy raz grali przy pełnym stadionie, ale u siebie chcieli sprawić niespodziankę. Mieli pewne doświadczenie, bo parę lat wcześniej mierzyli się z Juventusem. W pierwszym meczu sytuacja była taka, że Carnevale po podaniu Rudiego Völlera strzelił nam gola ręką. Skakał do szczupaka i zamiast głową uderzył dłonią! Myśmy to zgłaszali sędziemu, ale nic to nie dało. A sędzią był Michał Listkiewicz! Po meczu, już na bankiecie, podchodzę do niego i mówię:
– To nie widział pan, że on ręką strzelił!?
Odpowiedział:
– No widziałem, widziałem, ale myślałem, że tu zaraz będzie druga, trzecia, czwarta….

A okazało się, że mogliśmy wygrać. Strzeliłem na 1:1. Jak piłka wpadła do bramki Cervone, to ryk na stadionie był taki, że całe miasto słyszało. My tę Romę tłamsiliśmy i zabiegaliśmy. Oni ograniczali się do wybijania piłki z pola karnego. Ten remis to jest największy sukces w historii klubu. To był remis ze wskazaniem na nas. Zaskoczyliśmy rzymian! Każdy z nas miał kondycję i krzepę. Miałem taką wydolność, że większość goli w karierze strzelałem między 85. a 90. minutą. Gdy inni opadali z sił, ja wciąż byłem świeży.

– Ten bankiet to mocno się przeciągnął?
– Nie, bo mieliśmy jeszcze mecze w lidze. Ale opowiem jedną historię. Finowie bardzo szanowali mnie, a to dlatego, że wróciłem na mecz prosto z własnego wesela. W środę graliśmy w półfinale Pucharu Finlandii z Rovaniemi, a w sobotę brałem ślub. Trener powiedział:
– Posłuchaj, najpóźniej we wtorek wieczorem musisz być.
Przyleciałem w niedzielę do Finlandii, a weselnicy bawili się do czwartku.

– To aż żal było wracać!
– Żal czy nie żal, skoro czułem się profesjonalistą, to trzeba było wracać. Można było się bawić jedną noc, a nie koniecznie cztery.

– Przejdźmy do rewanżu na Stadio Olimpico.
– Rewanż, który nie powinien się odbyć. Była taka ulewa, że murawa wyglądała jak w słynnym meczu na wodzie Polski z RFN w 1974. Szybko strzelił nam gola Giannini, a potem Rizziteli ręką. Nie mieliśmy prawa wygrać. Rizzitelli robił wślizg przez piętnaście metrów, holując piłkę ręką, a sędzia nie widział! Co się dziwić, jak był z jakiegoś śmiesznego kraju. Dziennikarze wprost nam mówili, że jak wygramy, to nie wyjedziemy. Mimo wszystko udało mi się strzelić Romie dwa gole. Po tym meczu Finowie powiedzieli: "Marek my cię nie zatrzymamy. Ty jesteś za dobry na tę ligę i ten klub".

– Włosi chyba pana zlekceważyli. Nie wyciągnęli wniosków po meczu w Finlandii i bez plastra zdobył dwie bramki…
– Tydzień wcześniej na Stadio Olimpico Roma grała z Lazio, Derby Rzymu. Dostaliśmy kasetę z tego meczu. Na trybunach 60 tysięcy. Spotkanie rozpoczęte z dwudziestominutowym opóźnieniem, bo kibice tłukli się. Jak Finowie to zobaczyli, to mieli pełne spodnie. Stadio Olimpico było wtedy modernizowane na finały mistrzostw świata. Trybuny, akustyka stadionu, wszystko było tak zrobione, że choć na naszym meczu było "zaledwie" 30 tysięcy, to był ryk. Przed pierwszym gwizdkiem zostały odpalone race. Przez dziesięć minut nic nie widzieliśmy. Chciałeś podpowiedzieć koledze, żeby spokojnie przyjął piłkę, ale się nie dało. Myśmy siebie nie słyszeli, taki był tumult. Finowie byli w szoku. Dostaliśmy szybko trzy bramki. A potem nie było nic do stracenia. Próbowaliśmy i zdobyłem dwie piękne bramki. Jedną z 30. metrów, drugą po główce. To było osiągnięcie. Finowie do dziś je wspominają.

(fot. Archiwum prywatne Marka Czakona)

– Giovani Cervone musiał zapamiętać pana nazwisko.
– Po pierwszym meczu chcieliśmy się wymienić koszulkami, ale nie byli zachwyceni tym remisem, szybko się spakowali i odjechali. A w Rzymie Ruggiero Rizzitelli, który potem grał m.in. w Bayernie, podszedł do mnie i powiedział: "czy możesz się ze mną zamienić koszulkami?" Po kąpieli stoimy w holu, więc podchodzę do Giovaniego Cervonego i pytam:
– Możemy zrobić zdjęcie?
A on odpowiedział:
– Nie zrobię sobie zdjęcia z kimś, kto strzelił mi dwa gole.
W tym momencie podszedł trener i dyrektor Romy, Ottavio Bianchi, i mówi:
– Giovanni, ale jak ty liczysz!? Przecież on ci trzy załadował!
Cervone się uśmiechnął i powiedział:
– No to w takim razie zróbmy to zdjęcie.
Po meczu zostaliśmy zaproszeni na kolację, a potem do jednej z najlepszych dyskotek w Rzymie. I tam, trochę po północy, spotykam przy szatni znów Giovanniego Cervonego. I on krzyczy:
– To znowu ty! Przestań mnie nachodzić!
Z tym meczem wiąże się jeszcze jedna historia, już panu opowiadam.

– Słucham.
– Voellerowi kończył się kontrakt. Bianchi powiedział, że jak tylko Rudi odejdzie, to ściągają mnie na jego miejsce. Voeller miał iść wtedy do Japonii, ale niestety dla mnie, miał w kontrakcie klauzulę. Jeżeli klub chciał przedłużyć kontrakt z zawodnikiem i on sam był zainteresowany pozostaniem w Romie, to kontrakt był automatycznie przedłużany. Miesiąc potem zadzwonił Ottavio Bianchi i wyjaśnił sytuację:
– Rudi jednak nie pojedzie do Japonii. Zostaje u nas na kolejny rok. Dziękuję ci i przepraszam.
Szkoda, gdyby Voeller wtedy odszedł, pokopałbym sobie więcej razy na Stadio Olimpico, ale ułożyło się inaczej i nie narzekam.

– Był pomysł, żeby sprawdzić pana w kadrze. Jak blisko było występu w reprezentacji?
– Wszyscy chcieli mnie w reprezentacji! Kibice, dziennikarze, wszyscy. Po tym meczu z AS Romą angielska federacja wysłała przedstawicieli do Finlandii, bo byli przekonani, że dostanę powołanie. A myśmy właśnie mieli grać z Anglikami, bodajże w eliminacjach do mistrzostw Europy. Nie pamiętam czy to już Wójcik był trenerem, czy jeszcze nie, w każdym razie nie dostałem powołania. Zagrałem tylko dwa towarzyskie u Łazarka i poszalałem trochę w kadrze olimpijskiej, ale w pierwszej reprezentacji nie było mi dane zagrać.

– Swoją drogą, w Ilves grał pan z Markiem Dziadulewiczem. On miał polskie korzenie?
– Jego dziadek był Polakiem, ale on nie umiał nawet po polsku swojego nazwiska wymówić. Do dzisiaj jestem z nim w kontakcie na Facebooku. Ode mnie przekleństw się nauczył, bo one akurat łatwo wchodzą.

– Jaka była różnica w sposobie życia między Polską a Finlandią w latach 90.?
– Moja żona pochodzi ze Zwierzyńca. To był czas po stanie wojennym, po Solidarności, po zmianie godła na orła z koroną. Wtedy w Polsce nie było nic! Zaprosiłem teściową i szwagierkę do Finlandii. Odebrałem je z promu. Wiozłem do domu, ale jeszcze po drodze chciałem zrobić zakupy. Zawiozłem je do dużego marketu, takiego jak teraz w Polsce Auchan.
– To wy sobie tu pochodźcie, a ja szybko zrobię zakupy i jedziemy do domu.
Jak teściowa zobaczyła, ile tam jest par sportowych butów, to zaniemówiła. 150 par adidasów, 50 nike, jeszcze reeboki, a w Polsce o jedną było ciężko. Przecież jak były dwa prawe buty, to ludzie też brali i potem w domu sobie przerabiali. W każdym razie przyszła moja żona i mówi:
– Coś ty zrobił, że one się nie odzywają?
– Nic – mówię. – Odebrałem je z promu i podjechałem do Prismy na zakupy.
– Jezus Maria, coś ty zrobił!
Wrzuciłem teściową na głębokie wody. Jak zobaczyła, ile towaru może być w sklepie, to dwa dni się nie odzywała. Taka była różnica między Polską a Finlandią.

– Następnie grał pan w Fremie Kopenhaga i tam skuteczność była już gorsza. Nie było warunków do gry w piłkę? Klub rozpadł się w 1993.
– Ja tam goli nie strzelałem, bo i dużo nie grałem. Dla nich byłem zawodnikiem nieznanym, więc ściągnęli jeszcze Marka Strudala. Mówię im:
– Po co wam jeszcze jeden napastnik, skoro macie mnie?
– Marek dla ciebie na stadion przyjdzie 5 tysięcy kibiców, a na Strudala 10 tysięcy.
I tak było. On był reprezentantem kraju, a Duńczycy są zakochani w swoich piłkarzach. Może byłem wtedy w cieniu Strudala, ale grałem w najlepszej lidze Europy! Bo przecież Dania wygrała Euro '92! Jugosławia się rozleciała i Duńczycy zajęli ich miejsce. Rozmawiałem potem z chłopakami z Broendby – Kimem Vilfotem, który przecież strzelił gola w finale ME, i Johnem Faxe Nielsenem – oni opowiadali, jak to wyglądało:
– Marek, to był cyrk! Oni nas z wakacji ściągali! Z Hawajów, ze Stanów. Mówią do nas: bierzcie dzieci, żony, całe rodziny, abyście tylko zagrali. I ściągnięci z tych wakacji grali bez presji, na luzie i zostali mistrzami Europy! Da się? Da się. Najważniejsza jest głowa.

(fot. Archiwum prywatne Marka Czakona)

– Powrót do Olimpii nie przywołał przykrych wspomnień? Trener Kopa oskarżył przecież pana o sprzedanie meczu.
– Kto?

– Trener Kopa.
– Nie, proszę pana. To nie chodziło o sprzedaż meczu. Już wszystko tłumaczę. Trener Kopa przyszedł do nas z Legii Warszawa. On miał silny zespół w stolicy, na czele z Dziekanowskim. Prawie cała reprezentacja grała wtedy w Legii. Byli murowanymi kandydatami do mistrzostwa, a mimo to tego tytułu nie zdobyli.


– Czyli sprzedanych meczów nie było?
– Ktoś tak powiedział. Graliśmy gdzieś daleko na wschodzie, zdaje się, że ze Stalą Stalowa Wola. Co najlepsze, wszedłem w ostatniej minucie dogrywki na karne. Strzeliłem ostatniego, decydującego i myśmy ten mecz wygrali. Więc gdzie tu mowa o sprzedaniu? Finał tej sprawy był taki, że Kopa nie pasował do drużyny. Myśmy się jemu postawili. Powiedzieliśmy sobie jasno, że z tym trenerem nie będziemy pracować. Wszyscy się ucieszyli i wsiedli do pociągu. Jechaliśmy do Poznania wyjaśnić sprawę z prezesami. Za swoje pieniądze jechaliśmy, a za trzy dni znowu mieliśmy mecz na wschodzie kraju, tym razem ze Stalą Mielec. Cały Poznań cieszył się na myśl, że Kopa odejdzie. Tylko jak pan pamięta, Olimpia to był klub milicyjny. Dopóki byliśmy razem, to wszystko było dobrze. Ale zastosowali te swoje milicyjne zagrywki! Co było trzeba zrobić z grupą?

– Rozbić.
– No właśnie. Powiedzieli do kilku zawodników, w tym do mnie, że mamy jeszcze służbę wojskową do odbycia, więc idziemy do koszarów. Rafała Stroińskiego, który miesiąc temu już skończył służbę, ściągnęli z urlopu. Policzyli mu soboty i niedziele, jak na mecze jeździł, i wyszło mu jeszcze 20 dni pobytu w koszarach. To samo z Jackiem Duchowskim. Nas trzech zesłano do karnej kompanii ZOMO. Innym powiedzieli tak:
– Ty czekasz na telefon? Nie doczekasz się!
– Ty czekasz na talon na samochód? Nie doczekasz się!
– Ty czekasz na mieszkanie? Nie doczekasz się!

– Jak wyglądał pobyt w karnej kompanii ZOMO?
– Golenie głowy. Mycie lizolem i trocinami. Musztry, nie musztry. Ale myśmy mieli zdrowie, doszło do tego, że ten kapral, co nas gonił przez pierwsze dwa dni, opadł z sił. W końcu mówi do nas:
– Was przedstawiono jako dywersantów, a wy przecież fajne chłopaki jesteście!
To potem mieliśmy jak u Pana Boga za piecem. A że byliśmy najstarsi w kompanii, to wszyscy nam kawkę przynosili, jedzonko. Mieliśmy tylko tam dwa tygodnie odsiedzieć. Ale wtedy był mecz Olimpii w I lidze i okazało się, że mają tylko dziesięciu do grania. Musieliby juniorów ścigać, ale oni nie byli zarejestrowani w lidze. I co zrobili? Wysłali mnie i Stroińskiego na strzelanie, a Duchowskiego nie. Myśmy tam lepili tarcze, wracamy potem do kompanii, a Jacka nie ma! Pytam, gdzie on:
– Przyjechał po niego jakiś pułkownik i go zabrał.
Co się okazało, zagrał w tym meczu, bo inaczej Olimpia musiałaby wyjść w dziesiątkę.

– Ten epizod w Broni Radom też był związany ze służbą wojskową?
– Tak, tak. Stroińskiego puścili do domu, ale ciągle się zastanawiali co ze mną zrobić. Mówią:
– Idziesz do Radomia albo będziesz jeszcze miesiąc siedział w kompanii.
To oczywiste, że wolałem grać w piłkę, więc spakowali mnie i pojechałem. Zagrałem tam cztery mecze, z których jeden na pewno był sprzedany. Strzelam gola z szesnastu metrów – sędzia mówi: Spalony! Zdobywam drugą bramkę. Wyskakuję wyżej od bramkarza i nawet go nie dotykam – sędzia mówi: "faul! Pan sobie wyobraża co to za jaja były?"

– Z kim to był mecz?
– A tego to już nie pamiętam. Pamiętam za to, że na meczu był obserwator z PZPN-u i powiedział:
– Przecież Czakon te dwie bramki to prawidłowo zdobył!
Po tym pobycie w Radomiu byłem wolnym zawodnikiem. Już żaden klub nie miał do mnie prawa, a tak się złożyło, że pojechałem do Finlandii. Poszedłem ze znajomym, który pełnił rolę tłumacza i menedżera na trening Tampereen Ilves. Trener, były znakomity bramkarz Vesa Holi, już po pierwszym treningu powiedział:
– Od razu widać, że to dobry piłkarz. Załatwiajcie go!
Z tym załatwianiem była masa kłopotów. Miałem 25 lat, a trzeba było mieć 30, żeby móc wyjechać. A jeszcze co! Żeby dostać paszport, to trzeba było mieć przepracowane pół roku. Pomógł mi wtedy Zbigniew Karasiński, były prezes Odry Opole. Zatrudnił mnie w swoich zakładach mięsnych na stanowisku starszego referenta do spraw sportu i rekreacji. Po tych sześciu miesiącach udało się załatwić, też po znajomościach, paszport. W Finlandii złapałem pana Boga za nogi. Klub mnie chciał, tylko pojawił się kolejny problem. Nie mogłem dostać certyfikatu z PZPN-u.

– I jak to się udało załatwić?
– Okazało się, że znajomy mamy odpowiedzialny za łyżwiarstwo figurowe, znał się z ministrem sportu, a późniejszym prezydentem, Aleksandrem Kwaśniewskim. Poszedł ten znajomy do Kwaśniewskiego i mówi:
– Słuchaj, jest fajny chłopak. Obija się o kadrę, a w Polsce nikt go nie chce, chcą go za to Finowie. Podpiszesz mu wyjazd?
– A, no nie ma sprawy.
I ja z tym papierkiem od Kwaśniewskiego musiałem iść do związku po certyfikat. Poszedłem do mojego trenera kadry młodzieżowej śp. Edmunda Zientary, bo był wtedy sekretarzem. Mówię mu, po co przychodzę. On odpowiedział, że trenerzy muszą się zebrać. No to poczekałem półtorej godziny, ale myślę sobie: O co chodzi? Jakie zebrać! W końcu doszedłem do wniosku, że chodziło o danie w łapę. Mówię:
– Panowie! Ja tu nie przyszedłem po wasze pozwolenie, tylko żebyście mi certyfikat wydali!
– No, ale na jakiej podstawie?
Pokazałem im ten kwitek od Kwaśniewskiego, że jest zgoda ministerstwa na wyjazd, to im szczęki poopadały.

– To jak ten kwitek był załatwiany z prezydentem Kwaśniewskim, to pewnie za flaszkę!
– Ja się dopiero teraz, po trzydziestu latach dowiedziałem, że lubił wypić! A ten dokument to inny człowiek załatwiał. Ja pana prezydenta nie widziałem ani z kieliszkiem, ani nawet bez. Nie wiem, co dostał od tego człowieka, który to załatwił, ale mnie to kosztowało więcej niż flaszkę, bo jak przyjechał do Finlandii, to musiałem mu wszystko zagwarantować.

– Do dziwnej sytuacji doszło po powrocie do Olimpii Poznań. Trener Grzegorz Lato namawiał pana do opuszczenia klubu i spróbowania sił w Niemczech.
– To było tak: Grzesiu był pewny, że wejdziemy do I ligi, bo kadrę mieliśmy silną. Okoński, Bąk, Szymkowiak. Zawsze wiedziałem, że Mirek Szymkowiak daleko zajdzie. On taki grzeczny był, torbę mi nosił. Ale co do Grzesia – mówi:
– Marek, pomóż nam zrobić awans i jak masz ofertę, to jedź za granicę.
A ja ciągle miałem certyfikat w garści. Trzymałem go odkąd dostałem dzięki podpisowi Kwaśniewskiego, aż do rozpadu Fremu Kopenhaga. W Olimpii tak byliśmy dogadani, że miałem certyfikat w domu, a nie w klubie.

– I wyjechał pan do Niemiec?
– Tak. Miałem iść do Waldhof Mannheim, ale byłem dla nich za stary, bo skończyłem już 31 lat. Wylądowałem w Eintrachcie Trier. Potem kupił mnie Union Berlin. Tam grali tacy jak Siergiej Barbarez. W każdym razie zrobiliśmy awans, ale klub nie dostał licencji, bo były jakieś dziwne machlojki. I do Unionu Berlin zgłosił się Waldhof Mannheim. Niech pan sobie wyobrazi, mając 31 lat byłem dla nich za stary, a mając 33 już nie!

– W Niemczech była kolejna piękna przygoda.
– Z IV-ligowym Eintrachtem Trier doszliśmy do półfinału Pucharu Niemiec. Po drodze pokonaliśmy Schalke, które wygrywało w Pucharze Europy i Borussię Dortmund, która wygrała Ligę Mistrzów. Dopiero w półfinale odpadliśmy z Duisburgiem. Notabene Tomek Hajto siedział w tym meczu na ławce, tośmy sobie po spotkaniu trochę pogadali. W meczu było 1:1, a w karnych 10:11! Doszło do tego, że bramkarze musieli strzelać. Nasz nie strzelił, a jak by strzelił, to kolejne chyba prezesi musieliby wykorzystać! Niestety, nie udało się, a zagralibyśmy w europejskich pucharach. Tak wystąpił w nich Duisburg i przegrał 0:5 z belgijskim Genkiem. Po tym meczu trener Duisburga, Friedhelm Funkel, powiedział:
–Trier by się tak nie upokorzył, jak wy się upokorzyliście!
Wszyscy myśleli, co to ten Trier! IV-ligowa drużyna, a myśmy mieli mocną pakę. W składzie był Jasio Jałocha, trzydziestoparokrotny reprezentant Polski. Mieliśmy Antala Weiszenbachera. To takie niemieckie nazwisko, ale on był Rumunem. Przyszedł ze Steauy Bukareszt, grał w tym pamiętnym meczu, w którym Steaua pokonała Barcelonę w finale Champions League. Był też w składzie Robby Langers, nazywany luksemburskim Beckenbauerem. Także mieliśmy trzon doświadczonych. Do tego było paru młodych do biegania.

– O czym rozmawiał pan z Tomaszem Hajto?
A podszedł do mnie, przywitał się, to go pytam dlaczego nie gra:
– A, bo tam kogoś ściągnęli – a zaraz dodał: – Wy to wygracie, bo nasz bramkarz nigdy karnego nie obronił.
Miał rację. Nic nie złapał! Doszło do tego, że bramkarze strzelali. Ich strzelił. Ledwo, bo ledwo, ale strzelił. A nasz chciał z fanfarami! Z prostego podbicia, z czuba, jak to się mówi! I nawet nie trafił w bramkę. A tak byśmy weszli do finału, gdzie czekał Bayern Monachium. Franz Beckenbauer zapytany na kogo chciałby trafić, odpowiedział, że na pewno nie na Trier. A Bayern już był mistrzem, więc nawet jakbyśmy przegrali, to gralibyśmy w europejskich pucharach. Drużyna z IV ligi! Taka historia. Pytam naszego bramkarza, Daniela Ischdonata:
– Czego pasówką nie strzelałeś!?
– A, bo chciałem mocno…
Następnego dnia po roztrenowaniu podchodzi do mnie i mówi:
– Chodź Marek, pokażę ci, jak chciałem strzelić.
Strzelił pięknie w okienko! Ale teraz to mógł sobie strzelać.

(fot. Archiwum prywatne Marka Czakona)

– Źródła są rozbieżne. Jedne podają, że kończył pan karierę w SV Pölich/Schleich w 2007 roku, inne, że w luksemburskim US Hostert w 2003. Jak było naprawdę?
– Grałem, dopóki mi zdrowie pozwalało. W Pölich też grałem. To była wioska. Liga niska, ale grałem. Jak wróciłem do Opola, to chciał mnie Kotosz Mały. Byłem na treningu. Powiedzieli mi:
– O Jezu, jak fajnie, że z nami zagrasz, bo my mamy jeszcze cztery mecze i walczymy o utrzymanie.
I do czego doszło!? Nie udało się załatwić pozwolenia na grę. W Niemczech jak się kończy 40 lat, to można sobie iść do każdego klubu, do jakiego się chce, a w Polsce PZPN nie dał mi pozwolenia na grę! Certyfikatu na A czy tam B-klasę! Jaka to biurokracja u nas jest. Nic się przez tyle lat nie zmieniło. Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz!

– Dziś tylko mecze w telewizji, ale w Opolu odradza się Odra. Nie próbował pan się tam zakręcić?
– To jest skandal, jak oni traktują byłych. Mimo że wprowadziłem Odrę do II ligi, strzelając w 13 meczach 16 goli, to jestem w tym klubie niemile widziany. Tak pięknie dziękują byłym graczom, że ich na stadion nie wpuszczają. Przyjechali wszyscy starzy piłkarze Odry: Józek Klose (ojciec Mirka), Harańczyk, Młynarski, Wójciki, Henio Tkaczyk. Byli zaproszeni na spotkanie po latach, ale mnie nie chcieli wpuścić. Powiedzieli, że mnie nie ma na liście! Musiałem kupić sobie bilet. Wszyscy robili sobie zdjęcia na stadionie, a ja musiałem stać z biletem, bo mnie nie było wolno, bo nie byłem przez kogoś tam wybrany. Dopiero Młynarczyk i Wójciki wzięli mnie za szmaty i wciągnęli na trybunę główną.

– Zaciekawił mnie jeszcze ten Klose.
– Ostatni mecz w Elvesbergu grałem przeciwko Mirkowi Klosemu. On był wtedy w rezerwach Kaiserslautern i przyjechali do nas. W pierwszej połowie strzeliłem główką z trzynastu metrów na 1:0, a w drugiej połowie Mirek strzelił z 13 metrów głową na 1:1. Notabene jego ojciec, Józek, przyjeżdżał na każdy mecz Eintrachtu i chciał, żeby młody też grał w Trierze. Podchodzę do trenera i mówię:
– Weź go. Młody zdolny, ja odejdę, to będziesz miał napastnika jak ja. Skoczny, lewa noga, prawa.
To odpowiedział tylko, że napastników to my nie potrzebujemy, a proszę, jak się młody Klose rozwinął.

– To pan mu coś podpowiadał?
– No pewnie! On miał 18 lat, a ja się bardzo dobrze znałem z jego rodziną. Mówiłem, co ma robić, jak. Kiedy wyskoczyć, jak kopnąć. Ale przede wszystkim byliśmy przyjaciółmi. Grałem i z nim, i z jego ojcem.

***

– Wstrząsnął mnie pan tym, że zostałem oskarżony o sprzedanie meczu. Usiadłem, poszukałem i znalazłem artykuły na ten temat. Tam jest wszystko opisane, tak jak mówiłem. Myśmy za swoje pieniądze pojechali do Poznania i potem taksówkami wracali, bo przecież mieliśmy mecz w Mielcu. Wszyscy szefowie Olimpii, od kapitanów wzwyż powiedzieli, że jakiś sabotaż robimy, a my mówimy, że nie! Że po prostu nie chcemy dalej pracować z Kopą. Ja w tym meczu wszedłem dopiero pięć minut przed końcem dogrywki i strzeliłem decydującego karnego. Byłem wczoraj u mamy i mówię jej:
– Rozmawiałem z młodym dziennikarzem i mnie zapytał, czy ja meczu nie sprzedałem!
– A to chodzi pewnie o ten mecz, co ty w nim prawie nie grałeś!
Nawet chora mama wie, że wtedy ledwo co na boisko wszedłem. Opowiem panu coś jeszcze. Byliśmy w Wągrowcu na obozie razem z koszykarkami Lecha Poznań i lekkoatletami. Akurat miałem samochód, a trenerzy chcieli podjechać po zakupy. Jedziemy i pytają, kto jest moim trenerem, więc mówię: "Jerzy Kopa." Złapali się za głowy:
– Jerzy Kopa!? Myśmy mieli takiego na studiach, ale on się bardziej w kółku muzycznym udzielał!
Marek Czakon to był taki aparacik, więc co zrobił? Mieliśmy tablicę zamykaną, jak w szkole, na nich Kopa formacje rozrysowywał. Narysowałem tam linie jak do nut i klucz wiolinowy! I na tej pięciolinii zostało napisane: "skład pod batutą Jerzego Kopy. Tak daliśmy mu popalić…"

Krystian Juźwiak
Wywiad ukazał się w lutym tego roku na stronie 2x45.info. Publikacja za zgodą właściciela praw autorskich.

"Tajemnice sportu". Transfery spłacane z koszulek. Prawda czy mit?
Mistrzostwa Świata Dzieci z Domów Dziecka. Mecz o brąz: Polska – Hiszpania 2:0
Tomasz Kłos: poprzez piłkę można kształtować charaktery dzieci
PSG – Atletico Madryt (International Champions Cup): Adan taranuje Weaha i... gwizdek sędziego milczy
Kylian Mbappe jak Cristiano Ronaldo? Snajper PSG zmienił numer na koszulce

najpopularniejsze

Jerzy Engel w magazynie "4-4-2": nie byliśmy przygotowani do meczu

Jan Tomaszewski po meczu z Włochami: Brzęczek doprowadził do kompromitacji i śmiechu

Niesamowity karny w Rosji! Zdobył bramkę uderzeniem z... backflipa

Żewłakow: Lewandowski potrafi wytrzymać ogromny rygor profesjonalisty

Igrzyska Olimpijskie Młodzieży (Argentyna) – taekwondo