| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa
Vladislavs Gutkovskis w tym sezonie rozegrał w barwach Rakowa Częstochowa łącznie dziesięć spotkań, w których strzelił sześć goli. – Od przyjścia do zespołu zacząłem inaczej patrzeć na piłkę. Nie byłem przyzwyczajony do pewnych zachowań – wyznał Łotysz w rozmowie z TVPSPORT.PL, w której porozmawialiśmy o wymaganiach Marka Papszuna, stylu gry drużyny, a także o reprezentacji 26-letniego napastnika. Transmisja meczu Raków – Pogoń w niedzielę w TVP.
Maciej Rafalski, TVPSPORT.PL: – Mecz z Górnikiem Łęczna zakończył waszą zwycięską serię. Czego zabrakło w poprzedni weekend?
Vladislavs Gutkovskis: – Od początku sezonu punktujemy bardzo dobrze, ale po tym meczu czuję olbrzymi niedosyt. Zmarnowaliśmy rzut karny, mieliśmy parę innych szans. Powinniśmy wygrać, a nie zremisować. W pierwszej połowie mieliśmy też sporo strat, nie graliśmy tak, jak wymaga od nas trener. Do tego zabrakło skuteczności i szczęścia. Takie słabsze spotkania zdarzają się jednak każdej drużynie. Wierzę, że teraz znów będziemy wygrywać.
– Zajmujecie czwarte miejsce, ale przed tą kolejką macie tylko trzy punkty straty do pierwszego Lecha Poznań. W dodatku zostało wam do rozegrania zaległe spotkanie. Celujecie w mistrzostwo?
– Na razie idziemy mecz po meczu. Nie ma wielkiej presji, nikt na nas nie naciska. Każde kolejne spotkanie będzie tak samo ważne. Ciężko pracujemy, a sztab szkoleniowy przed każdym meczem dostarcza nam mnóstwo informacji na temat danego rywala. Później wykorzystujemy to na boisku. Na razie to podejście się sprawdza.
– W całym minionym sezonie strzeliłeś siedem goli, chociaż sytuacji było znacznie więcej… Nieskuteczność cię irytuje?
– Co mecz była co najmniej jedna dobra okazja. Po czterech kolejkach zdobyłem wtedy już cztery bramki, ale później coś się zacięło... Teraz też mam tyle goli, co wtedy, ale nie wyznaczam sobie jakiejś konkretnej liczby. Trzeba zacząć podchodzić do tego spokojniej. Nie jestem typem napastnika-egzekutora, który będzie trafiał co kolejkę. Kiedyś mocno bym się tym przejmował, teraz patrzę już na to w inny sposób. Największa złość przychodzi po meczu, gdy oglądam te powtórki. Staram się jednak tego nie rozpamiętywać. Potrzebna jest analiza, ale nie rozpaczanie nad tym, co już się wydarzyło.
– W tym sezonie dość często gracie dwoma napastnikami. Jak podoba ci się to ustawienie?
– Czuję się w nim coraz lepiej. Zaczynamy rozumieć się z Sebastianem Musiolikiem, chociaż na początku nie było zbyt dobrze. Obaj jesteśmy wysocy i gramy w podobny sposób, ale na boisku nie sprawia to problemów. Wiemy, co mamy robić.
– Do Rakowa dołączyłeś latem 2020 roku. Jak rozwinąłeś się przez ten czas?
– Zacząłem inaczej patrzeć na piłkę. Początkowo było ciężko, trener dużo na mnie krzyczał. Wcześniej nie byłem przyzwyczajony do pewnych zachowań, pracowałem sam na siebie, biegałem niemal wszędzie. W Rakowie zobaczyłem, że musi być inaczej.
– Wielu piłkarzy wspomina o tym, że na początku miało problem z odnalezieniem się w taktyce Rakowa. Co było dla ciebie najtrudniejsze?
– Zrozumienie, kiedy w odpowiednim momencie mam ruszyć do pressingu. Czasami robiłem to za wcześnie, przez co koledzy zostawali za mną i z ataku nic nie wychodziło. To denerwowało trenera. Wydaje się, że to małe detale, ale często mają one potem wpływ na przebieg akcji. Jako napastnik również mogę mocno pomóc kolegom w obronie.
– Jak scharakteryzowałbyś Marka Papszuna?
–To trener niezwykle zaangażowany w ten projekt. Zarówno on, jak i cały sztab, mocno pracują. Spędzają czas w klubie od rana do wieczora. Trenerzy kapitalnie rozpracowują rywali. Przekazują nam wiadomości o słabych stronach rywala i bardzo często to się sprawdza. Trener jest spokojny, ale są momenty, w których potrafi podnieść głos i na nas nakrzyczeć.
– Nie zawsze jesteś graczem podstawowego składu. Siedzenie na ławce cię denerwuje?
– Chciałbym grać zawsze, ale trzeba akceptować pewne decyzje. Pomysł na każdy mecz jest inny, trener nie musi widzieć mnie w wyjściowej jedenastce za każdym razem. Tylko poprzez dobrą grę po wejściu na boisko z ławki mogę pokazać mu, że zasługuję na pierwszy skład.
– Którzy zawodnicy Rakowa robią na tobie największe wrażenie na treningach?
– Marcin Cebula i Ivy Lopez. Mają świetną kontrolę nad piłką i ułożoną stopę. Bardzo szybko podejmują decyzję. Żaden z nich nie musi skupiać się na prowadzeniu piłki, bo to dla nich wyjątkowo proste. Imponuje mi ich technika.
– Do Rakowa przeniosłeś się po tym, jak wygasł twój kontrakt z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. Nie uwierzę, że spodziewałeś się, że po pierwszym sezonie w Częstochowie zostaniesz wicemistrzem Polski.
– Tego nie spodziewał się w klubie chyba nikt. Oczywiście, po rozmowach z prezesem i trenerem chciałem przyjść do Częstochowy bo wiedziałem, że to niezwykle ambitny projekt, a klub stale się rozwija. Nie zakładałem jednak takich sukcesów już na "dzień dobry". Pamiętałem, jak trudno grało się przeciwko temu zespołowi. Trener chciał mnie mieć w swoich szeregach i bardzo cieszę się, że tak się to potoczyło.
– Gdy Bruk-Bet spadł z Ekstraklasy, zostałeś w klubie. Dlaczego podjąłeś taką decyzję?
– Miałem ważny kontrakt z klubem, więc nie mogłem z dnia na dzień zmienić klubu. Zainteresowanie było, ale postanowiłem, że zostanę. Po rozmowach z władzami klubu uznałem, że spróbuję z drużyną zawalczyć o powrót do Ekstaklasy. Niestety, nie udało się, a po sezonie wygasła moja umowa. Nie chciałem odrzucać oferty z Rakowa.
– Niedługo zagracie z twoim byłym klubem w meczu 1/8 finału Pucharu Polski. W dodatku mecz zostanie rozegrany w Niecieczy, więc wrócą do ciebie wspomnienia.
– Trudno, by przez rok wszystkie emocje uleciały. Przeżyłem tam wiele fajnych momentów, cieszę się, że rozegramy tam spotkanie o sporą stawkę, w obecności kibiców. To będzie dla mnie wyjątkowy mecz.
– W Rakowie wasza codzienna praca wygląda inaczej, niż w twoim byłym klubie?
– Spędzam w klubie więcej czasu. Podejście trenera jest bardzo poważne, przez cały dzień mamy sporo zajęć. Poza treningami są też analizy taktyczne, odprawy. Nie można jednak na to narzekać, bo widać, że jesteśmy świetnie przygotowani do meczów.
– Po roku gry w Rakowie miałeś też okazję spróbować gry w europejskich pucharach. Brak awansu do fazy grupowej Ligi Konferencji był dla ciebie wielkim zawodem?
– Apetyt rósł w miarę jedzenia. Po wyeliminowaniu Rubina Kazań można było wierzyć w to, że pokonamy także KAA Gent. W pierwszym spotkaniu się udało, w drugim kluczowa okazała się bramka stracona w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Potem rywale już nas przełamali. Gdybyśmy dowieźli bezbramkowy wynik do przerwy, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Szkoda, ale to dla nas kolejne cenne doświadczenie, po którym będziemy silniejsi.
– Jesteś reprezentantem Łotwy. Jak w twoim kraju wygląda zainteresowanie futbolem?
– Nie da się tego porównać z polską piłką. Macie ładne stadiony, więcej kibiców i duże zainteresowanie mediów. W Polsce robicie dużo więcej dla rozwoju tej dyscypliny sportu.
– W 2019 roku FC Riga wyeliminowało z europejskich pucharów Piasta Gliwice...
– Poziom czołowych trzech zespołów jest dobry, pewnie poradziłyby sobie one w polskiej lidze. Problemem jest brak konkurencji ze strony innych. Reszta wyraźnie odstaje, także pod względem infrastrukturalnym. Na Łotwie wciąż gra się na sztucznych boiskach. W takich warunkach trudno mówić o możliwości rozwoju. Infrastruktura to podstawa do szkolenia zawodników, a ta jest na bardzo niskim poziomie.
– Wasza reprezentacja od lat nie jest w stanie zakwalifikować się na żadną poważną międzynarodową imprezę. Jest jakaś szansa na to, by w najbliższych latach to się zmieniło?
– Ostatnio są powody do optymizmu. W marcu tego roku w eliminacjach mundialu zremisowaliśmy z Turcją, w październiku przegraliśmy z Turcją i Holandią różnicą jednej bramki, byliśmy blisko korzystnego wyniku. Jest nowy selekcjoner, który powoli układa drużynę. Potrzeba jednak czasu i cierpliwości, a przede wszystkim inwestycji w rozwój piłki w kraju. Jeśli będziemy szkolić lepszych zawodników i będą trafiać do zagranicznych lig, o sukces będzie łatwiej. Teraz trudno myśleć o wielkim sukcesie. To zbyt złożony temat.
– Otrzymałeś powołanie na listopadowe mecze drużyny narodowej, ale wcześniej czeka cię jeszcze starcie z Pogonią Szczecin w barwach Rakowa. Portowcy to kolejna drużyna, która drepcze po piętach Lechowi.
– Na pewno w niedzielę nie będę myślał o meczach reprezentacji. Pogoń to bardzo wymagający, nieprzyjemny rywal. Podobnie jak my są poukładanym zespołem, w którym jest stabilizacja, a trener pracuje od kilku lat. Mamy swój plan i wierzę, że również tym razem da on nam zwycięstwo.