tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Magdalena Piekarska, medalistka MŚ i ME w szermierce: pokonałam nowotwór, więc nie mogę bać się rywalek

W 2017 roku zdobyła brązowy medal mistrzostw świata w turnieju drużynowym, a później po kilku latach przerwy stanęła na podium zawodów Pucharu Świata. Gdy wydawało się, że wraca do dobrej formy, otrzymała diagnozę – nowotwór krwi. Szpadzistka Magdalena Piekarska w rozmowie ze SPORT.TVP.PL opowiedziała o walce z chorobą i celach na przyszłość. – Dostałam od życia drugą szansę – przyznała.
Szpadzistka Magdalena Piekarska w ostatnich miesiącach walczyła z poważną chorobą (fot. PAP/Instagram)

Polska medalistka mistrzostw świata i Europy pokonała śmiertelną chorobę

Mateusz Górecki, SPORT.TVP.PL: – Można już odetchnąć z ulgą?
Magdalena Piekarska: – Tak, można. Pani doktor kazała mi myśleć i mówić, że jestem zdrowa.

– Na chorobę nie ma dobrego momentu, ale w tym przypadku przyszła w najmniej odpowiednim.
– Nigdy nie zadawałam sobie zbędnych pytań, ale była złość, że choroba pojawiła się w najgorszej chwili. Po kilku latach przerwy wróciłam na podium indywidualnych zawodów Pucharu Świata, znalazłam się w "16" w Grand Prix, na koniec roku wygrałam jeszcze Puchar Polski i po kilku słabszych sezonach byłam w dobrej formie. Wyszłam jednak z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Może potrzebowałam przerwy, na którą nigdy bym się nie zdecydowała? Albo to była jakaś kara, choć nie sądzę żebym aż tak bardzo w życiu nagrzeszyła. Myślałam raczej jak pozbyć się choroby i wrócić do treningów. Miałam odczucie, że czegoś nie dokończyłam i że muszę jeszcze zdobyć parę medali.

– Kiedy stwierdziłaś, że coś jest nie tak ze zdrowiem?
– Na początku roku. Poczułam, że coś mi przeszkadza w przełyku. Bardzo długo myślałam, że to popcorn, bo dwa tygodnie wcześniej byłam w kinie. Potem mnie to zaniepokoiło, więc postanowiłam zrobić szereg badań. O tym, że "coś się dzieje" dowiedziałam się po USG piersi. Później były badania krwi, które nie pokazały, że mam stan zapalny w organizmie. Dzisiaj wiem, że to nie zawsze jest potwierdzenie zmian. Później droga była już bardzo krótka i trafiałam na kolejne badania. Podczas tomografii klatki piersiowej dowiedziałam się, że to grasiczak lub chłoniak Hodgkina. Żeby ustalić który, należało zrobić biopsję. Nie było jednak trzeciej opcji i od początku wiedziałam, że mam nowotwór.

– Lawinę zdarzeń zapoczątkował więc tajemniczy ucisk w gardle?
– To był znak. Ja też nie wiem jak to możliwe, że nowotwór krwi powodował taki objaw. Różne osoby pewnie różnie to nazwą. Jestem wierząca, więc może to Bóg dał mi sygnał. Trudno to jednoznacznie określić. Po prostu miałam dużo szczęścia w nieszczęściu, że coś działo się w organizmie. Coś co niepokoiło mnie na tyle, że postanowiłam się tym zająć. Przecież mogłam to zbagatelizować, utrzymywać, że coś stoi mi w gardle i stwierdzić: "dobra, przejdzie samo". Jestem jednak przewrażliwiona jeśli chodzi o zdrowie. Nie mogę określić się mianem hipochondryczki i nie faszeruję się tabletkami przeciwbólowymi, ale słucham ciała. Reaguję kiedy widzę, że coś jest nie tak.

– Jaka była pierwsza myśl, kiedy usłyszałaś diagnozę?
– Od razu zaczęłam myśleć o bieżących sprawach, o odwołaniu zaplanowanego na początek roku remontu. Moja mama mówiła: "jesteś niepoważna. Czy ty się żegnasz ze światem?". Pierwsze minuty, może nawet cały dzień był taki, że płakałam, a pani doktor mnie uspokajała. Twierdziła, że to i tak jest niezła diagnoza i że trzeba poczekać do biopsji. To była moja "złota duszyczka", która bardzo mnie wspierała na początku. To bardzo ważne, żeby trafić na tak empatycznego lekarza. W tym pierwszym szpitalu przebywałam jednak krótko i nie można było zrobić tam dokładnych badań. Po biopsji, kiedy już wiedziałam na co jestem chora, i tak wszyscy powtarzali, że to najlepsze co mogłam wylosować z całego zestawu i należy to tylko wyleczyć. Po tych słowach zaczęłam też tak myśleć i podchodzić do choroby jak do kontuzji. Wiedziałam, że czeka mnie walka. Na początku myślałam, że będzie to walka o życie, ale później pomyślałam sobie, że ją wygram.

Po diagnozie od razu zaczęłam myśleć o bieżących sprawach, o odwołaniu zaplanowanego na początek roku remontu. Moja mama mówiła: "jesteś niepoważna. Czy ty się żegnasz ze światem?". O diagnozie

– W którymś momencie przychodzi pytanie "dlaczego"?
– Ja, mówiąc kolokwialnie, przyjęłam to na klatę. Oczywiście na początku, po pierwszej diagnozie, kiedy lekarze wiedzieli już, że to nowotwór, ale zastanawiali się jaki, byłam mocno przygnębiona. Płakałam i głowiłam się co z kredytem, mieszkaniem, psem i rodziną. Nachodziły mnie prozaiczne myśli, nie zastanawiałam się co ze mną. Skoro planowałam jak pozałatwiać sprawy na ziemi, to oznaczało, że się z nią żegnałam. Wynikało to z niewiedzy. Usłyszałam słowo "nowotwór" i kojarzyło mi się ono najgorzej jak mogło. W miarę upływu czasu i nowych informacji uświadamiałam sobie, że jest do wyleczenia. To tylko kwestia przejścia przez pewne etapy. Może to brzmi dziwnie, bo nie jest tak, że czułam głęboką radość z powodu choroby, ale z perspektywy czasu cieszę się, że trafiło na mnie, a nie na kogoś z rodziny. Ja byłam w stanie sobie poradzić.

– Czym dokładnie jest ziarnica?
– Ziarnica złośliwa, czyli inaczej chłoniak Hodgkina. To nowotwór krwi, a jego objawy są często bardzo podobne do przeziębienia. Ja ich nie miałam. Trenowałam nie mając świadomości, że coś jest ze mną nie tak. Po drodze był co prawda moment, kiedy opadłam z sił i nie miałam energii żeby poćwiczyć. Nie wiem czy miało to związek z chorobą, czy było to zwykłe przetrenowanie. U mnie jedynym objawem był ten ucisk w przełyku, ale on nie bardzo jest zgodny z diagnozą. Mój tata już w ubiegłym roku stwierdził, że wyglądam na chorą. Powiedziałam wtedy: "przestań, miałam dopiero badania wydolnościowe, krew jest w porządku. Absolutnie niemożliwe".

– Nowotwór krwi, a badania krwi nic nie wykazały…
– Myślę, że w późniejszym stadium wyszłoby w nich więcej, ale na początku czynniki ORB i CRP były dobre, nieznacznie zawyżone. Nie wiem jak to się dzieje, ale dobrze, że te wyniki były w normie, bo to oznacza, że choroba została wykryta bardzo szybko. Mimo, że jestem po trzydziestce, to jeszcze uchodzę za młodą. Od początku mówiono, że to mój atut i pokonam chorobę.

– Znając diagnozę obawiałaś się rozmowy z rodziną i koleżankami z kadry i tego jak zareagują na złe wieści?
– Nie bałam się tego. Jestem panikarą i już po USG piersi zadzwoniłam do mamy i narzeczonego, który nawet zwolnił się z pracy, żeby być przy mnie. Mama twierdziła, że dopóki nie zrobię wszystkich badań nie ma się czym przejmować. Zachowywała na początku zimną krew. Jeśli chodzi o środowisko szermiercze, to nie były to trudne rozmowy. Wiedziałam, że coś się dzieje, a szykował się wyjazd na zgrupowanie kadry i Puchar Świata do Stanów Zjednoczonych i na Kubę. Byłam więc zmuszona powiadomić, że nie lecę, żeby m.in. zrezygnować z biletów. Mając niewielką wiedzę nie powiedziałam jednak członkom kadry dlaczego rezygnuję z wyjazdu. Zdradziłam tylko, że mam problemy ze zdrowiem. Później, kiedy wiedziałam już więcej, poinformowałam zarówno Polski Związek Szermierczy, jak i trenera kadry oraz dziewczyny z drużyny. Wykazali się jednak ogromną empatią i okazali mi dużo wsparcia.

(fot. Instagram)

– Korciło, żeby zajrzeć do internetu i poszukać informacji na temat nowego "rywala"?
– Nie robiłam tego. Pierwsza pani doktor w szpitalu MSWiA powiedziała mi bardzo ważną rzecz. Zaleciła, żebym nie czytała informacji w Internecie, bo mogłabym tam znaleźć, że jutro umrę, będą jakieś komplikacje itd. Jestem raczej tą, która lubi sama się diagnozować . Do momentu kiedy myślałam, że mam jakiś problem z gardłem, szukałam informacji w sieci. Zgadzały mi się wszystkie objawy zapalenia przełyku, pewnie nawet te których nie było, ale wymyśliłam sobie, że je odczuwam. Informacji szukał mój tata. Przemycił mi zresztą , że jest to wyleczalna choroba, co wyczytał na jakimś poważanym forum. Ja natomiast chciałam opierać się tylko na fachowej wiedzy medycznej, którą przekazywano mi na kolejnych etapach leczenia. Był taki moment w trakcie chemioterapii, kiedy nie wytrzymałam i sprawdziłam objawy, gdyż bardzo dokuczał mi ból ręki. Ale nie wyczytałam, że umrę jutro…

– Chemioterapia to słowo, które budzi bardzo negatywne skojarzenia?
– Ktoś może sobie pomyśleć, że jestem nienormalna, ale… nie. Czytam teraz książkę o kobietach, które miały nowotwór piersi i niektóre piszą, że chemia była do zniesienia. Nie jestem więc jedyna. Moi najbliżsi wiedzą, że były trudne momenty, ale pani doktor ciągle powtarzała, że z każdym kolejnym razem będzie gorzej. U mnie było wręcz odwrotnie, wydaje mi się, że organizm przyzwyczajał się do leczenia. Na początku bywało tak, że byłam słaba po kuracji. Pod koniec leczenia wymiotowałam, ale były to pojedyncze sytuacje. Miałam też bóle neuropatyczne, ale one po kilku dniach zniknęły. Nic mi wtedy nie pomagało i nie spałam przez trzy noce. Nie chciałam brać leków przeciwbólowych, żeby nie obciążać żołądka, ale teraz wiem, że to było głupie myślenie. I tak pojechałam po proszki, ale jak tylko już je miałam, to bóle przestały mnie męczyć. Wiem, że po fakcie łatwo jest powiedzieć, że było do zniesienia, ale naprawdę nie mam na co narzekać. Przez całą chemioterapię miałam ogromny apetyt, może ze dwa razy coś sobie odpuściłam, ale przytyłam siedem kilogramów. Normalnie pewnie bym się załamała, ale wiedziałam, że skoro nie chudnę, to leczenie działa. Co chemię czekałam na ten gorszy moment i… nie doczekałam się go. Miałam co prawda wiedzę, że pacjenci dobrze znoszą ten zestaw medykamentów, ale każdy organizm reaguje inaczej, więc trudno było wyrokować. Jako sportowiec nie obawiałam się bólu i pewnie to pomogło mi w trakcie leczenia.

– Znalazłaś kogoś, kto też zmagał się z nowotworem?
– Facebook i Instagram są obecnie tak ogromnym nośnikiem wszelkiego rodzaju zbiórek, że część z nich śledziłam. Trafiłam nawet na akcję pomocy chorej właśnie na ziarnicę i miałam wtedy gorszy dzień. Teraz już nie wchodzę na te zbiórki mimo, że kiedyś chwytało mnie to za serce i starałam się na swój sposób pomóc. Nie chcę czytać, że ktoś walczył z tą samą chorobą i się nie udało. Trzymam się myśli, że jej wyleczalność to 90 procent. Staram się odganiać wszystkie złe myśli, bo przejmuję się zbyt wieloma rzeczami.

Co chemię czekałam na ten gorszy moment i… nie doczekałam się go. Przez cały czas leczenia miałam ogromny apetyt, może ze dwa razy coś sobie odpuściłam, ale przytyłam siedem kilogramów. Normalnie pewnie bym się tym załamała. O chemioterapii

– Choroby sportowców zawsze budzą dodatkowe emocje, bo uważa się, że jesteście "supermocni" i niezniszczalni. Tobie też się tak wydawało?
– Trochę tak, ale przez to, że jestem panikarą jeśli chodzi o zdrowie, to jeśli tylko widziałam gorsze wyniki badań to pytałam, czy aby na pewno wszystko jest dobrze. Były myśli, że mam w rodzinie kilka przypadków nowotworów i jest pewne obciążenie genetyczne. Może trochę sobie to wykrakałam, zastanawiając się, czy przyjdzie i do mnie. Nie mam jednak takiego przeświadczenia, że jestem nie do zdarcia i skoro uprawiam sport, to żadna choroba mnie nie dotknie. Przeżyłam już masę kontuzji, łącznie z operacją kolana i wiem, że nie jestem niezniszczalna. Nie chcę tworzyć mitu sportowca – herosa, czy nadczłowieka, bo mam takie same problemy jak inni. Począwszy od tego, że pada deszcz i nie chce mi się wstać, po to, że zrobiłam badania i jestem chora. Jestem pod stałym monitoringiem i wielu się dziwiło, bo przecież trenuję, zdrowo się odżywiam. Jak widać choroba nie wybiera.

– Czy było tak, że najbliżsi bardziej przeżywali chorobę niż ty?
– Chyba faktycznie bardziej myślałam o najbliższych. Przyznam jednak, że choroba uczy zdrowego egoizmu. Zawsze stawiałam dobro innych nad własne. Był nawet taki moment w karierze, że ważniejsze były dla mnie sukcesy drużynowe, niż indywidualne. Choroba nauczyła mnie egoizmu. Przyszedł czas kiedy zaczęłam myśleć o sobie. O tym, że muszę jechać do lekarza, że mogę pozwolić sobie na chwilę słabości i siłą rzeczy wszystko zaczęło się kręcić wokół mnie. Nie wykorzystywałam tego, brałam tyle ile potrzebowałam. Teraz staram się zwrócić dobro, które dostałam.

– Dla rodziców to nie był pewnie łatwy czas.
– Z chorującą choruje też jej otoczenie. W trakcie leczenia najbliżej mnie byli rodzice i narzeczony. Siostra z doskoku, bo jest zapracowana, ale też interesowała się moim losem. Na co dzień widziałam, jak bardzo mama była załamana. Zarzucała sobie, że to jej wina, bo przekazała mi takie, a nie inne geny. To kompletna bzdura, bo przecież to nie jej wina i nikt nie miał na to wpływu. To jest serce matki i gdyby mogła, to by się ze mną zamieniła. Jakbym miała dzieci, to pewnie zareagowałabym dokładnie tak samo, bo patrzenie na chorobę dziecka jest chyba najgorszym doświadczeniem. Było mi jej bardzo szkoda. Mama, podobnie jak ja, jest bardzo twarda, ale też wrażliwa. Widziałam jak się boi i martwi. Z jednej strony wiedziała, że to jest do wyleczenia, ale mamy świadomość, że piętno choroby będzie z nami przez kolejne lata. Tata? Jak to facet, dźwignął, wyczytał na forum i wiedział, że będzie dobrze.

– A narzeczony?
– On też jest twardzielem, ale nie miał łatwego życia ze mną. Chociaż szczerze mówiąc nie musiałam zachorować, żeby było mu ciężko. Jestem uparta, on też, więc są pewne zgrzyty. Jesteśmy jak włoskie małżeństwo – łatwo się drażnimy, ale też szybko godzimy. Paweł bardzo przeżył moją chorobę, a przebywał ze mną na co dzień. Musiał na mnie patrzeć, a to przecież nie był dobry widok. Jesteśmy razem już siedem lat, więc wie jak wyglądam bez makijażu i w gorszej formie, ale to było coś innego.

Magdalena Piekarska w 2012 roku wystąpiła podczas igrzysk w Londynie (fot. Getty)

– Takie doświadczenie cementuje związek?
– Myślę, że tylko z psem trudniej byłoby przejść przez chorobę. Złożyło się tak, że Paweł dużo pracował w domu, więc najtrudniejsze momenty przeżywał ze mną. Jestem mu dozgonnie wdzięczna, że nie zostawił mnie łysej. Żartuję oczywiście, bo wiem, że by tego nie zrobił. Włosy to oczywiście atrybut kobiecości, ale nie determinują związku. Gdyby mnie zostawił to znaczyłoby, że bardzo pomyliłam się przy wyborze. Wydaje mi się, że bardzo zmieniłam się przez tę chorobę. Nie tylko zabrała mi miesiące treningów i startów, ale też dużo dała. Przestałam przejmować się błahostkami dnia codziennego. Nie suszę już Pawłowi głowy o wszystko, a zaczynam doceniać, że mnie wspiera. Wykazał się niesamowitą odpowiedzialnością, że był i jest ze mną. Po chorobie jest między nami dwa razy lepiej niż było.

– Choroba sprawiła, że podjęłaś ważną decyzję.
– Zmusiła nas do tego, żeby na poważnie zabrać się za organizowanie ślubu. Myśleliśmy o nim wcześniej, ale nie był na papierze. Mieliśmy zająć się tym na początku roku, ale to wszystko było tylko w planach. Choroba pokazała, że z pewnymi rzeczami nie ma na co czekać. O ile staram się nie planować za dużo, to akurat musiałam zaplanować, żeby mieć gdzie zrobić wesele. Po kilku latach związku jest "albo w lewo, albo w prawo". Mamy już swoje lata, jesteśmy siedem lat razem i wiedzieliśmy, że chcemy tego ślubu. Nie mamy jeszcze dzieci, bo w mojej głowie są igrzyska. Ziarnica po prostu przyspieszyła to, co było nieuniknione.

– Postanowienie, aby nie mówić o chorobie wiązało się z tym, żeby nie wzbudzać litości?
– Nie chciałam, żeby ktoś przeżywał to wszystko ze mną. Ludzie często chcą pomóc, ale nie zawsze wiedzą jak. Czasami mogą nawet przypadkowo urazić, dostarczyć informacje, których nie chcesz słyszeć, np. o tym, że wyleczalność choroby jest taka, a nie inna. Nie chciałam dostawać negatywnych sygnałów, wysyłanych niepotrzebnie. Nie każdy ma wyczucie momentu. Jestem silna, ale też bardzo wrażliwa. Sport mnie ukształtował i nie potrzebowałam więcej wsparcia, poza tym które dostawałam od rodziców, siostry i narzeczonego.

– Kibice dociekali co się dzieje?
– Były pytania, ale zazwyczaj pojawiały się przy okazji startów w Pucharach Świata. Kto bardziej interesuje się szermierką ten wiedział, że brakuje mnie na zawodach. Ja dość szybko zaczęłam opowiadać w środowisku skąd wynika moja absencja. Stwierdziłam, że przecież nie mogę mieć kilkumiesięcznej grypy, albo co chwila zmieniać wersji wydarzeń. To byłoby bez sensu. I tak w tych środowiskach wieści szybko się rozchodzą, więc może dobrze się stało. Nawet jeśli nie ode mnie, to gdzieś z drugiej ręki ludzie dowiadywali się o tym, co się dzieje i nie dopytywali. Część z nich do dziś nie zadała pytania o chorobę. Nie miałam oporów, żeby mówić o nowotworze, bo przecież nie ma się czego wstydzić. Ja się o niego nie prosiłam.

Magdalena Piekarska z narzeczonym, Pawłem (fot. Instagram)

– Były dni, kiedy nie chciało ci się wstać z łóżka i zdjąć piżamy?
– Piżamy nie zdejmowałam permanentnie od chemii, ale tylko dlatego, że jestem leniwa. W chorowaniu najbardziej przeszkadzało mi to lenistwo lub jak mówi moja mama "wygodnictwo". Choć od ponad 20 lat jestem czynnym sportowcem, to charakterologicznie wdałam się w ojca i gdybym mogła, wjechałabym samochodem do sklepu, żeby zrobić zakupy. Nie lubię za długo chodzić i nadal nie cierpię biegać – w tej kwestii choroba nic nie zmieniła. Doceniam jednak to, że mam taką możliwość. Były oczywiście gorsze momenty i pozwalałam sobie na to, żeby nie wychodzić z łóżka. Miałam tak ustawioną chemię, że dostawałam ją w czwartek, więc przede mną był cały weekend. Z założenia był to czas wolny. Super, że mam psa bo zmuszał mnie do zerwania się i wyjścia na spacer.

– Czyli ten czas był trochę jak urlop.
– Miałam wyrzuty sumienia. Moja mama powtarzała mi jednak: "przez 20 lat byłaś w rygorze, chodziłaś na 2-3 treningi dziennie, żyłaś na walizkach, więc przyszedł czas żebyś sobie odpoczęła. Nadrób lektury, filmy, seriale, zrób porządek w szafkach…". W pewnym momencie stwierdziłam, że może to faktycznie czas na leżenie i odpoczynek. Jak już mówiłam jestem leniwa, ale świerzbią mnie ręce jak widzę, że coś jest brudne albo niepoukładane. Musiałam nauczyć się nic nie robić. Miałam w planach np. pojeździć konno, ale później stwierdziłam, że to zły pomysł. Przecież mogłam spaść z tego konia i się połamać. Starałam się na siebie uważać i trochę wkurzało mnie, że nie zrobiłam nic ambitnego. Teraz już ustawiłam sobie głowę tak, że to czas dla mnie i mam "leżeć i pachnieć". Mój trener często dopytywał, czy byłam już w SPA, bo podczas jednej z rozmów telefonicznych żartowałam, że mam umówione zabiegi kosmetyczne.

– Trener martwił się o twój stan?
– Pan Mariusz Kosman długo wypierał ze świadomości moją chorobę. On ma takie podejście, że przecież nie jestem z cukru i nic mi nie jest. Przez sześć lat chodziłam z chorym kolanem, bo nigdy nie było dobrej okazji, żeby je wyleczyć. Teraz było tak samo. Trener twierdził, że dopóki nie ma biopsji będziemy trenować. Później już ten etap minął, ale gdyby to od niego zależało, to pewnie już cztery miesiące temu wróciłabym do sali. Bardzo mi kibicował. Czekał kiedy wrócę i dodatkowo motywował.

– Na Instagramie ukrywałaś jeden z najbardziej widocznych objawów choroby, czyli krótkie włosy.
– Bardzo nie chciałam w trakcie choroby wypowiadać się na jej temat na forum publicznym. Skupiałam się na tym, aby przeżywać ją w gronie najbliższych. Uzależnienie od telefonu i portali społecznościowych brało jednak górę, ale starałam się ukrywać nową fryzurę. Nie dlatego, że się jej wstydzę lub wstydziłam, tylko nie chciałam żeby wyprzedziła moją historię. Wiedziałam, że prędzej czy później opowiem o tym co się stało, ale nie chciałam tego robić w trakcie leczenia. Wolałam zrobić to na swoich warunkach i nie udawać, że obcięłam włosy bo np. miałam taki kaprys. Dlatego stosowałam różne zabiegi i czasami "ucinałam" część głowy na zdjęciach. Jeśli ktoś śledził moje profile wiedział, że w pewnym momencie zniknęłam na miesiąc. Pewnie i tak były podejrzenia, że coś się dzieje.

W chorowaniu najbardziej przeszkadzało mi to lenistwo lub jak mówi moja mama "wygodnictwo". Mimo, iż od ponad 20 lat jestem czynnym sportowcem, to charakterologicznie wdałam się w ojca i gdybym mogła, wjechałabym samochodem do sklepu, żeby zrobić zakupy. O chorobie

– Pożegnanie z włosami było jedną z najtrudniejszych chwil?
– Wiedziałam, że zaczną wypadać, ale chyba nie umiałam się na to przygotować. Jak już przyszedł ten dzień to było mi bardzo smutno. Śmieję się, że żal musiał się ze mnie wylewać, bo Paweł pojechał kupić kwiaty, a nie robi tego często. Włosy obcięłam dopiero na koniec i w tym przypadku nie okazałam się twardzielką. Nie robiłam tego wcześniej ze względu na narzeczonego. On miał chyba większy problem, żeby się z nimi rozstać. Przed chorobą miałam dużo włosów, to na co dzień nie dostrzegałam ich utraty. Kiedy już zaczęły wypadać na dobre to nawet pani doktor dziwiła się, że jeszcze je mam. Są jednak przypadki kiedy chorym wypadają od razu i wtedy jest reakcja szokowa. Ja żegnałam się z nimi na raty, nie ubolewałam, oswajałam się z tym powoli. Nie wiedziałam tylko jak będę wyglądała w "jeżyku" i zastanawiałam się czy będę potrzebować peruki. Stwierdziłam, że nie wyglądam najgorzej, co potwierdzili znajomi, więc zarzuciłam pomysł. W zasadzie nie byłaby mi potrzebna na długo, a w domu i tak musiałam wietrzyć głowę. Później pojechałam na zgrupowanie klubowe, a tam jedna z nowych koleżanek miała podobną do mojej fryzurę, więc wyglądało to jakbym miała kaprys i wpisała się w nową modę. Do ślubu nie zdążą odrosnąć, ale najwyżej sobie doczepię.

– Konieczne było powiększenie kolekcji czapek?
– Nie, miałam jedną czapkę z daszkiem, w której chodziłam dość długo. Tak jak mówiłam wcześniej – nie wstydziłam się, ale moja fryzura nie nadawała się do pokazywania, bo dość długo nie obcięłam włosów. One dość mocno się niszczyły i nie wyglądały super. Był taki czas, kiedy chodziłam w turbanie. Mało czasu spędzałam jednak poza domem, a że było bardzo gorąco, bo moje leczenie przypadło na okres wakacji, to na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje kiedy wyszłam w nim z domu. Później zrezygnowałam z zakrywania głowy.

– Jaką rolę w leczeniu odegrał pies? Sporo go na twoim Instagramie.
– To jest golder retriever, czyli rasa pomocna w terapii. Z moją Akirą, na którą mówię też Szakira, gadam codziennie. Spędzamy sporo czasu razem, więc nie mówię do telewizora. Goldeny są inteligentne, ale ta moja to taki głuptasek i zastanawiam się, czy zorientowała się, że jestem chora. Podobno psy potrafią to wyczuć i zasygnalizować, ale Akira to sierotka, ostatnia z miotu. Dwa lata mieszkamy w nowym miejscu i dopiero po roku zorientowała się, że nie wracamy ze spaceru na dół tylko wchodzimy na górę. Już jako dziewczynka chciałam mieć dużego psa, żeby móc się do niego przytulać. Oczywiście nie jestem już mała, ale fajnie jest przytulić się do psiaka w gorszym momencie i popłakać mu do ucha.

– O chorobie poinformowałaś poprzez wpis na Facebooku. Zaskoczył cię odzew fanów?
– Spodziewałam się, że jakiś będzie, ale nie myślałam że aż tak duży. Wiedziałam, że pociągnie też za sobą propozycje rozmów i wywiadów. Byłam na to przygotowana, miałam wiele miesięcy na to, żeby zdecydować jak i kiedy o tym opowiedzieć. Nie myślałam, że będzie aż tyle pozytywnych komentarzy. Dostałam też dużo prywatnych wiadomości od osób, które nie wiedziały i były zaskoczone tymi informacjami. To bardzo miłe wiedzieć, że ci kibicują. Przyznam, że nie czytam komentarzy pod wywiadami, bo z doświadczenia wiem, że tam wylewa się to, co najgorsze. Zrobiłam sobie blokadę rodzicielską. Powoli zamykam rozdział o nazwie "nowotwór" i chcę iść do przodu.

Zawodniczka większość choroby spędziła w towarzystwie rodziny i... psa (fot. Instagram)

– W tym wpisie było też coś o zupie pomidorowej mamy.
– Jest wspaniała. Tak się złożyło, że pierwszy etap leczenia spędziłam w domu rodziców, więc mama trzymała mnie pod kloszem, ale dobrze się stało, bo wtedy szalała grypa i różne wirusy, a ja musiałam dbać o odporność. Czasami mówiłam, że przecież mogę już wyjść i zrobić coś sama. Ona znakomicie gotuje, ale zupa pomidorowa to jest to, na co czekam jak wracam np. po tygodniu w Chinach. Zawsze wtedy zamawiam to danie. Teraz też mama podrzuciła mi pomidory na zupę.

– Niektórzy izolują się od świata i w czasie choroby chcą być sami. Ty prowadziłaś normalne życie?
– Między chemioterapią i naświetlaniami miałam przerwę, wiec udało mi się zrobić dużo rzeczy. Zdążyłam nawet pojechać na zgrupowanie klubowe. Pani doktor pozwoliła mi już wtedy na powolne wchodzenie w sport. Uczestniczyłam też w życiu towarzyskim, byłam na ślubie Ewy Nelip (wicemistrzyni świata w szpadzie z 2017 roku – przyp. red), wcześniej na weselu w rodzinie. To nie jest tak, że leczenie wyklucza nas z życia. Na początku z własnej woli nie chciałam wychodzić, żeby nie narażać się na kontakt z zarazkami, ale później funkcjonowałam jak zdrowy człowiek. Chodziłam do sklepu, teatru albo kina jeśli tylko siły i chęci pozwalały.

– Kontakt z innymi i ich energią to chyba ważny element rekonwalescencji.
– Mam to szczęście, że otaczam się pozytywnymi osobami. Dziewczyny z kadry, jak Ewa czy Danka Dmowska regularnie mnie odwiedzały, a ja jeździłam do nich. Renata Knapik-Miazga nie mieszka w Warszawie, ale też starała się być ze mną w kontakcie. Wysyłała mi zdjęcia ze zgrupowań z pustym łóżkiem, rysując nad nim strzałkę z napisem "tu jest Twoje miejsce". To moja najbliższa przyjaciółka z szermierki i współlokatorka na obozach. Odliczała dni do mojego powrotu, nagrywała mi walki. Zarówno trener, jak i dziewczyny mnie motywowali, ciągle podsyłali jakieś plotki z szermierki. Dostałam masę dobrej energii. Odezwało się sporo osób, po których się tego nie spodziewałam. Chyba prawdą jest, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Nie odczułam może, żeby ktoś się ode mnie odwrócił, ale zdziwiły mnie pewne osoby, które unikały kontaktu. Rozumiem to, bo nie zawsze wiadomo jak zapytać i biorę na to poprawkę.

– Zainspirowałaś innych do walki z chorobą?
– Było kilka takich historii. Od razu pisałam tym osobom, że dlatego warto było wrzucić ten post, bo ktoś pójdzie na badania, podejmie walkę z chorobą, nie podda się. Świetnie jest być dla kogoś inspiracją. Ktoś napisał mi, że dwa lata temu dzięki mnie zaczął trenować szermierkę. To bardzo miłe wiadomości tym bardziej, że na co dzień nie spotykam się z dużym zainteresowaniem.

– Szybka diagnoza okazała się kluczowa. To najważniejszy morał tej historii?
– Chodzi o to, żeby bardzo szybko reagować. Życzyłabym sobie i wszystkim innym żeby nie czekali na sygnały organizmu tylko profilaktycznie się badali. Tym bardziej jeśli jest się obciążonym genetycznie. Ja takie obciążenia mam, więc staram się pilnować wszystkich terminów. W moim przypadku zadanie jest oczywiście ułatwione, bo jako sportowiec co pół roku robię podstawowe badania. O to wszystko chodziło w tej historii. Przecież nie o moje pięć minut sławy, bo szermierka nie wzbudza wielkiego zainteresowania. Ja też nie jestem, nie byłam i nigdy nie będę popularna. Ale ta "sława", którą mam teraz nie jest dla mnie. Już teraz dostaję sygnały od dziewczyn, że zapisały się na kontrole i bardzo mnie to cieszy. Celem mojego wpisu było, żeby chociaż jedna osoba to zrobiła, a takich wiadomości już trochę dostałam.

Chyba prawdą jest, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Nie odczułam może, żeby ktoś się ode mnie odwrócił, ale zdziwiły mnie pewne osoby, które unikały kontaktu. Rozumiem to, bo nie zawsze wiadomo jak zapytać i biorę na to poprawkę. O wsparciu bliskich

– Takie doświadczenie mocno zmienia?
– Nie stałam się nagle inną Magdą Piekarską. Choć pewnie nie wypada mi teraz narzekać na zakwasy, to pewnie przyjdzie taki dzień, że zacznę to robić. Mam się z czego cieszyć, mam dwie nogi, dwie ręce, mam co włożyć do garnka. Jest ze mną wspaniała rodzina i to trzeba doceniać. Czas, który mamy każdego dnia. W tym całym pędzie zapominamy, że co rano budzimy się zdrowi i bez żadnych problemów. To jest nasza wygrana. Parę lat temu latałam po świecie, ale moje lenistwo sprawiło, że nie zwiedzałam żadnego z miejsc. Z wiekiem zaczęłam to robić, a teraz wiem, że będę pełnymi garściami czerpać z życia. To nie znaczy, że odwiedzę 700 krajów, albo zrobię coś ekstremalnego. Cieszy mnie po prostu, że mogę rano usiąść i zjeść śniadanie. Nie stałam się bardziej uduchowiona, nie jestem "ekowariatką". Oczywiście przywiązuję większą wagę do etykiet i wyrzucam niektóre produkty z lodówki. Największa zmiana nazywa się "doceniaj to, co masz". Dostałam od życia drugą szansę. Choroba uwolniła też we mnie pokłady pozytywnej energii. Teraz cieszę się wieloma rzeczami. Złapałam się na tym, że przez trzy minuty wpatrywałam się w dzięcioła stukającego w drzewo. To śmieszne, małe rzeczy, ale zaczęłam je dostrzegać.

– Szermierka pomogła wygrać z chorobą?
– Z przodu głowy miałam wizję powrotu na planszę. Dwadzieścia lat trenowania przygotowało mnie do rywalizacji. Podeszłam więc do tego jak do walki albo kolejnej kontuzji. Chłoniak był moim przeciwnikiem, a całe leczenie porównałam do meczu szermierczego, bo trwało to dłużej niż jedna walka.

– Czujesz się teraz silniejsza?
– Mam wrażenie, że "co mnie nie zabije, to mnie wzmocni". Skoro wygrałam z nowotworem, to nie mogę bać się przeciwniczek na planszy i nie wypada z nimi przegrywać. To chyba da mi 200 punktów ekstra pewności siebie. Nie buty, ani pychy, ale przekonania, że mogę przenosić góry. Mam tyle energii i chęci do życia, że już dawno trening nie sprawiał mi takiej przyjemności.

– Rozbrat ze sportem był długi?
– Od startów tak, bo nie było mnie na planszy od stycznia. Bez treningów było 5 i pół miesiąca. Niedługo po chemioterapii wróciłam do szermierki, ale już wcześniej zaczęłam się ruszać, bo nie mogłam usiedzieć w domu. Dwa tygodnie po chemii powoli "wchodziłam" w trening z małą, trzytygodniową przerwą na naświetlania.

– Miło było ponownie wziąć szpadę do ręki?
– Brałam już ją wcześniej, po konsultacji z trenerem przygotowania ogólnego. Kazał mi się z nią zaprzyjaźniać. Pierwsza lekcja, kiedy miałam tę szpadę w dłoni, była rewelacyjna. To jest jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapomina. Nie czułam drastycznej różnicy w działaniu ręki, tak jakbym nigdy nie przestała trenować. Oczywiście trzeba będzie to jeszcze zgrać z pracą nóg, które jeszcze nie pracują w pełni. Jak zaczęłam trafiać w trenera, to pomyślałam, że wcale nie jest źle. Bałam się, że to będzie długa i trudna droga, ale chyba nie będzie najgorzej. Największym wyzwaniem jawi się powrót do dobrej kondycji. Po takiej przerwie przyjemnie było wrócić do sali treningowej, bo każdy witał mnie uśmiechem i chciał przybić "piątkę".

Magdalena Piekarska podczas mistrzostw Polski w 2014 roku (fot. PAP)

– Na czym obecnie polegają treningi?
– To jest metoda małych kroczków. Na razie się nie spieszę, koncentruję na tym, żeby się nie połamać. Robię lekcje szermiercze i trening ogólnorozwojowy, który mnie wzmacnia i "obudowuje" mięśniami. Wszystko po to, żebym mogła wejść do kolejnych etapów. Trenuję codziennie poza niedzielami. Delikatnie, ale regularnie i systematycznie. Trener mówi, że już się należałam. Był taki moment, kiedy stwierdziłam, że może zaczniemy dzień później, ale on powiedział "Pieksa, chcę cię widzieć jutro w sali, a nie za dwa dni. Koniec wymówek". Dobrze, że mam takiego tytana pracy, który neguje moje lenistwo.

– Powrót do optymalnej dyspozycji wymaga sporych pokładów cierpliwości.
– Ja ciągle muszę się jej uczyć. Myślę, że bardziej potrzebna jest mi teraz, bo leczenie miałam dokładnie rozplanowane i byłam świadoma kiedy się skończy. Nie parłam mocno do przodu, bo wiedziałam, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, a nie chciałam wydłużyć leczenia przez infekcję. Muszę się pilnować, żeby nie przyspieszać, nie nakręcać się i nie zakładać, że wystartuję w danym turnieju. Wiem, że nie mogę się rozpędzić, bo ciało po chemioterapii jest słabsze. Organizm po takim leczeniu oczyszcza się przez około pół roku. Ja jestem w połowie. Cierpliwość jest też potrzebna trenerowi, który patrzy na mnie i mówi: "świetnie wyglądasz, pięknie robisz lekcje". On pewnie chciałby pójść już krok dalej, ale nie możemy go jeszcze zrobić i trudno powiedzieć, kiedy będziemy mogli. Błądzimy trochę we mgle. Na razie muszę słuchać ciała.

– Tegoroczne mistrzostwa świata i Europy oglądałaś jako widz. Już dawno nie było takiej sytuacji w karierze.
– Jak dziewczyny leciały na ME to pojechałam na lotnisko, żeby dać im kopniaka na szczęście. Pamiętam, że kiedy zdobywały srebrny medal, to siedziałam akurat na chemioterapii zapłakana z radości, ale i ze smutku, że mnie tam nie było. Po wielu miesiącach bez startów zakończyłam sezon jako trzecia zawodniczka listy krajowej, więc powinnam znaleźć się w składzie. Oczywiście podczas MŚ wszyscy liczyli na więcej niż siódme miejsce i było mi dziewczyn bardzo szkoda. Oczywiście można teraz gdybać, czy gdybym była w składzie, to wynik byłby lepszy. Nawet cieszę się, że tak się stało, bo mamy co poprawiać. Za chwilę zaczniemy turnieje, które liczyć będą się w kwalifikacjach olimpijskich.

Na początek kwalifikacji do igrzysk chciałabym być "torpedą", ale pewnych rzeczy nie przyspieszę. Wierzę, że cel w postaci awansu do Tokio jest do osiągnięcia. O igrzyskach

– No właśnie. Zbieranie punktów zacznie się już w kwietniu. Będziesz gotowa, żeby pomóc zespołowi?
– Na początek kwalifikacji do igrzysk chciałabym być "torpedą", ale pewnych rzeczy nie przyspieszę. Wierzę, że awans do Tokio jest do osiągnięcia. Mam nadzieję, że każdy dzień będzie mnie do niego przybliżał. Życie mnie jednak nauczyło, żeby niczego nie planować. Jak kupiłam sobie bilety na wakacje w sierpniu do Tajlandii, to okazało się, że nie mogę polecieć, bo mam obniżoną odporność. Na razie mogę zdradzić, że będę na Pucharze Świata w Tallinie (9-11.11 – przyp. red.). Oczywiście nie w charakterze startującej, ale dla swojego spokoju. Chcę poobserwować przeciwniczki, choć robiłam to też w trakcie choroby i uczyłam się teorii. Poza tym spodziewam się dużego zainteresowania, zamierzam porozmawiać z dziewczynami z innych krajów, które wspierały mnie w chorobie. Lepiej zrobić to teraz, kiedy jeszcze nie walczę, żeby później móc skupić się na zawodach. Będę też wspierać dziewczyny , bo ciągle czuję się piątą zawodniczką. Jestem doświadczona, starsza od Basi Rutz i Oli Zamachowskiej o około 9 lat, więc myślę, że moje rady mogą się przydać. Cieszę się, bo dawno nie było mnie na turniejach.

– Nie boisz się, że po takim czasie trudno będzie z powrotem wejść do pierwszego składu?
– Nie mam obaw, ale nie chcę mówić, że kogoś wygryzę. Myślę, że wszyscy mają świadomość, że gdybym mogła jechać na MŚ i ME to jednej z dziewczyn nie byłoby w składzie. Przez cały czas byłam ważnym ogniwem zespołu. Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, ale myślę, że jestem ciągle potrzebna. Oczywiście, jeśli okaże się, że słabo mi idzie, trzeba będzie to zweryfikować. Dzięki trenerom i związkowi wiedziałam w czasie choroby, że mam do czego wracać i nie jest tak, że muszę udowadniać bóg wie co. Jest dla mnie miejsce w kadrze i mam się skupić na trenowaniu. Resztę będę miała zagwarantowaną. To ogromny komfort i jestem za to wdzięczna.

– Igrzyska w Tokio już za dwa lata.
– To moje marzenie i cel. Chcę pojechać tam razem z dziewczynami. Byłam już na igrzyskach sama, przetarłam się i było mi smutno. Dajemy sobie nawzajem mnóstwo wsparcia i jest to bardzo cenne. Oprócz wytrenowania i umiejętności trzeba szukać dodatkowych czynników, jak chociażby zaufanie do koleżanek. Trener kadry pozbierał nas po słabszych latach i to wreszcie zaczęło wyglądać dobrze. Wiem, że każda z nas chce się znaleźć w drużynie, ale przed nami dwa lata walki i trzeba udowodnić swoją przynależność, bo za zasługi nikt do niej nie wejdzie.

– Zespół jest pewniakiem do wyjazdu na igrzyska?
– Byłabym zdziwiona gdybyśmy nie pojechały. Historia pokazuje jednak, że przed igrzyskami w Londynie byłyśmy najlepsze na świecie, a w turnieju olimpijskim walczyłam tylko ja. Teraz sytuacja jest inna, bo w porównaniu z czasem przed Londynem później zaczęłyśmy osiągać dobre wyniki. Uważam, że to świetny prognostyk. Potrzebujemy jednak szczęścia, bo szermierka to niewymierny sport i drobny czynnik często decyduje o wygranej.

Polskie szpadzistki w 2017 roku zdobyły brązowy medal mistrzostw świata (fot. Instagram)

– Szczęścia zabrakło w 2012 roku, kiedy na igrzyska jechałaś jako kandydatka do medalu, a odpadłaś w pierwszej walce.
– Przegrałam wtedy jednym trafieniem ze Szwajcarką. To oczywiście najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć, bo wiedziałam, że mam wygraną na czubku szpady. Wtedy wydawało mi się, że nie stresowałam się, ale takie przeżycie jest raz na cztery lata. W debiucie ten czynnik pewnie trochę mi zaszkodził. Teraz jestem bogatsza o sześć kolejnych lat, dojrzalsza, a doświadczenie w tym sporcie odgrywa dużą rolę. Poznałam wioskę olimpijską, zainteresowanie mediów, więc teraz powinno być mi znacznie łatwiej. To jeden z moich największych sukcesów, bo byłam drugą polską szpadzistką w historii, która pojechała na IO. Nie jest łatwo na te zawody się zakwalifikować, nie wystarczy zrobić minimum, nie jeździ nas setka. Uważam, że te kwalifikacje są bardzo niesprawiedliwe. Paradoksalnie igrzyska są łatwiejsze od zawodów PŚ, gdzie w roku kwalifikacji olimpijskich startuje nawet 250 zawodniczek. W turnieju olimpijskim są tylko 32, a ze względu na zasady kwalifikacji to nie wszystkie z nich są w światowej elicie.

– Teraz i tak jest więcej normalności, bo po raz pierwszy od 2008 roku rozegrane zostaną turnieje drużynowe we wszystkich broniach.
– Gdybyśmy zostali przy starych zasadach, to szpady kobiet drużynowo nie byłoby na igrzyskach w Tokio. Od początku uważałam, że jeśli np. w pływaniu mamy różne konkurencje, różne dystanse i różne style, to dlaczego w szermierce nie może być podobnie? Wiem, że nie jest to tak popularny sport, ale nie chcę być karana za to, że w innej dyscyplinie rozdano więcej kompletów medali. Pomijam fakt, że do programu IO wchodzą nowe konkurencje kosztem szermierki, która na igrzyskach jest od początku. Bardzo długo byliśmy pokrzywdzeni, więc bardzo się cieszę, że doszło do zmian. Inaczej musiałybyśmy koncentrować się na indywidualnej kwalifikacji, a trudno jest ją zdobyć. Ja byłam przykładem, że mogłam nie pojechać do Londynu. Zajmowałam ósme miejsce na liście światowej, ale byłam trzecią z Europejek. Na ostatnim turnieju Ukrainki zakwalifikowały się w drużynie i zwolniły miejsce dla mnie. Dlatego uważam, że ten system jest chory. Później życzliwi stwierdzili, że pojechałam tylko dzięki Ukrainkom…

– … a do tego przegrałam pierwszą walkę, więc po co tam jechałam…
– Oczywiście! Lawina komentarzy zeszła. Uwielbiam to stwierdzenie, że jeździmy na wakacje. To sformułowania smutnych, którzy siedzą przed ekranem komputera i łatwo jest im komentować. Nie widzą ile poświęcamy czasu, pieniędzy, bo przecież szermierka to nie jest popularny sport. Szermierzy na igrzyskach startuje tylko garstka wyłoniona w piekielnie trudnych kwalifikacjach, a ja i tak słyszałam, że pojechałam na wakacje. Nauczyłam się już sobie z tym radzić. Kiedyś te komentarze mnie poruszały, a teraz ich nie czytam i chyba jestem zdrowsza.

Uwielbiam to stwierdzenie, że jeździmy na wakacje. To sformułowania smutnych ludzi, którzy siedzą przed ekranem komputera i łatwo jest im komentować. Nie widzą ile poświęcamy czasu i pieniędzy. O krytyce

– To trochę przewrotne, że teraz mówi się o szansach na medal, a dwa lata temu w Rio de Janeiro nie było żadnej z was.
– Najbliżej wyjazdu była Renata Knapik-Miazga, która w kwalifikacjach przegrała z tą samą Szwajcarką, która pokonała mnie w Londynie. I też jednym trafieniem. Renia zrobiła wszystko co mogła, ale zabrakło trochę szczęścia. Europa to w szpadzie najmocniejszy kontynent, więc ten turniej kwalifikacyjny, zwany potocznie "dobijakiem", jest niesamowicie trudny. Uważam, że 32 najlepsze w rankingu powinny jechać na IO, bo po to walczymy o punkty w okresie kwalifikacyjnym i pracujemy przez lata, żeby wystartowali najlepsi, a nie zawodnicy z miejsc, gdzie szpada jest na słabszym poziomie. Nie można wtedy mówić o równych szansach w rywalizacji. W tej broni dodatkowo trudno przewidzieć, co się wydarzy. Podczas zawodów czasami bawimy się w takie prognozy i bardzo często nie trafiamy. W przeciwieństwie do szabli i floretu kandydatek do podium jest mnóstwo i każdy może wygrać. Ostatnio mistrzyniami świata w drużynie zostały Amerykanki, czego w życiu bym się nie spodziewała. Wygrywają determinacją i wiarą, nawet jeśli technicznie są trochę słabsze. Myślę, że w sporcie głowa to 90 procent sukcesu.

– Co z turniejem indywidualnym. Którąś z was stać na medal?
– Każdą z nas, bo w szpadzie każdy może wygrać. Nie będę dmuchać balonika, albo opowiadać niestworzone historie, bo to są wyłącznie moje marzenia i cele na Tokio. Myślę, że każdy jadąc na igrzyska chce walczyć o medal. O wiele łatwiej będzie o niego w drużynie, tak samo jak o kwalifikację. Przewrotność szermierki jest jednak ogromna i mogę jedynie obiecać, że zrobimy wszystko by stanąć na podium. Będziemy walczyć do ostatniej kropli potu. Ja już przerobiłam startowanie z naderwanym mięśniem i zdobyłyśmy wtedy wicemistrzostwo świata, więc da się. Jak to mówi trener: skoro raz pojechałaś na igrzyska, to znaczy, że umiesz się na nie zakwalifikować. Dokładnie to samo dotyczy medali.

– Czas do igrzysk wypełniać będą kontrole stanu zdrowia. Obawiasz się ich?
– Teraz nie, ale pewnie stres będzie mi towarzyszył przed kontrolą. Na razie będą one częste, co około trzy miesiące. Później ten czas się wydłuży. Mówi się o pięciu newralgicznych latach, ale w przypadku ziarnicy kluczowe są pierwsze dwa. Jakieś obawy na pewno będą, ale staram się żyć w przekonaniu, że jestem zdrowa i pożegnałam się z chorobą raz na zawsze. Myślę, że te kontrole to będzie tylko formalność. Do końca roku mam spokój, nadchodzą święta i cieszę się tym czasem. Chcę jeszcze podsumować naszą rozmowę.

– Słucham.
– Chcę żeby ludzie chodzili na badania i kontrole. Nie czekajmy na sygnały organizmu tylko badajmy się regularnie. Ja jestem zmuszona, ale mnóstwo osób tego nie robi, bo boją się usłyszeć diagnozę, albo przez karierę i pracę nie mają czasu. Z chorobą da się wygrać, ale trzeba mieć w sobie wiarę oraz nadzieję i badać się. Profilaktyka, profilaktyka, profilaktyka…

(fot. Instagram)

najpopularniejsze

"Okiem redakcji". Spore zamieszanie wokół Infantino

Błaszczykowski pociągany za uszy? "Wiem, jaką ma wartość"

NHL: Buffalo Sabres – Ottawa Senators (skrót meczu)

"All Access". Przygotowania Mariusza Wacha przed KBN5

Orły sportu (odc. 6) – Marcin Gortat