tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Trzy listy i rozmowa. Pięć lat od ostatniego zwycięstwa Morgensterna

Dwa razy upadał i dwa razy się podnosił. W końcu widok uroczej córeczki kazał mu rzucić narty i nie ryzykować życia. Pięć lat temu Thomas Morgenstern wygrał ostatni konkurs Pucharu Świata, następnego dnia upadł. Kilka miesięcy później zakończył karierę.
Thomas Morgenstern (fot. Getty)

Trener Niemców krzyczał: bez telemarku! Polskie wspomnienia z Engelbergu

Jest grudzień 2013 roku. W drugim konkursie w Lillehammer było już lepiej. Prawie tak dobrze jak w Kuusamo, gdzie Austriak zajął trzecie miejsce. Treningowe skoki w Titisee-Neustadt niezłe, kwalifikacje opuścił, szykując siły na zawody. W pierwszej serii zbliżył się do rekordu obiektu – 143,5 metra. 139 w drugiej wystarczyło, żeby pokonać Kamila Stocha. Na zwycięstwo czekał prawie dwa lata. Nie wiedział, że ostatnie na skoczni. Były jeszcze dwa, w innym miejscu. Wokół biało jak na zeskoku, ale o autograf proszą tu kibice w białych kitlach, jeśli podają zdjęcia, to rentgenowskie, a zamiast wyciągu słychać turkot kółek wózków inwalidzkich.

Upadek Morgensterna w Bad Mitterndorf (fot. PAP/EPA) 141 i 80, jedno i to samo

Równo pięć lat temu, 15 grudnia 2013 roku w niedzielę, skoczków przywitało pochmurne niebo. Morgenstern ruszał jako trzeci od końca. Pomknął na rozbiegu, rozpędzając się do 93,3 kilometrów na godzinę. Narty zrównały się z zeskokiem za jedną z ostatnich linii, zmierzono potem 141 metrów. I wtedy lewą odciągnęło, a on runął. Wstał na chwilę, opadł ściągnięty bólem, trafił do szpitala. Podniósł się szybko, wrócił za dwa tygodnie i w Turnieju Czterech Skoczni do ostatniej, wtedy siódmej próby bił się o wygraną z imiennikiem Diethartem.

Po Bischofshofen Diethart dostał wolne, Morgenstern miał startować w Tauplitz/Bad Mitterndorf na skoczni mamuciej. Zaczęli treningi. Dystans "80 metrów" wyświetlony na aktualizowanej w internecie liście wyników niepokoił. Jeszcze bardziej niepokoiły pierwsze informacje: upadek, dużo cięższy niż ten w Titisee-Neustadt. Wieczorem wieści ze szpitala: stan krytyczny, obrażenia czaszki, płuc. Za miesiąc igrzyska w Soczi.

Pierwszy skok po wypadku na Kulm Morgenstern oddał 31 stycznia na normalnej skoczni w Oberstdorfie. Wysłał światu wiadomość: walczę.

Pierwsze zwycięstwo w PŚ. Na podium w Libercu wraz z Andreasem Widhoelzlem i Jakubem Jandą (fot. PAP/EPA) Pierwszy list. Wynik jak wiek

W dzień kwalifikacji konkursu mistrzowskiego w Predazzo, 27 lutego 2003 roku, listonosz przyniósł mi, dzieciakowi z trzeciej klasy podstawówki, pocztę z Austrii. Koperta na odwrocie własnoręcznie podpisana. Nadawca złożył tu trzeci autograf. Dwa pozostałe zostawił na kartkach wsuniętych do środka. Jeszcze prostej konstrukcji, pozbawionych graficznych efektów. Zdjęcie z Turnieju Czterech Skoczni, z Oberstdorfu. W prawym górnym rogu portret wykonany gdzieś u podnóża skoczni, raczej w pośpiechu. W kasku, nadal czerwonym, nie srebrno-niebieskim, bez czerwonych byków Red Bulla. Kombinezon niebiesko-czerwony, z dwukolorowymi rękawami. Podobnych Austriacy używali w sezonie 2002/2003. Niektórym dały przewagę i wyniki, których nigdy potem, jak Florian Liegl, nie potwierdzili.

To było zdjęcie z jednego z dwóch pierwszych skoków Thomasa Morgensterna w Pucharze Świata. Pierwszego na 123 metry, który dawał mu czwarte miejsce na półmetku, albo drugiego, zepsutego na 110 metrów, po którym spadł na wciąż dobre dziewiąte. Mniejsza o to, po konkursie, w którym świat poznał się na dobre na talencie 16-latka z SV Villach. Wcześniej seryjnie wygrywał w Pucharze Kontynentalnym.

Kiedy listonosz doręczył list, był już nieaktualny. Od konkursu w Oberstdorfie do tamtego czwartku z wieczornymi kwalifikacjami upłynęły prawie dwa miesiące. Morgenstern zdążył w tym czasie zakończyć debiutancki Turniej Czterech Skoczni w "10", wygrać w Libercu (w piątym starcie w karierze!), zostać mistrzem świata juniorów. W kwalifikacjach siedemnasty, w konkursie mistrzostw szesnasty. Wynik jak wiek – obiecujący.

Małysz: Morgenstern? Profesjonalista i... wesołek Drugi list. Proszę zwrócić uwagę, narty...

Pisanie listów nie było jeszcze archaiczne. Nie było jak eksponat muzealny. Szybki powrót ze szkoły z nadzieją, że po wejściu do domu rodzice powiedzą "coś do ciebie przyszło". Wtedy zeszyty z czekającymi zadaniami domowymi ustępowały miejsca przesyłkom. A przychodziły koperty zza granicy. Niekiedy za pierwszym podejściem, niekiedy potrzebowały drugiej próby, czasami przybywały z dołączonym osobistym listem jak od Andreasa Koflera czy Arttu Lappiego.

Któregoś dnia po sezonie 2004/2005 listonosz wrzucił do skrzynki pocztowej drugi list od Morgensterna. Wieczorem nożyk służący w domu od lat rozciął kopertę. I jak poprzednio do środka wsunięte były dwie kartki. Jedna dość podobna do tej sprzed dwóch lat. Parę rzeczy nowych: niebieski kombinezon, srebrno-niebieski kask, ale tak samo jak wtedy portret w prawym górnym rogu, tyle że bohater trochę dojrzalszy. Druga kartka nowoczesna, szalona, szczegółowo prezentująca, co przez ostatnie dwa lata się zmieniło. Przede wszystkim osiągnięcia. Wynik jak wiek – coraz wyższy.

Przybywały medale. Dwa złote za mistrzostwa świata w Oberstdorfie (drużynowo), brązowy za loty w Planicy (drużynowo), dwa juniorskie. Był trzeci w Turnieju Czterech Skoczni w 2005 roku, o 0,3 punktu przed Adamem Małyszem. Ale z kolei jemu jeszcze mniejszy ułamek, bo 0,1 punktu, zabrał zwycięstwo w Sapporo. Za to ostatni w karierze konkurs wygrał Kazuyoshi Funaki, jego idol z dzieciństwa. A że w przyszłości Morgenstern na Okurayamie trzykrotnie był pierwszy, porażki aż tak nie żałował.

Wychylał się jak wspomniany Japończyk, nadworny stylista skoków. Głowa między czubami nart, biodra uniesione – tym fascynował. I pewnie właśnie temu, tej brawurze, zawdzięczał rok wcześniej upadek. Bodaj najbardziej przerażający z trzech koszmarnych; konkursowy, więc zaprezentowany na wizji, nie z odtworzenia. Długo w pamięci odbijały się echem słowa Włodzimierza Szaranowicza: Tu jeszcze widzą państwo jedną rzecz, za chwilę powiem, proszę zwrócić uwagę, narty... O jeju, o Boże.

I ta pomarańczowa, bezwładna postać zsuwająca się po zeskoku. Za miesiąc wrócił w Oberstdorfie, w serii próbnej pobił rekord. W konkursie był drugi.

fot. Getty Trzeci list. Wszystko po Oslo

Trzeci list wpadł do skrzynki pocztowej po sezonie 2006/2007. Trudnym, na chwilę wstrzymanym przez chorobę; obiecującym za sprawą brązowego medalu mistrzostw świata w Japonii. Koperta kryła trzy kartki, dwie podobne do poprzednich i jedną ze zdjęciami z Turynu. Grafik się przyłożył, na kilku centymetrach papieru Morgenstern pędził po rozbiegu, leciał, rozmyślał i celebrował życiowy sukces. Rok przed Sapporo został we Włoszech mistrzem olimpijskim. Do 20. roku życia miał już trofea z każdych zawodów.

Ale talent na eksplozję czekał do sezonu 2007/2008, dziesięciu wygranych i triumfu w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. A wcześniej przez pięć lat raptem dwa konkursy kończył jako pierwszy, trzy łącznie z igrzyskami.

Zima 2007/2008 była jego drugą najlepszą w karierze. Lepiej skakał tylko w 2010/2011. Czego brakowało w kolekcji, a uboga była jedynie w indywidualne złoto mistrzostw świata i orła za zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni, brakować przestało. Morgenstern po mistrzostwach w Oslo miał już wszystko. Dalej skakał, szukał, poprawiał i coraz częściej opuszczał zawody. Stracił pół sezonu 2012/2013. A potem przyszedł ten ostatni 2013/2014.

Trudne wyznania mistrza. Morgenstern promuje książkę Rozmowa. Sny i przebudzenie

Zakopane. Tu nigdy nie wygrał zimą, a zawsze uwielbiał skakać. Na podium stał w 2006, dwa razy w 2008, dwa razy w 2010 i raz w 2011. W 2014 roku ze szpitalnego łóżka patrzył, jak 25-tysięczny tłum dla niego tańczy, za chwilę dziękował w mediach społecznościowych.

W 2016 roku przyjechał do Polski promować książkę. I dyskutować – o nowym życiu po życiu, którego omal nie stracił.

– Z wieloma ludźmi rozmawiałem o przeszłości. O poprzednich latach, o upadku na Kulm, o powrotach. I powstała książka. Chciałem coś po sobie zostawić.
– Porozmawiajmy o narracji. Opowieść o powrocie po Kulm nakłada się z opowieścią o karierze.
– To opowieść o przebudzeniu w szpitalu zmierzająca aż do ostatniego skoku na Bergisel w Innsbrucku. I o moich snach, które przywoływały różne uczucia. Strach, emocje wyjęte z życia prywatnego, o wątpliwościach, w która pójść stronę. Chciałem to spisać.
– Pisałeś, że upadek w Kuusamo wcześniej widziałeś w myślach. Sny są drogowskazem? Pokazują przyszłość?
– Jeśli przeczuwasz, że coś wydarzy się w przyszłości, nie przechodź obok tego na porządku dziennym. Zatrzymaj się, przemyśl.
– Skoro przed Kuusamo.... warto było tamtego dnia ryzykować? – dopytywałem go.
– Taka jest istota sportu. Jeśli chcesz coś osiągnąć w skokach narciarskich, w sporcie, trzeba postawić coś na szali, zaryzykować. Niech będzie, jak ma być...
– A później urodziła się Lilli i zwyciężanie przestało być najważniejsze?
– Oczywiście. Priorytety się zmieniły, najpierw córeczka, potem skoki. Jej pojawienie się to najważniejszy znak w moim życiu, najpiękniejsze doświadczenie. Dzięki niej jeszcze żyję. Skoki narciarskie to sport, to praca. Zrobiłem wszystko, żeby znaleźć się na szczycie, osiągnąłem, co dało się osiągnąć w karierze. Też w życiu.
– Kiedy wspominasz chwile na skoczni...
– Uśmiecham się.
– Piszesz, że kiedy się nie układa, zaczynamy dostrzegać rzeczy, których nie widzieliśmy. Patrzyłeś przez szpitalne okno na kościół – szedłem tropem naszej rozmowy.

Morgenstern na kilkadziesiąt sekund zamilkł.

– Myślałem o wielu sprawach. O tym, co może się zdarzyć. O tym, że chciałbym jeszcze ruszyć po rozbiegu, zjechać, skoczyć. I o mistrzostwach świata w 2015 roku w Falun. To one były moim celem. Szukałem drogi, tego jak wygrać ze strachem.
– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ty? Może ktoś nad nami wybrał akurat ciebie.
– Może. Rozmyślałem nad tym, dlaczego ja. Upadłem w grudniu, upadłem trzy tygodnie później na Kulm, a byłem w doskonałej formie, wszystko szło tak dobrze. Mogłem wygrać loty na Kulm. Nie wiało, nie popełniłem błędu, po prostu to się zdarzyło. Nie rozumiem, dlaczego. Może otrzymałem znak, żeby przemyśleć pewne sprawy. Dostałem kolejną szansę, żeby zmienić coś w życiu.
– Gdybyś był o dziesięć lat młodszy, wybrałbyś tą samą drogę?
– Oczywiście.
– Razem z upadkami w Kuusamo, Titisee-Neustadt i na Kulm?
– Lotu nie da się opisać. Jest przepiękny. Kiedy osiągniesz wysoką formę, czujesz to w pełni. Kiedy, jak ja parę razy, wygrywasz konkurs za konkursem. Kiedy stoisz na najwyższym stopniu podium olimpijskiego. To są emocje... przeżyłem je, niczego bym nie zmienił. Poszedłbym tą samą drogą drugi raz.

Na końcu jest człowiek

Ryzykował jak kiedyś James Dean. Żył, jakby miał dziś umrzeć. Uciekł śmierci na Kulm. Wiedział, kiedy wcisnąć hamulec i nie czekać na kolejne ostrzeżenie. To z 10 stycznia mogło być ostatnim. Na szczęście się nie dowiedział, czy było, tylko tak uznał.

26 grudnia 2012 roku urodziła się Lilly. 14 grudnia 2013 wygrał ostatni konkurs w karierze. 15 grudnia upadł w Titisee-Neustadt. 6 stycznia 2014 zajął drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni. 10 stycznia upadł na Kulm. 17 lutego oddał ostatni oficjalny skok w karierze, zdobył ostatni medal – olimpijski. 26 września zakończył karierę.

Zbyt bujną, by do jej opisania wystarczyły trzy listy i rozmowa.

Antoni Cichy

Thomas Morgenstern: czasem tęsknię za skokami, ale to mija

najpopularniejsze

Ostatnie szlify gwiazd. Nadal, Djoković i Federer trenują przed Australian Open

Ireneusz Mazur skomentował losowanie Polaków przed mistrzostwami Europy w 2019 roku

Maciej Stolarczyk: Kuba Błaszczykowski dał nam nowe tchnienie

Paweł Zagumny kandydatem na prezesa Polskiej Ligi Siatkówki

Paweł Brożek: jestem optymistą, ale usłyszeliśmy już sporo obietnic