tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Na treningach nie odstawał od Pouille'a. Hurkacz chce spełniać marzenia

Hubert Hurkacz awansował w niedzielę po raz pierwszy w karierze do turnieju głównego ATP 250. Wrocławianin opowiedział nam o ostatnich występach, przygotowaniach z Lucasem Pouillem i planach na przyszłość. – Denis Shapovalov pokazał w Montrealu, że można zrobić świetny wynik. Z rankingu 170. stał się nagle 60. zawodnikiem świata. Teraz regularnie potwierdza, że na to zasłużył – stwierdził 20-letni tenisista. Cała rozmowa do odłuchania na soundcloudzie.
Hubert Hurkacz: Shapovalov pokazał mi, jak spełniać marzenia
Hubert Hurkacz (fot. Getty)

"Żyjemy w tenisowej erze czterech Jordanów"

– Hubert Błaszczyk, Maciej Łuczak, SPORT.TVP.PL: – Ostatno zostałeś pierwszą rakietą Polski. Czujesz dumę?
Hubert Hurkacz: Jest to coś fajnego. Szkoda tylko, że Jurek Janowicz nie mógł grać w turniejach z powodu kontuzji i nie mogłem go wyprzedzić, kiedy był w najlepszej formie. Wykonałem krok do przodu, bo grałem ostatnio całkiem nieźle, ale wiadomo, że moje cele są zdecydowanie wyższe.

– Długo nie mogłeś przebić się przez pierwsze rundy challengerów. Dlaczego?
– Cały czas brakowało mi doświadczenia. Brakowało mi też spokoju. Mentalnie nie byłem gotowy do rywalizacji na tym poziomie. Za bardzo zależało mi na zwycięstwach. Możliwe, że nakładałem na siebie zbyt dużą presję...

– Który moment był przełomowy?
– Końcówka poprzedniego sezonu była kluczowa. Udało mi się wygrać kilka ważnych meczów. Byłem dwa razy w ćwierćfinale. Szkoda mi jednego spotkania, które przegrałem z Blazem Kavicicem 6:7 w trzecim secie. Kilkanaście dni później doszedłem do finału challengera. To dodało mi dużo wiary i pewności, że mogę rywalizować na tym poziomie.

– Mówisz, że nakładałeś na siebie zbyt dużą presję, ale przed tym sezonem jasno powiedziałeś, że chcesz awansować do czołowej pięćdziesiątki rankingu. To się nie wyklucza?
– To ambitny cel, ale wierzę, że mogę to zrobić. Nie nakładam na siebie dużej presji. Jest jeszcze daleko, żeby go osiągnąć. Trzeba zrobić kilka kroków, żeby tam się znaleźć. Wszystko zależy od tego, jak będzie szło mi w turniejach. Muszę jeszcze awansować w rankingu, żebym łapał się do turniejów głównych ATP. Tam jest zdecydowanie więcej punktów do zdobycia. Wtedy mogę myśleć o awansie do pięćdziesiątki...

Kamil Majchrzak (góra), Hubert Hurkacz (dół), Radosław Szymanik (P) (fot. PAP/Getty) – Wiele meczów rozegrałeś na styku. Część zakończyła się porażkami. Wierzysz, że gdybyś zagrał je za tydzień to nie popełniłbyś tych samych błędów?
– W niektórych momentach zabrakło decyzyjności. Mogłem wybierać lepsze rozwiązanie. Mecze były na styku, decydowały pojedyncze piłki. Dzięki porażkom cały czas się uczę. Łukasz Kubot powiedział kiedyś, że w tenisie co tydzień się przegrywa. Rzadko zdarza się tak, że wygrywa się regularnie turnieje. Dąży się do tego, ale jednak nie do końca to wychodzi.

– Kapitan Radosław Szymanik mówił, że długo przeżywałeś porażkę w Pucharze Davisa z Niemcami. Teraz przyczyniłeś się do zwycięstwa nad Słowenią. To może być punkt zwrotny?
– Na pewno mecz z Niemcami nie był dla mnie łatwy. Minęło już trochę czasu od niego. Końcówka poprzedniego sezonu zbudowała mnie bardzo mocno. Dała mi dużo pewności siebie oraz spokój, że mogę rywalizować na wyższym poziomie. Spotkanie przeciwko Słowenii też nie było proste. Byłem faworytem i grałem o awans dla drużyny. Czułem, że muszę dobrze zagrać i się udało. W Mariborze dużo się nauczyłem. Mecz z Tomem Kocevarem-Desmanem był jednym z najtrudniejszych w karierze.

– Spotkanie ze Słowenią było też nietypowe z powodu zmiany, której dokonali rywale. Kiedy dowiedziałeś się, że w decydującym meczu zagrasz z innym rywalem?
– O wszystkim dowiedziałem się dopiero na korcie. Wszedłem i zobaczyłem, że po drugiej stronie siatki stoi zupełnie ktoś inny. Wszyscy byliśmy zdziwieni, kapitan Szymanik też o tym nie wiedział. Błąd popełnił supervisor, który nas nie poinformował roszadzie. To było kolejne doświadczenie, bo szykowałem się całą sobotę i rozgrzewkę na Blaza Rolę. Okazało się, że gram z tenisistą o zupełnie innej charakterystyce. Kocevar-Desman jest praworęczny i prezentuje inny styl. Starałem się grać najlepiej jak potrafię. Nie miałem czasu na jakąkolwiek analizę.

– Rozegrałeś w tym roku dwa bardzo dobre spotkania z zawodnikami pierwszej setki – Malkiem Jazirim i Martonem Fucsovicsem. Jeden z nich zakończył się zwycięstwem, a drugi porażką. Co decydowało?
– Z Fucsovicem miałem wiele szans. W trzecim secie prowadziłem z przełamaniem. Nie byłem w stanie utrzymać serwisu. Sędziowie też mi nie pomogli... Tak bywa, ale nie można na to zważać, tylko grać swoje. Może gdybym podjął inne decyzje, byłoby łatwiej. Przeciwko Jaziriemu miałem dużo szczęścia, bo rywal miał już piłkę meczową. Od tego momentu zagrałem na wysokim poziomie. Wybierałem też rozwiązania niewygodne dla niego. Znalazłem na niego sposób.

– Dobre wyniki w ubiegłym sezonie osiągałeś już z trenerem Pawłem Stadniczenką. Zmienił coś w przygotowaniach, twoim podejściu do tenisa?
– Z Aleksandrem Charpanditisem wykonaliśmy wcześniej dużą pracę. Paweł zmienił kilka drobnych szczegółów i trochę inaczej podszedł do mojego tenisa. Podniósł się mój poziom gry i bardzo się z tego cieszę.

Żeby być w okolicach setki, to należy zagrać około osiem, dziewięć bardzo dobrych imprez challengerowych. Być w finale, albo wygrać. Tenisista, który jest 180. ma trzy, może cztery takie starty. Hubert Hurkacz

Prezes PZT: Radwańska zagra na Stadionie Narodowym

HUBERT HURKACZ (FOT. GETTY) – Na co kładłeś największy nacisk w treningach?
– Jest dużo rzeczy do poprawy. Duży nacisk kładliśmy na elementy, które są moją mocną stroną – serwis i forhend. Cały czas staramy się o rozwój i budowę mojej gry...

– Wiemy, że mocno pracujesz nad stroną mentalną. Wyznaczenie tak ambitnego celu – TOP 50 ATP – pomaga?
– To nie przeszkadza. Chodzi o to, żeby stawiać sobie wysokie cele i robić wszystko, żeby do nich dążyć. Porażki się zdarzają i często jest ich szkoda. Szczególnie, kiedy jestem bardzo blisko zwycięstwa. Najważniejsza jest jednak wiara w to, że się uda.

– Pytamy o to, bo kiedy znajdziesz się bliżej setki, to bardzo trudno będzie zrobić kolejny krok. Potrzebne będą zwycięstwa w turniejach ATP i awanse do imprez wielkoszlemowych...
– Taki jest plan, żeby grać w turniejach na najwyższym poziomie i zachodzić w nich jak najwyżej. Chcę rywalizować na tym poziomie do końca kariery. Chciałbym się jak najszybciej wbić do imprez ATP i łapać tam doświadczenie.

– Często mówi się, że poziom tenisa jest bardzo wyrównany i nie ma wielkiej różnicy pomiędzy 110. a 180. tenisistą światowego rankingu. Gdzie tkwi klucz do sukcesu?
– Trzeba grać cały sezon stabilnie. Różnicy w poziomie gry nie ma, ale 110. zawodnik rankingu ma lepsze wyniki. Żeby być w okolicach setki, to należy zagrać około osiem, dziewięć bardzo dobrych imprez challengerowych. Być w finale, albo wygrać. Tenisista, który jest 180. ma trzy, może cztery takie starty.

– W tym sezonie masz zapewnione finansowanie. Na ile to pomaga?
– Międzynarodowa Federacja Tenisowa bardzo pomogła mi i Kamilowi Majchrzakowi. Otrzymane środki finansowe są bardzo pomocne. Podróżowanie i finansowanie kariery tenisowej tanie nie jest. To lekkie odciążenie psychiczne. Nie muszę się martwić o pieniądze, mam skupić się tylko na treningach i wyborze odpowiednich turniejów. Mogę latać z trenerem i zmieniać szybciej lokalizacje. Nie muszę patrzeć aż tak na ceny biletów lotniczych. Czasami do końca trzeba czekać czy załapało się do drabinki. Wiadomo, że ceny nie należą wtedy do najtańszych. Kiedy ma się odpowiedni budżet jest spory komfort...

Lucas Pouille (fot. Getty) – Często, kiedy trudno jest przebić się z czwartej, piątej setki, to pojawiają się myśli, że tenis nie jest najlepszym sposobem na życie. Miałeś kiedykolwiek takie przemyślenia?
– Zdarzały się momenty frustracji. W tamtym roku wiedziałem, że stać mnie na zdecydowanie lepsze miejsce w rankingu. Nie pokazywałem jednak tego w turniejach. Cały czas brakowało czegoś małego, żeby pójść krok dalej. Przez taką liczbę porażek i nieudanych wyjazdów są ciężkie momenty. W takich chwilach trzeba walczyć i myśleć pozytywnie. Skupić się na treningach, żeby w końcu się przełamać.

– Nie było trochę tak, że za bardzo chciałeś? Ogółem twoja gra wyglądała dobrze, ale w kluczowych momentach podejmowałeś złe decyzje...
– Mogło tak być. Kiedy nie ma się pewności siebie i przychodzi do stanu po 4, to pojawiają się nerwy. Zaczyna się wtedy myśleć nie o tym, jak wygrywać punkty, a o chęci zwycięstwa. To bardzo ważny aspekt. Jeśli spadnie trochę koncentracja, to przeciwnicy na wysokim poziomie od razu to wykorzystują.

– Jesteś graczem wprost skrojonym pod korty twarde. A jak czujesz się na mączce?
– Lepsze rezultaty osiągałem na kortach twardych, ale w tym roku może to się zmienić. Mam w planach kilka startów na mączce w turniejach ATP. Później będą eliminacje French Open i sezon na trawie. Zobaczymy mnie w Budapeszcie, Estoril, Monachium lub Stambule. Jeszcze nie jest to do końca pewne, ale na pewno będę starał się dostać do głównej drabinki przez eliminacje.

– Przygotowywałeś sie do sezonu z Lucasem Pouille. Jak nawiązałeś z nim kontakt?
– Trenowałem z nim kilka lat temu podczas turnieju w Miami. Zagrałem z nim kilka treningów i zapamiętano mnie. We wrześniu napisał do mnie jego trener, czy nie chciałbym przyjechać do Dubaju na obóz przygotowawczy. Z chęcią tam pojechałem, bo dla mnie to ogromne doświadczenie. Wiele mogłem wyciągnąć od Lucasa.

– Jak wyglądał czas na miejscu?
– Trenowaliśmy po dwie i pół godziny dziennie. Przygotowywałem się też do sezonu z moim trenerem od przygotowania fizycznego – Przemysławem Piotrowiczem. Było bardzo intensywnie, ale pchnęło mnie to do przodu. Widziałem, że Pouille wcale nie gra dużo lepiej ode mnie. Potrafiłem z nim wygrywać różne gry. Wiadomo jednak, że w tenisie nie chodzi o to, żeby wygrywać na treningach, tylko w spotkaniach.

Najbardziej szkoda, że nie ma dużej liczby turniejów. Przede wszystkim challengerów. To mogłoby pchnąć polski tenis do przodu. Młodsi zawodnicy mogliby dostawać "dzikie karty" do eliminacji i podpatrywać wyżej sklasyfikowanych tenisistów. Hurkacz o polskim tenisie

Iwański: tenisowe życie w Polsce jest na śmiesznym poziomie

Denis Shapovalov (fot. Getty) – Takim wydarzeniem, które mogło wywindować cię w górę rankingu były eliminacje Australian Open. Ostatecznie nie udało się awansować do turnieju głównego...
– Celem na końcówkę poprzedniego sezonu było załapanie się do eliminacji Australian Open. Jeszcze w październiku było to bardzo odległe, znajdowałem się za 400. miejscem w rankingu. Zmieniło się to dopiero podczas ostatnich pięciu turniejów w roku. Super, że udało mi się polecieć do Australii. Szkoda mi drugiego meczu z Włochem Matteo Berettinim, bo była szansa wygrać. Zagrałem dwa mecze i wierzę, że w kolejnych Wielkich Szlemach będę się poprawiał.

– Jeździłeś też na turnieje wielkoszlemowe jako junior. Masz swój ulubiony?
– Nie staram się tego brać pod uwagę. Każdy turniej to inna historia. Wielkie Szlemy różnią się od siebie. Australia jest świetnym miejscem. Bardzo mi się tam podobało. Klimat, otoczenia, ludzie sprzyjały dobrej grze w tenisa. Atmosfera była naprawdę niesamowita. Nie mogę się doczekać już kolejnych wyzwań.

– W Australii było bardzo gorąco. Nie przeszkadzał ci upał?
– Było upalnie, ale więcej problemów miałem we wcześniejszym turnieju. Jeśli odpowiednio wcześniej się przyleci, to klimat jest... fajny.

– Od dawna jesteś nadzieją polskiego tenisa, na pewno miałeś okazję zobaczyć jak trenują twoi rówieśnicy. Mocno od nich odstajemy?
– Jest jeszcze trochę do zrobienia. Najbardziej szkoda, że nie ma dużej liczby turniejów. Przede wszystkim challengerów. To mogłoby pchnąć polski tenis do przodu. Młodsi zawodnicy mogliby dostawać "dzikie karty" do eliminacji i podpatrywać wyżej sklasyfikowanych tenisistów. Mogliby się przekonać, jak niewiele im do nich brakuje. Tych szans jest trochę za mało. Wierzę, że dogonimy bardziej rozwinięte kraje, chociaż te, które goszczą turnieje wielkoszlemowe są niedoścignione. Mają ogromne budżety federacji.

– Szansą do nauki są zgrupowania przed Pucharem Davisa. Kiedy przyjeżdżałeś jako młody zawodnik to podpatrywałeś Kubota i Marcina Matkowskiego?
– Oczywiście. Łukasz jest teraz pierwszy na świecie, także to jest fantastycznie, że mamy takiego zawodnika w kraju. Włożył w to wiele lat ciężkiej pracy. Jest na kim się wzorować.

– Mówiłeś, że lubisz Australię... a podoba ci się Mediolan?
– Wiem, o czym mówisz (śmiech)... Na pewno nie będzie łatwo, ale to byłoby super osiągnięcie. Zawodnicy w moim wieku grają już w turniejach ATP. Im łatwiej jest zdobywać dużą liczbę punktów. Jeśli uda mi się wejść na poziom ATP, to mogę załapać się do najlepszej ósemki.

– Młodych zawodników w tourze jest kilkunastu. Ktoś ci specjalnie imponuje?
– Wszyscy mają odpowiednie narzędzia, żeby grać na wysokim poziomie. Trudno wyróżnić kogokolwiek. Denis Shapovalov pokazał jednak w Montrealu, że można zrobić świetny wynik. Miałem z nim tam okazję trenować. W pierwszej rundzie turnieju głównego obronił kilka piłek meczowych, a później pokonał Rafaela Nadala, Juana Martina del Potro i doszedł do półfinału. Kilkanaście dni później przedarł się przez eliminacje US Open i doszedł do czwartej rundy. Awansował bardzo dużo w rankingu. To pokazuje jak blisko są najlepsi. Trzeba mieć tylko trochę szczęścia. Shapovalov z rankingu 170. stał się nagle 60. zawodnikiem świata. Teraz regularnie potwierdza, że na to zasłużył.

– Przykład Shapovalova pokazuje, że można szybko awansować...
– Denis pokazał, że jest szansa tam się wbić. To motywuje zwłaszcza, że z nim trenowałem. Wierzę, że jest szansa spełniać marzenia w turniejach ATP.

Synówka: porażka buduje relację zawodnika z trenerem

najpopularniejsze

Nowe pokolenie polskich siatkarek. "Mogą zaistnieć na mistrzostwach Europy"

Klasyfikacja Złotego Buta. Mbappe dogonił Piątka

Kibice nakręcili Grosickiego. "Terroryzował rywali"

Diego Simeone: La Liga ciekawsza bez Cristiano Ronaldo. Pojawił się chaos

Bolt spełni marzenie? Sprzeczne informacje agenta i klubu