tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Maciej Stolarczyk [Wisła Kraków]: nakazy dla Sławomira Peszko? Musi być w domu po 18... [wywiad]

Wisła Kraków boryka się w ostatnich miesiącach z olbrzymimi problemami organizacyjnymi. Dla Macieja Stolarczyka pierwsze pół roku pracy w roli trenera było niezwykle trudne. – Nie żałuję decyzji o przyjściu do klubu. Lekcji, którą dostałem, nie można znaleźć w żadnym podręczniku – powiedział szkoleniowiec w rozmowie ze SPORT.TVP.PL.
Maciej Stolarczyk (fot. Getty Images)

Wisłocki: reanimacja się powiodła, ale pacjent wciąż w stanie krytycznym

Maciej Rafalski, SPORT.TVP.PL: – Latem minionego roku miał pan pewną posadę dyrektora sportowego Pogoni Szczecin. Co sprawiło, że zdecydował się pan na przenosiny do Krakowa?
Maciej Stolarczyk: – Doszedłem do wniosku, że mogę pomóc Wiśle w trudnym momencie. Zostałem wyciągnięty "z kapelusza", bo dawno nie pełniłem funkcji pierwszego szkoleniowca. Nie było mnie na trenerskiej karuzeli. Argumentem, który przemawiał za przyjęciem propozycji była znajomość środowiska. Praca w roli trenera bardzo mi się podoba, co też miało wpływ na decyzję. Wiedziałem, że jeśli nie przyjmę oferty, to kolejna taka szansa może się już nie pojawić.

– W Pogoni nie było perspektyw na zostanie pierwszym trenerem?
– Moja rola w klubie była określona. Udało się zatrudnić bardzo dobrego szkoleniowca jakim jest Kosta Runjaic. Na takiego czekaliśmy. Ofertę z Wisły dostałem z dnia na dzień. Znałem problemy klubu, przedstawiono je na pierwszych spotkaniach, chociaż na pewno nie w takich rozmiarach, jak okazały się w rzeczywistości.

– Żałuje pan tej decyzji?
– Absolutnie nie. Gdyby wszystko wydarzyło się drugi raz, zrobiłbym to samo. Czasami w piłce trzeba podejmować szybkie decyzje. Ja to zrobiłem.

Prezes Wisły o Królewskim: to wszystko, co dzieje się z klubem, jest jego zasługą

– Pierwsze pół roku w roli trenera Wisły było ekstremalne...
– Zgadzam się. Takich rzeczy nie ma w żadnej książce o szkoleniu. To były sytuacje życiowe, ale niecodzienne. Było sporo momentów, w których musieliśmy położyć nacisk na pracę w grupie, kolektyw. Na szczęście piłkarze byli na tyle inteligentni, że dali sobie radę. Bardzo pomogli mi współpracownicy ze sztabu szkoleniowego, którzy również wykazywali się mądrością i zrozumieniem w drażliwych sytuacjach.

– Jak motywował pan zawodników, którzy po kilka miesięcy nie dostawali wypłat?
– Mieliśmy jasną umowę. Rzeczy niezwiązane z piłką zostawialiśmy poza szatnią. Trudniejsze momenty poszczególnych piłkarzy rozpatrywaliśmy indywidualnie. Bez olbrzymiego wsparcia liderów zespołu, czyli takich jak Arkadiusz Głowacki, Mariusz Jop, Radek Sobolewski, Marcin Kuźba i reszta sztabu, nie dałoby się tego zrobić.

– Z zadaniem poradził pan sobie bardzo dobrze. Pod koniec grudnia, podczas różnych podsumowań, typowano pana jako jednego z kandydatów do tytułu trenera roku.
– To bardzo miłe, ale ocenę wystawia się dopiero na koniec egzaminu. A ten będzie po ostatniej kolejce. Cały czas analizuję swoją pracę. Twardo stąpam po ziemi. Nie zrobiłem nic spektakularnego. Latem przyjdzie czas na podsumowania.

– Jak wyglądały pana relacje z byłą prezes, Marzeną Sarapatą?
– Brała udział w negocjacjach przy moim zatrudnieniu. Później widywaliśmy się na bieżąco. Oczywiście pojawiały się obietnice spłaty zaległości. Wiadomo, co z tego wyszło...

– Wiedział pan o jej kontaktach z przestępcami?
– Nigdy nie interesowały mnie takie sprawy. Nigdy w to nie wnikałem. Nie jestem detektywem, by rozliczać relacje kogoś z innymi. Skupiałem się na trenowaniu oraz dotrzymywaniu umów i obietnic, które uzgodniliśmy z panią Sarapatą.

Iwan ostro o Sarapacie: trzeba jej obrzydzić życie

– Czuje się pan oszukany przez poprzedni zarząd? Ostatnio wywiadu Onetowi udzielał mąż pani Sarapaty, który skarżył się, że nagonka na żonę jest zbyt wielka...
– Nie chcę tego komentować. To nie jest moja rola.

– Uratować Wisłę mieli Vanna Ly i Mats Hartling, ale przelew, który mieli wysłać, nie dotarł...
– Dostawaliśmy informacje o pomysłach, które mają w klubie. To tyle. Nie mieliśmy jednak z tymi panami prawie żadnego kontaktu. Spotkaliśmy się tylko z nimi przed meczem z Lechem Poznań. To było dziesięciominutowe spotkanie. Zapewniano nas, że zobowiązania zostaną spłacone do końca roku i powstanie wielki klub. Zadeklarowali też chęć indywidualnych spotkań. Wiadomo jak skończyła się cała historia.

– Co było wtedy najtrudniejsze?
– Brak stabilizacji finansowej. To nie była sytuacja normalna.

– Pożyczał pan pieniądze niektórym zawodnikom?
– Nie, to plotki. Nigdy nie musiałem tego robić.

– Jest pan zadowolony z zimowego okresu przygotowawczego?
– Odpowiem po siedemnastu kolejkach, które nas czekają. Był plan trenowania na miejscu, ostatecznie polecieliśmy do Turcji. Plan został zrealizowany, ale ocena przyjdzie na koniec sezonu. Cele stawiam krótkoterminowo. Najbliższy to Górnik Zabrze.

– Jak ocenia pan ruchy transferowe?
– Przydałoby nam się jeszcze dwóch zawodników, ale mam świadomość, jakie są ograniczenia. Musimy czerpać z tego, czym dysponujemy.

Andrzej Iwan: imponuje mi Jakub Błaszczykowski

– Ma pan pretensje do tych, którzy odeszli?
– Nie. W piłce zmiany są nieuniknione. Nikomu się nie dziwię. Nie było wiadomo, czy klub odzyska licencję na grę w lidze. Piłkarze mogli zostać na lodzie. Nie zapewniłem im regularnego otrzymywania pieniędzy.

– Przyszedł Jakub Błaszczykowski. Znacie się jeszcze z czasów wspólnej gry. Takie sytuacje są kłopotliwe?
– Znamy się od lat. To nie będzie żadnym problemem. Jesteśmy kolegami, ale Kuba jest profesjonalistą i potrafi odróżnić życie prywatne od zawodowego. Ja podobnie. Autorytetu nigdy nie zdobywa się nakazami i zakazami.

– Skoro już jesteśmy przy zakazach. W zespole pojawił się Sławomir Peszko, który lubi łamać zasady. Mieliście poważną rozmowę?
– Tak, kiedy gramy u siebie, Sławek o godznie 18:00 musi być już w domu... W przypadku meczu wyjazdowego może być trochę później. A tak na poważnie, to świadomy piłkarz, który ma długą przerwę w grze. Liczę na jego umiejętności. Ufam, że wszystko będzie tak jak należy. 


– Nie obawia się pan, że wszystko co najgorsze po pewnym czasie wróci? Klub wciąż jest poważnie zadłużony.
– Nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Liczę, że sytuacja się ustabilizuje. Dla mnie kluczowy jest zespół, który po zimowych zmianach, jest nowy. Bardzo szybko udało się sprzedać akcje klubu za cztery miliony złotych. To pokazuje siłę marki. To klub z olbrzymią tradycją, którego miejsce jest w czołówce ligi.

– Grał pan w Wiśle w czasach, gdy prezesem był Bogusław Cupiał. Zdarza się panu wspominać ten okres? Wtedy dominowaliście w Polsce, dobrze spisywaliście się też w europejskich pucharach.
– Nie należę do tych, którzy lubią rozpamiętywanie. Ostatnio Tomek Hajto przysłał mi zdjęcie z naszego meczu z Schalke 04 Gelsenkirchen, kiedy strzelił nam gola. Nie lubię żyć przeszłością.

Ekstraklasa wznawia grę. Kibice pomagają Wiśle Kraków

– Gdyby nie Cupiał, to w Krakowie mogło nie być ludzi, którzy dzisiaj ratują Wisłę...
– Prawda. To twórca potęgi klubu i nikt temu nie zaprzeczy. Stworzył zespół, w którym grali najlepsi polscy piłkarze. Wielu z nich zakorzeniło się w Krakowie. Są emocjonalnie związani z Wisłą i dlatego teraz pomagają.

– Na czym opiera pan swój optymizm i wiarę w to, że klub uda się uratować?
– Przede wszystkim na wsparciu kibiców. Ostatnie wydarzenia pokazują, jak mocno się zaangażowali. Liczba sprzedanych karnetów, wspomniana już sprzedaż akcji... Do tego dochodzi zainteresowanie sponsorów. Wisła to jeden z symboli polskiego futbolu. Nie dopuszczam myśli, by mogła zniknąć z piłkarskiej mapy kraju.

Lotto Ekstraklasa budzi się z zimowego snu. Pierwsze mecze już w piątek
Maciej Stolarczyk: Wisła bez kilku piłkarzy? Niektórzy nawet bez zębów potrafią jeść
Jarosław Królewski sprzedawał karnety. Wisła Kraków blisko rekordu

najpopularniejsze

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Short track, PŚ w Dreźnie. Natalia Maliszewska trzecia w finale na 500 metrów

"Niesprzedana jedenastka": Lech Poznań (odc. 7)

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel

"Złowione w sieci". Wielka walka Polaka i powrót Mostowiaka