Mundial 2018. U sąsiada z tabeli. Biegaj albo giń...

Magdalena Żywicka
07 cze, 13:30 | Kolumbia
udostępnij
Źródło: SPORT.TVP.PL
(fot. Getty Images)
Cali to miasto salsy. Jej rytmy brzmiały na imprezie u Cristiana Borjy, gracza Toluki. Alejandro Penaranda, 24-letni napastnik Cortului, nigdy z niej nie wrócił. Kolumbia to przemoc, a futbol nie jest od niej wolny.

U sąsiada z tabeli. Senegal – żądza rewanżu

Prócz salsy Cali słynie ze… śmierci. To najbardziej niebezpieczne miasto w kraju, dziesiąte na świecie. Każdego dnia giną tam średnio trzy osoby. Penaranda miał pecha. Miała zginąć jakaś kobieta, ale trafiło na niego. Morderca zdołał jeszcze ranić Heissena Izquierdo, kolegę z klubu. Te wydarzenia nie miały miejsca w brutalnych latach 90., ale 1 czerwca 2018 roku.

El Dorado
Tutaj nawet początki futbolu rodzą konflikt. O miano kolebki piłki nożnej rywalizują Barranquilla, Santa Maria i Pasto. Może pogodzi ich Bogota i pułkownik Henry Lemly, który w 1880 założył szkołę wojskową? Grano tam w piłkę nożną. Jedno jest pewne. Pojawiła się, gdy kraj trawiła Wojna Tysiąca Dni. Wewnętrzny konflikt pomiędzy konserwatystami, a liberałami – La Violencia – powtórzył się w 1948. W tym samym roku powstał Dimayor. Federacja organizująca pierwszą oficjalną ligę. Złote czasy przypadły na lata wojny domowej.

Nazwano je El Dorado. Oczywiście musiały rozpocząć się walką. Tym razem nie w Kolumbii, a w Argentynie. Strajk piłkarzy przeciwko rządom Juana Perona doprowadził do ich masowej emigracji. Do Kolumbii przybyli gracze formatu Alfredo Di Stefano i Adolfo Pedernery. Sytuację najlepiej wykorzystali Millonarios, zdobywając cztery mistrzostwa w pięć lat. To był policzek dla Argentyny. Jej federacja złożyła do FIFA skargę na "piractwo" Dimayor. Kolumbię wykluczono i mogła wrócić do międzynarodowego grona dopiero gdy obcokrajowcy ją opuścili. El Dorado dobiegło końca. Transfer Di Stefano do Realu zamknął epokę.

O władzę nad piłką też była wojna. Ścierały się dwie organizacje: Dimayor i założona wcześniej Adefutbol. FIFA była bezsilna wobec wzajemnych donosów i sabotażu. Zmagania zakończył dopiero upadek Adefutbol w 1966. Tak się załatwia sprawy w Kolumbii.

Andres Escobar (z przodu, fot. Getty)

"Życie się na tym nie kończy"
"Do zobaczenia. Życie się na tym nie kończy" – pisał w El Tiempo Andres Escobar. Na mundial 1994 Kolumbia jechała po medal. Nigdy nie miała tak silnej reprezentacji. Drużyna Carlosa Valderramy, Rene Higuaity, Faustino Asprilli, Leonela Alvareza... i Andresa Escobara. Pokonanie w eliminacjach mocarnej Argentyny 5:0 wywołało euforię. Mistrzostwa okazały się jednak klęską, o której przesądziło jedno trafienie. W 35. minucie meczu z USA Andres interweniuje tak źle, że kieruje piłkę do własnej bramki. Samobój pozostawia drużynę na ostatnim miejscu grupowej tabeli.

Jego dziewięcioletni siostrzeniec oglądał mecz w telewizji. – Mamo, zabiją Andresa! – krzyczał, gdy padł feralny gol. Matka go uspokajała. – Nie, kochanie. Ludzie nie giną za błędy.

Nazywają go dżentelmenem futbolu. Jest wykształcony, wychował się w dobrze sytuowanej rodzinie – a to tam rzadkość. W szczególności, gdy rodzisz się w latach 80. w Medellin, gdzie popełnianych jest 80 morderstw w tygodniu. Ironia losu zechce, by dzielił nazwisko z szefem największego kartelu narkotykowego – Pablo Escobarem. Nie ma między nimi pokrewieństwa, dzieli ich wszystko. "El Patron" chce uczynić z piłki prywatny folwark. Gdy wzywa kadrowiczów, by rozegrali w jego posiadłości mecz odmówił tylko Andres. W jakiś sposób, w świecie utaplanym w krwi i kokainie, pozostał czysty.

27 lat to wspaniały wiek dla piłkarza. Finalizowany jest transfer Arrigo Sacchiego do Milanu. Za pół roku czeka go ślub z Pamelą, której oświadczył się pięć lat temu. Narzeczona błagała go by nie wychodził z domu. Dla dręczonego przemocą kraju futbol jest kotwicą. Klęska na mistrzostwach sprawia, że piłkarze stają się kozłami ofiarnymi. Narastająca wściekłość społeczeństwa skupia się na nich. Andres jest tego świadom Tylko on wrócił do kraju bezpośrednio po mundialu, inni nie mieli odwagi. Uważał, że musi spojrzeć w oczy kibicom i wziąć odpowiedzialność. W końcu był kapitanem.

W szyję trafiło go sześć kul kalibru 38. Za spust pociągnął Humberto Munoz, ochroniarz braci Gallon Henano. Kiedyś pomagierzy Pablo Escobara, przystali do Carlosa Castano. Munoz twierdzi, że to nie oni kazali zabić. Spał w samochodzie, gdy się obudził zobaczył, że ktoś szarpie się z nimi na parkingu. Nie znał tego gościa. Był ochroniarzem, musiał ich bronić. Podszedł i strzelił, od tyłu.

Chcemy ci podziękować za pięknego samobója, sk…synu – mówił wcześniej Juan Gallon. Rodzina Andresa jest przekonana, że bracia stali za morderstwem. Poszło o przegrane zakłady. Za zbrodnię odpowiedział wyłącznie Munoz. Dostał 44 lata. Wyszedł po dziesięciu, za dobre sprawowanie.

120 tysięcy żałobników na pogrzebie uważało Andresa za ofiarę błędu na boisku. Francisco Maturana, ówczesny selekcjoner, widzi to inaczej. – Nasze społeczeństwo uważa, że piłka zabiła Andresa. Błąd. Andres był piłkarzem, którego zabiło społeczeństwo.

"Tylko Bóg może nas sądzić"
Escobar i Penaranda nie stanowią odosobnionych przypadków. 1993 – Omar Canas, 23 lata, jedna kula. 1995 – Arley Bedoya, 19 lat, jedna kula. 2000 – Juan Guillermo Villa, 24 lata, piętnaście kul. 2004 – Alberto Usuriaga, 37 lat, trzynaście kul. 2009 – Edwin Martinez, 19 lat, jedna kula. 2012 – Alex De Avila, 22 lata, pięć kul. 2012 – Edair Mejia, 17 lat, pięć kul. Litania zamordowanych piłkarzy jest znacznie dłuższa. Klubowe barwy nie mają znaczenia. Czasem giniesz w mafijnych porachunkach. Czasem za kobietę. Czasem ot tak, przypadkiem. Nikt nie wie dlaczego. Wiedza może nie wyjść na zdrowie.

Wybaczam im z głębi serca. Tylko Bóg może nas sądzić – zapewnia Herly Alcazar  – Na nikogo nie doniosę, nic nie widziałem, nie rozpoznałabym nikogo. Nic nie pamiętam. Były piłkarz Millonarios leży w klinice El Prado. Młodziutki Alex De Avila leży w kostnicy. Podczas strzelaniny w Barranquilli miał mniej szczęścia niż kolega.

Kronika zapowiedzianej śmierci

W 1989 nie będzie mistrza. – Schyl się, Chucho! To nie dla ciebie – krzyczy sicario zanim odda strzał, kończący rozgrywki w tym sezonie. To znów nie piłka, a pocisk. Trafia w nogę sędziego liniowego Alvaro Ortegi. Potem dosięgnie go kolejnych dziewięć kul. Zabójca odjeżdża. Jesus Diaz, znany jako "Chucho", jest jego kolegą ze składu sędziowskiego. Próbuje złapać samochód, który zabierze ich do szpitala. Szli piechotą do knajpy o nazwie Sorpresa. Rzeczywiście, cóż za niespodzianka! Taksówkarz odmawia kursu. Nie chce zabrudzić samochodu krwią Ortegi. Ktoś z przechodniów próbuje pomóc. Nic nie może zrobić, ale w przedziwny sposób wraz z nim znika portfel rannego. Złodziej ma pecha – Ortega nosi pieniądze w innej kieszeni. W końcu Diaz znajduje auto, które zawozi ich do szpitala. Jest za późno. Alvaro Ortega, mąż Betty, ojciec Moniki i Any Loreny, dawno się wykrwawił. Que sorpresa! Bynajmniej. Ta śmierć była zapowiedziana.

Tego dnia byłem z "El Patronem". America wygrała z Independiente dzięki pomocy sędziego. Pablo odebrał to jako urazę. Wydał "Chopo" rozkaz zabicia Ortegi. Tak Jhon Jairo Velasquez, pseudonim "Popeye", prawa ręka Pablo Escobara, wspomina 26 października 1989. America wygrała 3:2. To pierwsza odsłona dwumeczu między drużynami kontrolowanymi przez rywalizujące kartele. Na dwie minuty przed końcem Ortega anulował gol dla Medellin. Podniesienie chorągiewki jest równoznaczne z wyrokiem.

Ostrzeżenie padło rok wcześniej, gdy porwano arbitra Armando Pereza. Wrócił z wiadomością: "sędziowie, którzy nie wiedzą jak gwizdać będą znikać". Rewanż Independiente z Ameriką zaplanowano w Medellin, na terenie Escobara. Diaz złożył do Dimayor podanie o odsunięcie Ortegi od  meczu, ale nie dostał odpowiedzi. Liniowy także nie chce ugiąć się pod presją. Tuż przed spotkaniem odbiera połączenie. – Spokojnie, nic się nie dzieje. Potem ci powiem – odpowiada na pytanie Diaza. Nie będzie miał okazji. Mecz zakończył się bezbarwnym 0:0. Dwie godziny później życie Ortegi zakończyło dziesięć kul. 10:0 dla Escobara. Po raz pierwszy rozgrywki zostały anulowane. Niektórzy sędziowie rzucają profesję. – Tej nocy nie zamordowano jednego arbitra – mówi Diaz. – Zabito nas obu.

"Sam pójdę strzelać"
Mafijna kontrola nad arbitrażem przekracza granice. Argentyńscy sędziowie: Juan Brava, Abel Gnecco i Carlos Esposito, mają poprowadzić półfinał pomiędzy Atletico Nacional a Danubio Montevideo. W pierwszym meczu Urugwajczycy wygrali 2:0. – Spójrzcie, właśnie tam po prawej widać grób arbitra zamordowanego po meczu lokalnej ligi – opowiada im w drodze do hotelu Octavio Sierra, kolumbijski kolega po fachu. –  Mój Boże, co za barbarzyństwo! Temat rozwinie czterech sicarios Escobara, którzy w nocy przyjdą do ich pokoju. Mają walizkę z 50 tysiącami dolarów dla każdego i broń półautomatyczną. Wybór należy do nich. Brava i Esposito chcą uciekać, dzwonić na policję. Gnecco stara się zachować zimną krew. – Słuchaj – powie mu Brava, – jeśli po dziesięciu minutach Nacional nie będzie prowadzić 2:0 to rzucam tę cholerną chorągiewkę i sam idę strzelać. Mam dzieci do wychowania. Mecz kończy się wynikiem 6:0 dla Medellin. Większość goli pada po kuriozalnych błędach graczy Danubio. Urugwajczycy nigdy nie przyznali, że  sprzedali mecz.

Losowanie wyznacza Juana Bravę do kolejnego meczu Nacional – finału z paragwajską Olimpią. Nie zgodzi się na powtórkę koszmaru. Trafi na Juana Lostau, Jorge Romero i Francisco Lamolinę. Dostaną ten sam wybór: walizka albo pocisk. Pieniędzy nie przyjmą, a o ich życiu decydować będzie siedemnaście rzutów karnych. Po niemiłosiernie długiej serii jedenastek drużyna z Medellin zwycięży. To pierwsze w historii Copa Libertadores dla Kolumbii.

Na ulicach fiesta. W tym czasie dwa samochody zajeżdżają drogę taksówce wiozącej Lostau. – Nie wywiązałeś się z umowy. Daliśmy ci kasę, a ty ją odrzuciłeś. Nie zrozumiałeś wiadomości. Napastnicy porzucą go w szczerym polu, sześć kilometrów od miasta.

Ośmiornica
Fajny facet: buduje boiska i ośrodki treningowe, tworzy miejsca pracy. Handluje koką i zabija ludzi. Pablo Escobar wiedział, że społeczeństwo pragnie chleba i igrzysk. Futbol był dla niego narzędziem propagandy. Pompowanie brudnych pieniędzy w Atletico Nacional nie przeszkadzało mu w zastraszaniu i korumpowaniu dla Independiente. Ważne było jedno – Medellin. Miało zachłysnąć się piłkarskimi sukcesami i pozostać ślepe na resztę. – W Pablo Escobarze widziałem i dobro, i zło – wspomina Rene Higuaita. Gdy "El Patron" trafił do więzienia bramkarz go odwiedza. Tylko siostrze powie, że nie miał wyboru. Po latach Faustino Asprilla wyzna, iż musieli to robić wszyscy kadrowicze. Rozegrali nawet prywatny mecz za murami La Catedral. "El Loco" miał pecha –  jego jednego przyłapali dziennikarze.

Podobno przed koką zawsze jest zioło. Kolumbijska piłka zaczęła ćpać na dobre. W latach 70. bracia Davila rozpoczęli modę na "posiadanie" klubów. Z handlu marihuaną finansowali Union Magdalena. Potem kartele kokainowe rozerwały futbol na strzępy. Pablo Escobar zagarnął Atletico Nacional. Fernando Carillo i Daniel Barrera: Santa Fe. Gonzalo Rodriguez: Millonarios. Bracia Orejuela: America de Cali. Ignacio Aguirre: Tolima. Octavio Piedrahita: Deportivo Pereira. Hector Mesa: Independiente. Piłka rozkwita nawożona brudnymi pieniędzmi i krwią. Na ten czas przypadają największe sukcesy reprezentacji Maturany. Podczas mundialu 1990 Escobar dzwoni do niego przed każdym meczem. Selekcjoner musi dawać słuchawkę wybranym zawodnikom. – Narkobiznes to ośmiornica, dosięga wszystkiego i piłka nie jest wyjątkiem – mówi Maturana.

Czy upadek karteli przyniósł oczyszczenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z największych klubów wykorzeniono pozostałości lat 80. Jednak to, co było na powierzchni, zeszło do podziemia. Handel narkotykami przejęły organizacje paramilitarne. Mariaż mafii z futbolem trwa; jest teraz na niższych szczeblach rozgrywek, wszystko dzieje się z większą ostrożnością. Amerykańska agencja rządowa ds. walki z narkotykami obserwuje kilka klubów z Kolumbii. Jednym z nich jest Envigado. To tam wychował się James Rodriguez.

Detoks

Odcięcie kroplówki z mafijnymi pieniędzmi postawiło kluby nad przepaścią. Uzależnione od "opiekunów" poszły na detoks. America de Cali, niemalże stworzona przez braci Orejuela, spada na zaplecze. Do pierwszej ligi wróciła dopiero dwa lata temu. Zmian potrzebowało samo Dimayor, przeżarte korupcją. Zaczęto odbudowę. Zadbano o legalnych sponsorów, zwiększono przychody z praw telewizyjnych. Poprawiono bezpieczeństwo i standard stadionów. Wzorem Hiszpanii wprowadzono sprzedaż karnetów. Zamiast narkotyków pieniądze płyną z transferów. Tylko Brazylia wyprzedza Kolumbię pod względem przychodów ze sprzedaży graczy. Mimo takiego exodusu liga rośnie w siłę. Dziś wg FIFA jest szósta na świecie. Na kontynencie przebija ją jedynie Argentyna.

Realia kolumbijskiej piłki nadal dramatycznie różnią się od europejskich. Niemal połowa zawodowych piłkarzy pracuje na tzw. "podwójnych kontraktach". To półlegalna praktyka, w której większość wynagrodzenia przekazywana jest w formie premii. Do niedawna większość graczy pozbawiona była ubezpieczenia zdrowotnego i NW. To samo dotyczy sędziów. Wielu pracuje bez umowy. Proces jest nieodgadniony, arbitra można odsunąć od rozgrywek bez uzasadnienia. Pensje sędziowskie są niskie, co zwiększa pokusę korupcji. – Na wszelki wypadek nie odbieramy telefonów przed meczami – wyznaje jeden z arbitrów, Andres Rojas. Przemoc to codzienność. Śmierć Penarandy to nie jedyny dowód. W zeszłym roku ultrasi Deportivo Cali wdarli się na trening, grożąc zawodnikom. W lutym wywiesili przed stadionem transparent. "Biegajcie albo gińcie".

Wszystko jest teraz w rękach Argentyńczyka. Nikt w historii nie prowadził Tricolores tak długo, jak Jose Nestor Pekerman. Pod jego opieką powrócili do finałów po szesnastu latach. To nie jest wielka Kolumbia lat 90. Nie ma już Valderramy, Higuaity i Iguarana. Nie ma też Pablo Escobara i braci Orejuela. Są James Rodriguez, Carlos Sanchez, Falcao, Cuadrado... Pokolenie po detoksie.

Magdalena Żywicka