Minione miesiące były dla Marcina Brzezińskiego prawdziwym testem na cierpliwość. Najpierw mistrza świata w czwórce bez sternika wykluczyła kontuzja, następnie obrażenia, których doznał w wypadku na rowerze, a ostatnio koronawirus. Kilkanaście dni temu wioślarz WTW Warszawa dołączył do kolegów z osady, a w piątek wystartuje w swoich pierwszych w tym roku zawodach: Pucharze Świata w Zagrzebiu.
Beata Oryl-Stroińska, TVPSPORT.PL: Wracasz do osady po perypetiach ze zdrowiem, czy to oznacza, że jesteś już w pełni gotowy i nic tobie nie dolega?
Marcin Brzeziński: – Koronawirusa przechodziłem bardzo łagodnie. Nie zauważyłem żadnych skutków ubocznych, poza tym, że trening, który mogłem wykonywać w domu był mniej objętościowy i przez to mogła być troszkę gorsza dyspozycja. Teraz szybko jednak nadrabiam ten stracony czas.
– To była prawdziwa kumulacja zdarzeń, bo przed kwarantanną miałeś wypadek na rowerze, a następnie uraz mięśniowy. Nie ma już po nich śladu?
– No tak, wszystko zaczęło się podczas kolejnego zgrupowania w Portugalii. Nabawiłem się urazu mięśnia bocznego uda, pod pośladkiem. Ból był tak silny, że całkowicie uniemożliwiał mi normalny treningi i wiosłowanie. Nie tylko przez tydzień nie mogłem schodzić na wodę, ale także ćwiczyć na ergometrze. Miałem problem z wykonywaniem na treningu najprostszych ruchów. Kiedy już wyleczyłem uraz, to wybrałem się rowerem do sklepu. No i wycieczka zakończyła się fatalnie. Na progu zwalniającym była śliska nawierzchnia, co spowodowało upadek. Uderzyłem głową o asfalt, i chociaż początkowo wydawało się, że nie jest źle, to po wizycie w szpitalu okazało się, że ukruszone są kości: jarzmowa i czoła. Zalecono, abym przez trzy tygodnie odpuścił maksymalny wysiłek, dlatego trenowałem, ale z mniejszymi obciążeniami.
– Ale na kolejne zgrupowanie do Wałcza, tuż przed mistrzostwami Europy, przyjechałeś?
– Tak, stawiłem się wraz z całą reprezentacją, ale już wtedy została podjęta decyzja, że do Varese nie pojadę. Wypadło mi zbyt dużo treningów. No i okazało się, że dobrze, że trener tak zdecydował, bo dosłownie po jednym dniu musiałem zgrupowanie zakończyć. Dostałem bardzo wysokiej gorączki, ponad 40 stopni i natychmiast opuściłem COS w Wałczu. Zrobiłem test na koronawirusa, wynik był pozytywny. Szczęście w nieszczęściu, że chłopacy już wcześniej zaczęli trenować z Łukaszem Posyłajką, bo dzięki mogli wystartować w mistrzostwach Europy.
– Wystartowali, ale nie zdobyli medalu. Zajęli 5. miejsce. To twoim zdaniem dobry wynik?
– Trzeba zwrócić uwagę na to, że osada wystartowała w rezerwowym składzie, nie była to osada mistrzów świata. Dlatego uważam, że był to dobry start, zwłaszcza w półfinale, gdzie ładnie płynęli, walecznie, do samego końca. W finale zabrakło trochę wypływanych kilometrów, które są niezbędne dla każdej osady. Tu trochę tych kilometrów brakowało, nie było automatyzmu, który pozwoliłby równie dobrze popłynąć w finale.
– Coś cię zaskoczyło w rywalizacji czwórek bez sternika podczas tych inauguracyjnych regat?
– Śledziłem zawody z dużą uwagą, byłem z chłopkami cały czas w kontakcie, zarówno przed startami, jak i po. Co do wyników w naszej konkurencji, to przyznam, że je przewidziałem. Było tak, jak się spodziewałem. Bez niespodzianek.
– W trakcie regat w Varese trener Wojciech Jankowski mówił, że na pierwszy Puchar Świata do Zagrzebia też nie pojedziesz. W zamian miałeś wystartować w przejazdach kwalifikacyjnych dwójek na Malcie w Poznaniu. Skąd zmiana decyzji?
– Te plany były snute, gdy ja jeszcze byłem na kwarantannie w domu i nie było wiadomo w jakiej będę dyspozycji. Dopiero po wykonaniu badań okazało się, że nie jest tak źle, jak w przypadku niektórych zawodników, którzy koronawirusa przeszli podczas grudniowego zgrupowania w Portugalii. Tak naprawdę po trzech treningach czułem się już bardzo dobrze, dlatego uznaliśmy, że nie ma powodu, by mój powrót do czwórki odkładać na później. Postanowiliśmy, że wystartujemy razem już w Zagrzebiu.
– Jaki zatem cel na te regaty? Pierwsze w tym roku w optymalnym składzie.
– Nie ma co się rozdrabniać. Oczywiście, że celem jest medal. Startujemy w podstawowym składzie (z Mateuszem Wilangowskim, Mikołajem Burdą i Michałem Szpakowskim – przyp.red) i chociaż brakuje trochę zrobionych na wodzie kilometrów, to będziemy to nadrabiać w trakcie sezonu. Jesteśmy już po pierwszym treningu w stolicy Chorwacji, był bardzo dobry, dużo lepszy od tych, które były w Wałczu.
– A jak ocenisz sam obiekt? Tor na jeziorze Jarun przeszedł gruntowny remont. Robi wrażenie?
– Właśnie się zastanawialiśmy, czy ktoś z nas kiedykolwiek tutaj startował i okazało się, że Mikołaj Burda ścigał się tutaj w 2000 roku w mistrzostwach świata juniorów. To były ostatnie międzynarodowe regaty, które się tutaj odbyły. Powiem szczerze, że po zobaczeniu tego toru, dziwię się, dlaczego wcześniej nie przyjeżdżaliśmy do Zagrzebia? Wygląda to imponująco, przemyślano cały układ toru, przestrzeń do rozgrzewki, rozpływania, do tego obiekt jest pięknie położony. Szkoda, że zawody nie są silniej obsadzone, ale jeśli medialnie będzie to dobrze wyglądało, to pewnie już niedługo tutaj wrócimy na kolejne regaty.
– A w waszej konkurencji, czwórek bez sternika, jest silna konkurencja?
– Zgłosiło się tylko sześć osad, nie ma nikogo z medalistów niedawnych ME w Varese. Pogoda na razie też nie jest zbyt sprzyjająca, bo jest zimno i deszczowo, ale na same zawody ma już być lepsza.