Mundial 2018. Od Lizbony po ósmą ligę. Kręte drogi Anglików

Radosław Przybysz
10 lip, 18:18 | Anglia
udostępnij
Źródło: SPORT.TVP.PL/"The Guardian"
Od lewej: John Stones, Harry Maguire i Harry Kane (fot. PAP/EPA)
Jeśli obecne reprezentacje Belgii, Chorwacji i (po części) Francji już od dawna określa się mianem "złotego pokolenia", to kadrę Anglii można nazwać pokoleniem zaskakującym. Wśród ludzi, których Gareth Southgate zabrał na mundial do Rosji, wielu jeszcze niedawno nie marzyło nawet o grze reprezentacji. Zamiast tego, próbowali w ogóle przebić się do zawodowej piłki i przezwyciężyć życiowe problemy.

Jordan Pickford. Grał na "grobie dziadka"

Darlington. Alfreton. Burton. Carlisle. Bradford. Preston. W tych klubach Pickford próbował rozkręcić swoją karierę. Rozpoczął ją jako ośmiolatek w akademii Sunderlandu, a w wieku 17 lat podpisał z klubem pierwszy zawodowy kontrakt. Niedługo później trafił do Darlington – klubu z piątej ligi, który ledwo wiązał koniec z końcem i chwilę wcześniej cudem uniknął rozwiązania. Nie uniknął za to spadku, mimo dobrej postawy wypożyczonego nastolatka.

Kolejnym klubem był Alfreton Town. Również piąta liga. Anglicy nazywają taki poziom rozgrywek "nieligowym". – Szczerze mówiąc nie ma wielkiej różnicy między grą w reprezentacji i w Premier League, a tymi niskimi ligami. Tam też było ciężko – przyznał bramkarz, który ma za sobą dopiero dwa sezony na najwyższym poziomie rozgrywkowym, a przed mundialem rozegrał zaledwie trzy mecze w kadrze.

W miejscach takich jak Wrexham albo Southport, gdzie na trybunach jest 500 osób, słyszysz każde słowo, którym w ciebie ciskają. Dzisiaj się z tego śmieję, ale to właśnie takie wyjazdy zmieniły mnie z mężczyzny w chłopca. Pamiętam mecz w barwach Alfreton, kiedy jeden z miejscowych kibiców krzyknął do mnie: "Młody! Pod tą trwa leży twój dziadek!". Odwróciłem się tylko, pokazałem mu kciuk w górę i powiedziałem: "Nie ma problemu" – wspominał bramkarz, który cztery lata później przeszedł do Evertonu za rekordowe 25 milionów funtów.

Jordan Pickford (fot. Getty)

Danny Rose. Wygrał z depresją

2017 rok był bardzo trudny dla lewego obrońcy Tottenhamu (w kadrze zmiennika Ashleya Younga). Pod koniec stycznia zerwał więzadło krzyżowe i do treningów wrócił dopiero w październiku. Stracił przez to miejsce w składzie na rzecz Walijczyka Bena Daviesa. Długotrwała rehabilitacja zbiegła się w czasie z tragicznymi wydarzeniami w życiu osobistym.

W czasie rehabilitacji zacząłem odwiedzać psychologa, który zdiagnozował u mnie depresję. Byłem na silnych lekach. Do dziś nie wiedział o tym nikt poza moim agentem. Chciałem uciec z Tottenhamu – wyznał Rose dziennikarzom na kilka dni przed mundialem, podczas spotkania z mediami w bazie reprezentacji. – W środku leczenia mój wujek popełnił samobójstwo. Moja mama doświadczyła rasistowskich obelg, które mocno przeżyła. A mój brat został napadnięty we własnym domu, włamywacz do niego strzelał. To wszystko mocno na mnie wpłynęło. – zdradził.

Byłem zły i zniechęcony. Całe dnie spędzałem w łóżku. Nie mówiłem o tym moim rodzicom. Pewnie będą źli, jak to przeczytają, ale musiałem to zachować dla siebie – opowiadał. Na szczęście depresja już za nim. – Odstawiłem leki. Moim oczyszczeniem jest gra w reprezentacji. Słowa nie oddadzą mojej wdzięczności dla selekcjonera i sztabu medycznego. W poprzednim sezonie zagrałem tylko 17 meczów. Jestem najszczęśliwszym z kadrowiczów – wyznał 21-letni reprezentant kraju.

Danny Rose (L) i Gareth Southgate (fot. Getty)

Harry Maguire. Niedoszły księgowy za duży na piłkę

Bohater najpopularniejszego ostatnio zdjęcia w sieci, na którym stoi oparty o barierkę i rozmawia z grupką wpatrzonych w niego kobiet (jest wśród nich jego dziewczyna, Fern Hawkins). Doczekało się ono wielu genialnych podpisów, a część z nich stworzyli sami piłkarze, w tym również Maguire. Na Twitterze obiecał również koszulkę z autografami kolegów dla fana, który dotrzymał danego słowa i po golu obrońcy w meczu ze Szwecją wytatuował sobie jego podobiznę na klatce piersiowej.

Po ćwierćfinale Maguire stał się w kraju tak popularny, że dziennikarze "The Sun" dotarli nawet do jego dawnej nauczycielki, która stwierdziła, że "Harry był bardzo dobry z matematyki i gdyby poszedł na studia, to pewnie byłby dzisiaj księgowym". Do dzisiaj razem z bratem Laurence'em – również piłkarzem – regularnie odwiedzają szkolne mury, gdzie spotykają się z uczniami.

Wybrał jednak karierę piłkarza. Jeszcze cztery lata temu grał w trzeciej lidze w barwach Sheffield United, w którym trzy razy z rzędu wybierano go piłkarzem roku. – Gdy go zobaczyłem na pierwszym treningu, byłem pewien, że nie zrobi kariery w piłce. Był po prostu za duży. Już po 10 minutach gry zmieniłem zdanie. Radził sobie doskonale – wspominał ówczesny trener Sheffield, Neil Collins. Piłkarzem roku został również w Leicester City, do którego trafił przed sezonem 2017/18. Rozegrał w nim każdy mecz od początku do końca.

Dwa lata temu, jako piłkarz Hull City, nie mógł jeszcze marzyć o grze w reprezentacji. Na Euro 2016 oglądał ją z trybun, jako kibic. – Pojechałem na mecz ze Słowacją. Zremisowaliśmy 0:0, nie był to wspaniały mecz, ale Anglia awansowała. Mogłem wtedy poczuć, jak ważnym wydarzeniem dla kibiców jest mecz kadry – wspominał. Koledzy, z którymi wtedy był na trybunach, odwiedzili go również w Rosji.

Harry Maguire (Ś) (fot. Getty)

Fabian Delph. Tai chi, weganizm i trzecia córka

"Każdy z nas w głębi duszy spodziewał się, że Pep Guardiola może poprowadzić Manchester City do mistrzostwa Anglii. Ale nie, że zrobi to z Fabianem Delphem na lewej obronie!" – trafnie napisał Jonathan Liew, szef działu sport w "The Independent". Wobec poważnej kontuzji ściągniętego za ponad 50 milionów funtów Benjamina Mendy'ego, Guardiola postanowił odmienić Delpha, wcześniej dość topornego, agresywnie grającego pomocnika. I oczywiście mu się to udało. Angielska kadra w ogóle może być wdzięczna menedżerowi City. Pod jego wodzą progres zaliczyli też przecież John Stones, Kyle Walker i Raheem Sterling.

Duża w tym zasługa również samego Delpha. Jego kariera stała pod znakiem zapytania także przez ciągłe kontuzje. – Nie złamały mnie. Zacząłem dużo czytać, uczyć się swojego ciała, wzmacniać organizm i umysł. Nauczyłem się medytacji i Tai Chi. Zmieniłem również paliwo w swoim ciele – przeszedłem na dietę wegańską – opisywał w publikacji naukowej poświęconej zdrowiu psychicznemu sportowców.

Jego też mogło zaskoczyć powołanie na mundial. Przed turniejem zaliczył dwa występy w sparingach z Nigerią i Kostaryką, ale wcześniej ostatni mecz w kadrze zaliczył w 2015 roku. Na mistrzostwach już trzy razy pojawiał się na boisko. Ominął go za to mecz 1/8 finału z Kolumbią – Gareth Southgate dał mu wolne, bo na świat przyszła jego trzecia córka.

Nacer Chadli (L) i Fabian Delph (fot. Getty)

Eric Dier. Anglik z Lizbony

Gdy Wayne Rooney zachwycał Europę na portugalskich boiskach, Dier miał 10 lat. Miał mistrzostwa Europy na wyciągnięcie ręki, bo jego mama pracowała przy organizacji turnieju. Mieszkali w regionie Algarve, a po roku przenieśli się do Lizbony. W 2010 roku jego rodzice wrócili do Anglii, ale Eric został w akademii Sportingu CP. W wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole i od razu asystował przy jedynym golu. Dwa tygodnie później sam zdobył bramkę.

Wtedy miał już za sobą wypożyczenie do Evertonu, które miało być dla niego "okazją do sprawdzenia się w bardziej konkurencyjnym i wymagającym środowisku". Tak też było. – To był szok kulturowy. W Portugalii podejście do szkolenia jest bardzo luźne. Trener nie krzyczy, tylko siedzi i obserwuje. Nigdy nie denerwuje się, jeśli źle podasz piłkę. Chodzi o to, żebyś uczył się na błędach i drugi raz ich nie popełniał. W Anglii trenerzy wyżywali się na nas po każdym nieudanym zagraniu – wspominał.

Ludzie zapominają czasem, że tak naprawdę jestem piłkarzem z zagranicy. Piłkarsko wychowałem się w Portugalii. Pierwsze sześć miesięcy w Evertonie to był koszmar. Myślałem tylko: "Zabierzcie mnie stąd". Wszystko było inne. Styl życia, pogoda, ludzie, nawet język. – wyznawał w rozmowie z "Guardianem". A jednak zacisnął zęby i zgodził się na przedłużenie wypożyczenia. W 2014 roku wrócił do Anglii. Tottenham zapłacił za niego cztery miliony funtów. W debiucie – jakżeby inaczej – strzelił decydującego gola.

Eric Dier (L) (fot. Getty)

Jamie Vardy. Podwójne espresso i trzy Red Bulle

Pickford miał 18 lat, gdy próbował swoich sił w piątej lidze. Daleko mu jednak do Vardy'ego, który w wieku 20 lat został zwolniony z Sheffield Wednesday, musiał dorabiać w fabryce, a karierę próbował odbudować w Stocksbridge Park Steels na... ósmym poziomie angielskich rozgrywek. Zarabiał tam astronomiczne 30 funtów na tydzień. Dopiero w wieku 25 lat trafił do grającego na zapleczu Premier League Leicester. Cztery lata później został sensacyjnym mistrzem Anglii, piłkarzem roku i rekordzistą, który strzelał gole w 11 kolejnych meczach. Jeśli to nie jest historia od zera do bohatera, to nie wiem, co nią jest.

Po historycznym sukcesie z Leicester Vardy zdradził swój sposób na sukces. "Lampka wina w przeddzień meczu. Nie jestem przesądny, ale odkąd strzeliłem gola Sunderlandowi w pierwszej kolejce, przed każdym spotkaniem upijam pół butelki izotoniku i dolewam wina. Smakuje jak soczek" – zdradził. To nie koniec nietypowych, gastronomicznych nawyków Anglika. "W dniu meczu jem omleta z serem i szynką i popijam go podwójnym espresso oraz trzema Red Bullami. Dzięki temu biegam przez cały mecz jak szalony".

Anonimowy do niedawna napastnik miał już swoją linię chipsów, powstał też scenariusz filmowy na kanwie jego kariery. Sława nie zawróciła mu jednak w głowie, czego nie można powiedzieć o jego żonie, Rebece. Była promotorka klubu nocnego szybko stała się celebrytką i wystąpiła już w dwóch reality show.

Jamie Vardy (L) i Harry Kane (fot. Getty)