Michał Rynkowski, dyrektor Polskiej Agencji Antydopingowej, odpowiedział TVPSPORT.PL na pytania o kontrowersyjny pomysł "igrzysk dla dopingowiczów", czyli Enhanced Games. Czy ma to rację bytu? Jak bardzo to szkodliwa dla sportu idea?
Enhanced Games to alternatywne dla igrzysk olimpijskich zmagania, które będą aktywnie zachęcać sportowców do stosowania leków zwiększających wydajność. Przedsięwzięcie – mające na celu wsparcie badań nad suplementami diety i biohackami, które przesuwają granice ludzkiej wydajności – jest pomysłem dr Arona D’Souzy, prawnika z wykształcenia.
– Zawody mają objąć pięć dyscyplin (pływanie, gimnastykę, podnoszenie ciężarów, lekkoatletykę i sporty walki);
– "New York Post" w artykule o wydarzeniu podał, że 44 procent olimpijczyków przyznaje się do używania zakazanych substancji, podczas gdy dowiadujemy się tylko o 1 procencie złapanych;
– Jednym z celów Enhanced Games jest zgromadzenie danych na temat tego, na ile farmakologia jest w stanie wydłużyć długowieczność;
– Według D’Souzy do tej pory 900 sportowców wyraziło zainteresowanie udziałem w zmaganiach.
Sara Kalisz, TVPSPORT.PL: – Czy pomysł rywalizacji sportowców, którzy są naszprycowani wszystkimi możliwymi substancjami żeby osiągać lepsze wyniki, jest dla pana z gruntu szaleństwem? A może jest trochę prawdy w stwierdzeniach organizatorów Enhanced Games, że człowiek nie powinien być ograniczony w kwestiach decydowania o własnym ciele przez prawo, federacje czy inne podmioty?
Michał Rynkowski: – Zanim wprost odpowiem na to pytanie, wyjaśnię, dlaczego przeprowadza się kontrole antydopingowe. Sama idea sprawdzania zawodników czy stosują substancje zabronione, czy też nie, zrodziła się z potrzeby ochrony ich zdrowia. Programy antydopingowe w swojej pierwotnej formie miały przede wszystkim za zadanie chronić życie zawodników, bronić przed zbyt daleko idącymi ambicjami zarówno ich, jak i otoczenia.
– Jeżeli chodzi o sam pomysł Enhanced Games, wydaje się, że nie jest nowy. Rywalizację, w której stosuje się doping, można przecież znaleźć we współczesnym sporcie – mam na myśli choćby część zawodów kulturystycznych czy inne zawody organizowane poza profesjonalnym systemem. Czy na przykład strongmani robią wszystko "na czysto"? Nie robiliśmy takich badań, więc pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Myślę jednak, że wszyscy mogą to ocenić samodzielnie.
– Nie zmienia to faktu, że po raz pierwszy pojawiła się konkretniejsza idea stworzenia alternatywnych igrzysk dla dopingowiczów. Zakładam, interpretując przekazy, które się pojawiają, że nie chodzi tylko o doping farmakologiczny, ale również ten technologiczny.
– Generalną ideą jest to, że sportowcy będą funkcjonować trochę jak króliki doświadczalne. Na ich przykładzie badane ma być, czy da się przedłużyć młodość. Sam miliarder, który to finansuje – Peter Thiel – podaje sobie hormony po to, żeby utrzymać masę mięśniową. Czy to oznacza, że ten eksperyment ma jakieś naukowe podstawy?
– Dobrze, że padło słowo "eksperyment". Enhanced Games to tak naprawdę realizacja eksperymentów na zawodnikach. Wiem, że pojawiają się informacje, że wszystko będzie wspaniale zorganizowane i że uczestnicy będą pod odpowiednią opieką medyczną, ale trochę w to wątpię. Moja postawa wynika między innymi z tego, że trzeba zaangażować bardzo poważne siły i środki, żeby przeanalizować wpływ konkretnego preparatu na organizm. Co zrobić, jeśli zawodnicy będą stosowali wiele środków? Nie wiadomo, jak będą reagowały same ze sobą.
– Dla mnie ten pomysł jest wybitnie szkodliwy, przede wszystkim dla wizerunku sportu, który w moim mniemaniu jest jeszcze bardziej przez takie idee wypaczany. Sport to przede wszystkim idee olimpijskie. To gra fair play i rywalizacja opierająca się na równych szansach. Tych ostatnich nie da się określić, jeśli jeden zawodnik weźmie wiaderko z steroidów anaboliczno-androgennych, a drugi tylko pół albo zastosuje inne substancje. Ci gracze mają później rywalizować w tym samych zawodach. Czy to są równe szanse? Wątpię.
– W tym miejscu nasuwa się pytanie: jak w tym wszystkim wprowadzić zasady? Bo to wszystko musi zostać jakoś uregulowane. Nie będzie więc panować całkowita samowolka.
– Chciałem zwrócić jeszcze uwagę na to, że na ten moment nie wydarzyło się nic specjalnego, jeżeli chodzi o Enhanced Games. Wiemy o tym, że do rywalizacji zgłosił się jeden zawodnik. Wymienia się pięć dyscyplin. Nie ma żadnej daty, w której miałyby się odbywać zawody. Kiedy w sporcie coś ma nastąpić za 12 miesięcy, zazwyczaj deadline jest już na tym etapie oficjalnie ogłoszony.
– Znaleziono jednak "ambasadora" wydarzenia, czyli medalistę igrzysk olimpijskich, Jamesa Magnussena. To nie jest anonimowe nazwisko, prawda?
– Prawda. Sam zawodnik niejako podjął się wyzwania bicia rekordu na 50 metrów w stylu dowolnym. To już z perspektywy tylko fizycznej nie będzie łatwe. Czy stosowanie dopingu lub innych dobrodziejstw technologicznych mu pomoże? Trudno mi powiedzieć. Sam zawodnik przyznał się do tego, że głównym "motywatorem" w jego przypadku są pieniądze. Za pobicie rekordu ma dostać milion dolarów. To poważna kwota. Nie zmienia to faktu, że musi wypełnić warunek jej otrzymania.
– Mam wrażenie, że na razie mówimy o tworze totalnie wirtualnym, zapowiedziach w mediach społecznościowych. To bardziej szum medialny niż faktycznie "ulepszone igrzyska". Dla mnie w żadnej mierze nie będą one stanowić poprawy rywalizacji w stosunku do zmagań olimpijskich.
– Artykuł "New York Post", w którym wypowiedzieli się organizatorzy wydarzenia, podawał, że 44 procent sportowców stosuje doping, ale wykrywamy tylko jeden procent z nich. To teoretycznie spora grupa. Czy w świetle takich doniesień może dziwić to, że pojawił się ktoś, kto chce machnąć ręką na obostrzenia i stworzyć projekt polegający na promowaniu dopingu?
– Nie wiem, jak te badania zostały przeprowadzane. W naszych ankietach bazujemy na tym, że zawodnicy są szczerzy. W nich zazwyczaj mówi się o poziomie maksymalnie do 10 procent sportowców, którzy w karierze stosowali doping.
– Kwestia dopingu w sporcie jest szalenie złożona, dlatego że sport nie jest jednorodny. Z jednej strony mówimy o dyscyplinach drużynowych, z drugiej indywidualnych, a także zimowych, letnich. Jedne są bardziej siłowe, inne bardziej wytrzymałościowe, techniczne. Każda dyscyplina wiąże się z innym potencjalnym ryzykiem stosowania substancji zabronionych. Choćby w podnoszeniu ciężarów, trójboju siłowym stosowanie na przykład steroidów anaboliczno-androgennych ma ogromny wpływ na wynik sportowy. Historycznie akurat w tych dyscyplinach dopingu było dużo, podobnie jak w sportach walki, boksie, kolarstwie czy lekkoatletyce – zwłaszcza w biegach krótkich.
– Patrząc na nasze doświadczenia, system antydopingowy jest o wiele bardziej zaawansowany niż był jeszcze kilkanaście lat temu. Dzisiaj zawodnikom trudniej oszukiwać. Nie mówię jednak, że oni tego nie robią, bo zdarzają się czarne owce – jak w każdej branży. Sport nie różni się więc od innych dziedzin życia, w których występują przestępstwa czy wykroczenia, a ludzie chodzą na skróty.
– Dla mnie oszukiwanie nie jest ok. Nigdy też nie będzie na nie społecznego przyzwolenia. Jakby na to nie patrzeć, oszustwem jest stosowanie dopingu. Uczciwi zawodnicy, z którymi współpracujemy, motywują nas do tego, by czynić coraz większe wysiłki na rzecz czystego sportu.
– Dziś mamy 100 sportowców, którzy muszą podawać dane pobytowe w Polsce. Nie liczę tych, którzy są zobligowani do tego przez choćby międzynarodową federację. W sumie ta grupa liczy około 200–250 zawodników. Każdy z nich jest badany co najmniej trzy razy w okresie poza zawodami. Przed igrzyskami w Paryżu wszyscy będą bardzo intensywnie kontrolowani. Nie liczę do tego badań w czasie zawodów. Naprawdę trudno jest oszukiwać.
– Czy dla pana koncepcja Enhanced Games jest trochę realizacją "igrzysk śmierci", odwołaniem do pierwotnych instynktów, tego, by widzieć osoby w Koloseum, pchnięte z własnej woli do granic możliwości z pełnym ryzykiem, że choćby serce może wysiąść, kiedy weźmie się o dawkę za dużo? To też jest element tej układanki?
– Dla mnie przede wszystkim powód jest bardzo przyziemny: są to pieniądze. Wydaje mi się, że zarówno w przypadku osób, które stoją za tym ruchem, jak i potencjalnych zawodników, głównym motywem będzie zarobek. Teoretycznie te zawody mogą stanowić alternatywę dla igrzysk olimpijskich, ale ja jestem dziwnie spokojny. Nie sądzę, że pojawienie się tego typu zmagań wiązać się będzie z wielkim odpływem zawodników profesjonalnych.
– Prawdziwy sport jest oparty o wartości. Jestem przekonany, że ludzie wciąż w nie wierzą. Chcą rywalizacji w oparciu o zasady, które są przejrzyste. Chcą też, by wygrywanie wiązało się z prawdziwym zwycięstwem. Inną kwestią jest to, czy tego typu zawody nie będą stanowiły zachęty dla chociażby udziału Rosjan lub reprezentantów państw, które w jakiś sposób są na cenzurowanym w MKOl. Wydaje mi się natomiast, że ambicje tych krajów są nieco inne i dla nich rywalizacja w głównym nurcie zawsze miała sens.
– Oglądałby pan Enhanced Games?
– Oglądałbym z czystej ciekawości i oczywiście z zawodowego obowiązku. Przede wszystkim interesowałoby mnie kto tam wystąpi i czy byliby jacyś Polacy, a konkretnie czy byliby to aktywni zawodnicy. Szczerze mówiąc wątpię, by sportowcy aktualnie posiadający licencje się na to zgodzili. Bardziej widziałbym potencjał w tych, którzy są na emeryturze sportowej i liczą na to, że przedłużą kariery. No i zarobią. Zobaczymy, co przyniesie życie.