{{title}}
{{#author}} {{author.name}} / {{/author}} {{#image}}{{{lead}}}
{{#text_paragraph_standard}} {{#link}}Czytaj też:
{{link.title}}
{{{text}}}
{{#citation}}{{{citation.text}}}
17 lat od meczu Panathinaikos Ateny – Wisła Kraków. "Nie mogę tego odżałować do dzisiaj"
Maciej Rafalski /
23 sierpnia 2005 roku Panathinaikos Ateny podjął Wisłę Kraków w rewanżowym meczu o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W pierwszym spotkaniu ekipa Jerzego Engela wygrała 3:1 i już witała się z gąską, lecz mecz w Atenach miał dramatyczny przebieg.
FINAŁ LIGI MISTRZÓW PSG – BAYERN W TVP
Czytaj też:

Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków. Transmisja meczu na żywo online w TVP Sport, TVPSPORT.PL
Maciej Rafalski, TVPSPORT.PL: – Co przychodzi ci na myśl, gdy wspominasz tamto spotkanie?
Tomasz Kłos: – Niesamowite wkurzenie. Żal, niedosyt, uczucie straconej szansy. Czekaliśmy na to latami, nigdy później Wisła nie była już tak blisko. Wszystko z naszej winy. W pierwszej połowie mieliśmy dwie-trzy kapitalne okazje, żeby "zamknąć" mecz. Nie wykorzystaliśmy ich, a po przerwie dwa gole Greków sprawiły, że na boisku zaczął robić się "dym".
– Dogrywkę kończyliście w "dziesiątkę", bo czerwoną kartkę dostał Radosław Sobolewski. Sędzia nie uznał również prawidłowo strzelonego gola Marka Penksy, który dałby wam awans. Mieliście pretensje do arbitra?
– W pewnym stopniu te decyzje nas skrzywdziły, ale sami byliśmy sobie winni. Zresztą, żeby dobrze przeanalizować to, co się stało, trzeba spojrzeć na dwa poprzednie okienka transferowe. Prezes Cupiał nie wytrzymał wtedy ciśnienia, sprzedał Macieja Żurawskiego i Mirosława Szymkowiaka. Z nimi to wyglądałoby inaczej. Pierwszy był gwarantem wielu goli, a drugi asyst. Niestety, pan Cupiał posłuchał swoich doradców, którzy nie znali się na piłce. Nie można szukać jednak usprawiedliwienia. To my byliśmy na boisku.
– W pierwszym meczu wygraliście 3:1. Taki wynik przed rewanżem mógł dawać nadzieję, że uda się obronić dwubramkową zaliczkę.
– Dawał nadzieję, ale nie była to jakaś wielka przewaga. Wiedzieliśmy, co czeka nas w Atenach. Stadion Olimpijski wypełnił się po brzegi, Panathinaikos mógł liczyć na swoich fanatycznych kibiców. Pierwsza połowa pokazała, że jesteśmy mocni, bo zagraliśmy bardzo rozważnie. W drugiej powoli sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli...
Czytaj też:

Falstart Wisły. Skowronek odwróci kartę?
– Chaos wkradł się w wasze poczynania już po pierwszej straconej bramce?
– Nie, nawet po drugim trafieniu rywali nie było tragedii. Wtedy ruszyliśmy na Panathinaikos, a Radek Sobolewski strzelił gola na 2:1. Kiedy o tym myślę to... do dzisiaj nie mogę odżałować, że nie było z nami Szymkowiaka i Żurawskiego. To nie były pieniądze niezbędne prezesowi. Gdyby zostali, byłoby zupełnie inaczej.
– Cupiał zawsze marzył o awansie do Ligi Mistrzów. Uważasz, że porażka w tamtym dwumeczu była przełomowa w erze jego rządów?
– Zdecydowanie. Wisła miała tego pecha, że kiedy była mocna, to w eliminacjach trafiała na Real Madryt albo Barcelonę. Wtedy ten awans był o krok. Byliśmy niesamowicie pewni siebie, rządziliśmy w Ekstraklasie. Gdy jechałem na mecz, to wiedziałem, że nawet jeśli będziemy przegrywać 0:3, to i tak wygramy 6:3. Zwróćmy uwagę, jak wielu graczy Wisły stanowiło wtedy o sile reprezentacji. Niestety, prezes Cupiał często ulegał podpowiedziom swoich doradców. Nie każdy, kto zna się na finansach czy działalności w innej branży, ma pojęcie o futbolu. Potem pod wpływem ich sugestii decydowano o sprzedaży zawodników czy zwalnianiu trenerów. Ci "podpowiadacze" często pół roku później nie mieli już nic wspólnego z klubem. A szkoleniowiec czy piłkarz o odejściu którego decydowali, mógł dać Wiśle jeszcze wiele dobrego.
– Później spotkaliście się z krytyką. Za czwartego gola oberwało się Radosławowi Majdanowi.
– Po głowie dostało wielu zawodników. Zaczęto szukać winowajców. Dochodziły mnie jakieś słuchy, że ponoć niektórzy mieli popełniać te błędy celowo. Ktoś, kto mówił takie rzeczy był albo idiotą, albo musiał być pijany, gdy wypowiadał te słowa. Nigdy nie zagrałem w Lidze Mistrzów. Do Wisły Kraków przyszedłem z FC Koeln nie dla pieniędzy, a właśnie po to, by na koniec kariery zrobić jeszcze coś fajnego. Od porażki z Panathinaikosem atmosfera w klubie zaczęła gęstnieć. Było czuć, że coś wisi w powietrzu...
– "Załatwił" was stary znajomy z reprezentacji. Emmanuel Olisadebe strzelił po golu w obu meczach.
– "Emsi" zrobił swoje. Wiedzieliśmy, czego się po nim spodziewać. Piłka zawsze szukała go w polu karnym, a on umiał to wykorzystać. Zrobił to, czego nie potrafiliśmy zrobić my...
– Potem odpadliście także z Pucharu UEFA po dwóch porażkach z Vitorią Guimaraes. To była konsekwencja przegranej z Panathinaikosem? Uszło z was powietrze?
– Nie potrafiliśmy zapomnieć o tym rozczarowaniu. Kiedy grasz w Barcelonie czy innym potężnym klubie, wiesz, że szansa na rehabilitację przyjdzie szybko. My wiedzieliśmy, że na kolejną taką okazję będzie trzeba czekać latami i że niekoniecznie wykorzysta ją Wisła, tylko inny polski klub... Było trudno zadbać o odpowiedni poziom mobilizacji. Jedni się podnieśli, inni nie. Każdy ma inna psychikę. To pokazał dwumecz z Vitorią.
– Przegrana z Panathinaikosem to dla ciebie jedno z największych rozczarowań w karierze?
– Bez wątpienia. Klęska na mistrzostwach świata była bardziej zdecydowana. W meczach z Koreą Południową i Portugalią byliśmy tłem dla rywali, natomiast z Panathinaikosem było zupełnie inaczej. Dlatego to bolało bardzo mocno.