Już w czwartek rozpoczynają się 25. mistrzostwa świata w darcie federacji PDC (Professional Darts Corporation). Po raz pierwszy w historii w Alexandra Palace w Londynie zobaczymy najlepszego polskiego zawodnika, Krzysztofa Ratajskiego. Transmisje w TVP Sport, SPORT.TVP.PL i aplikacji mobilnej TVP Sport.
RAFAŁ MANDES, SPORT.TVP.PL: – Jak wygląda trening zawodowego dartera?
KRZYSZTOF RATAJSKI: – Przede wszystkim to w Polsce nie ma zawodowych darterów. Ja próbuję i mam nadzieję, że od przyszłego roku będę miał już kartę zawodowego gracza (PDC Tour Card, red.), która umożliwi mi regularną rywalizację z najlepszymi w turniejach, w których dotychczas nie miałem okazji startować. Kluczowy będzie pierwszy mecz mistrzostw świata – jak wygram, to będę w najlepszej "64" rankingu i otrzymam kartę z automatu. Jeśli się nie uda, to w tym roku będzie jeszcze druga szansa w specjalnych kwalifikacjach.
– Wróćmy do kwestii treningu.
– To przede wszystkim rzucanie w domu oraz raz w tygodniu jakiś mały turniej, by potrenować w warunkach startowych. Jak łączyłem prace z graniem, to trenowałem 3-4 godziny tygodniowo, teraz 3-4 godziny dziennie. To są tysiące rzutów miesięcznie. Trzeba się sporo nachodzić, bo niby tylko dwa metry od tarczy, ale jak się to pomnoży przez liczbę rzutów, to robi się kilka kilometrów. Choć kondycja nie jest w tym sporcie najważniejsza.
– A co jest?
– Zawodowi gracze oczywiście chodzą na siłownię, trenują poszczególne partie, zwłaszcza nogi, bo czasami turnieje trwają po dwanaście godzin i dla nóg to duży wysiłek, ale liczy się przede wszystkim odporność psychiczna. Tego się nie da wyćwiczyć, to cecha wrodzona. By zaprzyjaźnić się ze stresem trzeba po prostu jak najczęściej rywalizować w turniejach. Znam zawodników, którzy tuż przed wyjściem na scenę w sali treningowej rzucają za każdym razem po 180, a w trakcie meczu tak im się ręka trzęsie, że nie są w stanie tego powtórzyć.
– Skoro nie da się tego wytrenować, w takim razie jak sobie z tym radzicie?
– Atmosfera na dartach nie jest podobna do tej na snookerze. To jedna wielka impreza, krzyki, tańce, śpiewy i dlatego wielu zawodników gra z zatyczkami w uszach. Wyjmują je dopiero po meczu, gdy trzeba udzielić wywiadu. Mi jednak taka oprawa nie przeszkadza, choć w takim turnieju, jak mistrzostwa świata federacji PDC, jeszcze nie brałem udziału. Wszyscy, którzy brali, zapewniają, że nie ma drugiej takiej imprezy. Wreszcie przekonam się na własnej skórze.
– Mecz meczem, ale ważne rzeczy dzieją się także tuż przed wyjściem na scenę.
– Dokładnie, mowa o walce o środek, czyli o to, kto będzie zaczynał mecz. By wyłonić lepszego, potrzeba dziesięciu, a czasem nawet więcej rzutów. To kluczowa kwestia, by być tym, który rozpocznie ewentualnego decydującego lega (sety składają się z legów, red.). To 75-80 procent szans na zwycięstwo. Jak w tenisie – bardzo trudno o przełamanie.
– W drugiej rundzie może pan zagrać z żyjącą legendą, Michaelem van Gerwenem.
– Na razie skupiam się na pierwszej rundzie, bo od tego meczu zależy czy wywalczę wspomnianą na początku kartę. Jak to się uda, to będę myślał o van Gerwenie, choć nie da się tego już teraz wyrzucić z głowy. Nigdy z nim nie grałem, choć w poprzednim sezonie było blisko – miałem lotkę meczową i gdyby ją trafił, to zmierzyłbym się z Holendrem. Nie udało się, ale teraz wierzę, że wreszcie się spotkamy. Perspektywa ewentualnego starcia z takim zawodnikiem to jednak olbrzymia motywacja. A gdybym go ograł, to byłaby największa sensacja ostatnich lat – legenda gorsza od gościa z dziką kartę, od zawodnika 77. w rankingu, to byłoby coś! Rozmarzyłem się (śmiech).
– Da się wyżyć z grania w darta?
– W moim przypadku na razie się udaje. Przyszły sezon, mam nadzieję z kartą, będzie kluczowy. Do tego roku łączyłem granie z pracą, byłem kierownikiem spedycji w dużej przewozowej firmie, ale podjąłem decyzję, że czas na zmiany. Urlopu już nie starczało żeby jeździć na wszystkie turnieje.
– Z jakim kosztami wiąże się granie w darta?
– Tarcza 200 złotych, lotki za 100 i amator ma dwa lata grania. Ja za sprzęt nie płacę, mam sponsora, jednak największy wydatek to wyjazdy na turnieje. Przeloty, hotele, wyżywienie – to kosztuje, ale innej opcji nie ma. W tym roku wygrałem World Masters w Bridlington i była to najwyższa wygrana w karierze – 25 tysięcy funtów.
– Dart to także matematyka.
– Tak, najlepsi mając do końca nieco ponad 300 punktów już wiedzą, co im się bardziej opłaca rzucić. Czy lepiej zacząć od potrójnej "20", "19" czy "18". To wszystko zależy od wprawy i liczby rozegranych spotkań. Dla kogoś, kto zaczyna, to wyższa matematyka, ale z czasem mózg tak pracuje, że nie ma kłopotów z liczeniem.
– Na kogo pana zdaniem kibice powinni zwrócić uwagę podczas mistrzostw?
– Po pierwsze rzecz jasna van Gerwen. Holender to absolutny numer jeden, legenda snookera Ronnie O'Sullivan nie ma złudzeń, że to największy sportowiec na świecie. Rok temu "New York Times" napisał o nim, że to Michael Jordan darta. I nie ma w tym przesady, rzadko pojawia się bowiem ktoś, kto wyprawia takie cuda w jakiejkolwiek dyscyplinie. Po drugie Phil Taylor, szesnastokrotny mistrz świata, dla którego będzie to ostatni czempionat globu, a po trzecie Rob Cross – objawienie tego sezonu. Gra świetnego darta, może sprawić niespodziankę.