| Piłka nożna / Reprezentacja kobiet
Nie chcecie niepokoić mojego taty, jest w pracy.
– Myślę, że jednak powinnaś zadzwonić po tatę.
Kolejne godziny i telefony bezpowrotnie zmieniły życie Fran Kirby. Piłkarki Chelsea i reprezentantki Anglii, która bierze teraz udział w mistrzostwach Europy kobiet.
Zwykła środa, 14 listopada 2018 roku. Ciemno za oknem. Jerzy Chromik i "On, Strejlau" sygnowali kolejny egzemplarz książki. Właściwy moment, żeby oczami przewędrować przez poczet piłkarskich gwiazd w sklepie z futbolowym sprzętem. Między napisem Precyzja a kolekcją korków z "łyżwą" pięć zdjęć. Kevin de Bruyne, Philippe Coutinho, Marco Verratti, Amerykanka Mallory Pugh i ona, Fran Kirby. Nie powinno być jej ani na tej ścianie, ani w 1/8 finałów mistrzostw świata. Ale los pragnął, żeby się podniosła, wstała z sofy, odstawiła pizzę i pilota i zaczęła znowu grać. Tak zrobiła.
Nim świat się zawalił
Fran urodziła się 29 czerwca '93 roku w Reading. Mama od pierwszych dni wierzyła, że jej córeczka będzie najlepszą zawodniczką na świecie. Nie wiedziała jeszcze w jakim sporcie. Ale widziała, że tak będzie i już.
– Wszystkie mamy mówią tak swoim córkom, wiecie? Czułam się trochę tak "ale mamo, przecież musisz tak mówić, co nie?" Nawet mój tata, Steve, zachowywał się, jakby chciał powiedzieć "taaa, jasne Denise, zresztą nieważne" – wspomina dziewczyna, która pod koniec czerwca skończy 26 lat. – Ale moja mama nie była jak inne mamy. Wydawało się, że naprawdę w to wierzy.
Spróbowali z tenisem. Próba trwała bardzo krótko. – Mama miała w zwyczaju opowiadać historię, jak zabierała mnie do lekarzy na kilka testów. Doktor rzucił piłeczkę tenisową, aby sprawdzić, jak reaguję. Miałam ją złapać, ale odkopnęłam mu. Miałam trzy latka. Moja mama przeszła nad tym "ok... chyba chce zostać piłkarką" – pisze Kirby na łamach The Players' Tribune.
Mama wierzyła i pomagała, aby spełniły się rodzinne marzenia o córce zdobywającej świata szczyt. Po piłkarskim pokazie w gabinecie lekarskim dziewczynka trafiła na treningi do Reading. Tam się urodziła i tam mieszkali z rodziną. Mała Fran mogła ociągać się rano, ale kiedy musiała wyjść do szkoły, z łóżka ściągała ją mama.
Pani Kirby nie z takimi uparciuchami sobie radziła. Pracowała w szpitalu Broadmoor, gdzie miała do czynienia z różnymi typami spod ciemnej gwiazdy. Trafił do niego Rozpruwacz z Yorkshire, kierowca ciężarówki Peter Sutcliffe. Zamordował trzynaście kobiet w okolicach Leeds. Mała Fran słuchała historii wyniesionych ze szpitalnych sal przez mamę. Widziała nawet blokady, które mama zakładała niesfornym pacjentom.
Kiedy Fran siedziała przy stole z obiadem, a w okno dzwonił deszcz i ostatnim, o czym marzyła, był trening, mama stanowczo mówiła: Pójdziesz! I Fran szła.
A potem otrzymali wiadomość...
Raz poszła, a kiedy wróciła do domu świat rodziny Kirbych już nie wyglądał tak samo. To była tradycyjna sesja kończąca każdy sezon. Maj 2008 roku. Tata nie mieszał się w piłkarskie sprawy córki i żony. Prowadził pociągi, miał dużo pracy i różny humor. Na mecze chodziła mama. Chętnie chwaliła dzieci innych rodziców "o tak, jest naprawdę dobra... ale moja córka jeszcze lepsza", przypominając, kto ma być najlepszy na świecie.
– Kiedy miałam 14 lat, poszłam na jedną z tych sesji z mamą. Rozmawiałyśmy z trenerem... i wtedy nagle powiedziała "nie czuję się za dobrze". Położyła głowę na stole i odpłynęła. Zabrali ją do szpitala. Doktor przyszedł i powiedział "czy tata albo mąż jest tutaj?" Byłam zbyt młoda, by naprawdę pojąć, co się działo, więc odparłam "e tam, nie chcecie niepokoić mojego taty, jest w pracy". A doktor powiedział "nie, myślę, że jednak powinnaś zadzwonić po tatę" – wraca do tamtych dni Fran.
W końcu zadzwoniła po tatę i brata Jamiego. Razem, we troje, usłyszeli z ust lekarza wyrok – wylew krwi do mózgu: Powiedzieli, że nie mogą wiele dla niej zrobić. Ale ja zachowywałam się "ok, na pewno będzie w porządku".
Na noc pojechała do najlepszej przyjaciółki. Obudziła się, a na dworze było tak ładnie... – Następnego dnia siedziałyśmy w ogrodzie, pamiętam, jak słońce świeciło... To był 29 maja. Piękny dzień. Jej mama przyszła i powiedziała "Fran, musisz wrócić do szpitala". Kiedy przyjechałam, zobaczyłam, że ciocie przyjechały z Newcastle. Już wiedziałam, że to coś poważnego. A potem otrzymaliśmy wiadomość. Moja mama zmarła.
Dom milczących mężczyzn
Kiedy wracali do domu jej najlepsza przyjaciółka szlochała. A ona wcale nie. Próbowała dostrzec cząstkę dobra, światło w tunelu. Na telefonie puściła "Everything's gonna be alright" Boba Marleya. Wmawiała sobie w takt refrenu "nie martw się tym, bo wszystko będzie w porządku".
Nie rozumiała, co się właśnie wydarzyło. I przez lata to do niej nie dochodziło. Jej domowe życie trwało z dwoma mężczyznami, niezbyt skorymi do wyznań. Nie mówili o emocjach, nie okazywali ich. Tata pracował na kolei, brat się uczył, a ona grała i grała. Szło jej bardzo dobrze. Wzięli ją do Akademii John Madejski w Reading, otrzymała też powołanie do młodzieżowych reprezentacji Anglii. I nagle zrozumiała, co zaszło 29 maja tamtego roku.
Miała wtedy 17 lat. W jednej chwili wpadła w otchłań myśli, czarną dziurę. Nie chciała nic robić. A na pewno nie biegać za piłką. Fran opisuje:
Byłam na wyjeździe w Anglii, na obozie w Manchesterze i siedziałam w pokoju z Mo Marley, jedną z trenerek. Ni stąd, ni zowąd, odwróciłam się do niej i powiedziałam: chcę jechać do domu.
Zareagowała, "co takiego?"
Powiedziałam: nie chcę już tego robić.
Odpowiedziała: co masz na myśli?
I zaczęłam płakać. Musiałam wyglądać jak małe dziecko. Mój świat zaczął się walić.
"Tęsknię za mamą" powiedziałam.
Mała, szczęśliwa i nieznajoma dziewczynka
Wróciła do domu, zadzwoniła po fizjoterapeutkę w z Reading, Jules Townrow. Przesiadywała w jej apartamencie, zajadała się pizzą i oglądała telewizję. Terapia, którą stosowała tygodniami.
– Po prostu chciałam wieść normalne dzieciństwo, wiecie? A moje ciocie były inne niż moja rodzina ze wschodu. Piłka nożna nie była dla nich wszystkim. Po prostu powiedziały "więc przestań grać. Nie musisz tego robić. Zajmij się czymś innym". Po raz pierwszy ktoś mi powiedział "nie musisz tego robić". Pamiętam, jak uznałam "wiecie co? Macie rację. Dlaczego nie skończę z tym?" – wspomina.
Więc za radą cioć oznajmiła w klubie, że to koniec, dziękuje, ale już nie chce grać w piłkę, chce mieć dzieciństwo jak inni. W Reading nie robili najmniejszych problemów, zrozumieli i zaakceptowali jej decyzję. Tylko dzieciństwo nie było takie jak u innych.
– Weszłam do własnej skorupki. Bywały dni, kiedy nawet nie wychodziłam z łóżka. Albo nie szłam do college'u. Nie potrafiłam dojść dalej niż na przystanek autobusowy. Potem się rozpłakałam. Dzwoniłam do Jules. "Jules, musisz mnie zgarnąć, nie mogę". Kilka minut później siedziałam na jej sofie, czekając na kolejną sesję pizzy i telewizji – opisuje Fran.
– Czułam się jak zombie. Nie rozmawiałam z rodziną. Bałam się tłumów. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Na imprezach stałam w kącie, nim poszłam do domu. Kiedy myślałam sobie o małej szczęśliwej dziewczynce, którą byłam wcześniej, zdawała mi się jakąś nieznajomą.
Dawaj Fran, bądź twarda, nie miękka
Sportu całkiem nie porzuciła. Chodziła na siłownię, trochę trenowała. Tylko piłki nie mogła ścierpieć. Aż pewnego dnia przyjaciółka Sarah Devern zagadnęła "dlaczego nie przyjdziesz z nami pograć?" Powiedziała, że nie trenują w tygodniu, żeby po prostu przyszła w niedzielę zagrać. – Żadnych zajęć? – dopytywała niepewna Fran. "No wiesz, po meczu chodzimy do baru". I tak Sarah przekonała Fran.
Zaczęła żyć pełnią życia. Mogła robić, co chciała, futbol w tym nie przeszkadzał. A jak nie poszło na boisku, żadnej bury od trenera, prędzej śmiały się z tego z koleżankami. Najwyżej wysoko przegrały, nic więcej. Tak na nowo zakochiwała się w piłce nożnej.
Kolejny zbieg okoliczności. Reading potrzebowało zawodniczek. Zapytali, czy by nie zagrała. Zgodziła się, ale "tylko na moich warunkach". Podobało jej się. Polubiła inne dziewczyny, wróciła do regularnego grania, w 21 meczach zdobyła 32 bramki. Czas płynął tak wartko, że nawet o tym nie myślała. Nie zauważyła, kiedy piłka nożna znów była jej życiem.
Wróciła do Reading, miała 19 lat. W 2014 roku jako pierwsza podpisała zawodowy kontrakt z klubem. W 2015 pojechała na mundial, 13 czerwca wyprowadziła Angielki na prowadzenie w meczu z Meksykiem. W tym samym roku ściągnęła ją Chelsea. Klub na jej oczach, 1 sierpnia, sięgnął po pierwsze trofeum, ona wkrótce zdobyła pierwszą w historii bramkę dla kobiecej Chelsea w Lidze Mistrzów.
Sielankę przerwała kontuzja. Dwie kontuzje. Kolana, a później stawu skokowego. Ale Kirby tylko sobie powtarzała słowa z dzieciństwa "Dawaj, Fran. Bądź twarda, nie miękka".
Puzzle, których nigdy nie ułoży
Maj 2018. Kobieca drużyna Chelsea właśnie pokonała na wyjeździe Liverpool. Miała w kieszeni mistrzostwo Anglii, zdobyła Puchar Anglii, a Fran strzeliła bramkę w finale. Została nominowana do Złotej Piłki, zdobyła dwa indywidualne wyróżnienia. Dziewczyny w autokarze śpiewały, świętowały. Ona siedziała zapłakana.
– Chciałam po prostu wykonać telefon. Była tylko jedna osoba, z którą chciałam dzielić tę chwilę. I wiedziałam, że nie mogę. Nigdy nie będę mogła – pisze Fran. – Myślę, że wiele z moich koleżanek z drużyny zrozumiało tego dnia, jak wyjątkowym jest, by mieć kogoś, do kogo możesz zadzwonić. Czułam się w życiu zawsze jak w układance. Ale nawet kiedy wszystko wydaje się być perfekcyjne i mogę zobaczyć cały obrazek, wciąż brakuje jednego kawałka. Tej jeden osoby, z którą chciałabym porozmawiać.
Fran Kirby zakłada koszulkę z numerem 14 na plecach. 14 czerwca jej mama obchodziłaby urodziny. 14 czerwca Angielki pokonały Argentynę i wywalczyły awans do kolejnej fazy mistrzostw świata. Fran grała 89 minut. Kiedy zeszła, zalała się łzami. Nie wstydzi się ich.
"Wszyscy chcemy przez cały czas być perfekcyjni albo przynajmniej wydawać się perfekcyjni. Ale wiecie co? To okej mieć problemy. Jeśli przechodzisz przez coś trudnego, to okej odczuwać emocje i potrzebować pomocy. Po prostu nie udawaj, że wszystko jest w porządku".