Na świecie nie ma drugiego takiego pięściarza. Rafał Piotrowski był wyróżniającym się amatorem – wywalczył między innymi wicemistrzostwo Polski kadetów. Na ringach zawodowych... nie wygrał ani jednej z 47 walk! Niezwykłą historię śląskiego wojownika przybliży jesienią film "Piotrowsky" w reżyserii Marcina Biegańskiego.
Nazwisko "Piotrowski" było dotąd najczęściej kojarzone ze słynnym Markiem. Losy jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskich sportów walki lat 90. zostały już przybliżone w licznych reportażach oraz w dokumencie HBO "Wojownik". W 2009 roku wielokrotny zawodowy mistrz kick-boxingu został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Rafał Piotrowski nie mógł liczyć nawet na odrobinę takiego zainteresowania. Wielu fanom boksu jego nazwisko nic nie mówi. Jeśli już się o nim pamięta, to ze względu na kuriozalny bilans. Rocky Marciano i Floyd Mayweather są kojarzeni z liczbami 49-0 – wygrywali wszystkie zawodowe pojedynki. U Polaka jest dokładnie na odwrót, a bilans 0-46-1 mówi wszystko. Nigdy nie wygrał – tylko raz zremisował...
– Na amatorskich ringach stoczyłem 144 walki. Moimi przeciwnikami były takie tuzy, jak Arek Małek, Krzysztof Fiedorek, bracia Siwek, Robert Gortat czy Paweł Kakietek. (...) Moim największym sukcesem jest zdobycie w 1993 roku w Bytomiu tytułu wicemistrza Polski kadetów. (...) Co najmniej cztery razy wygrałem mistrzostwa Śląska – opowiadał o karierze amatorskiej w rozmowie z Jakubem Biłuńskim z portalu bokser.org.
Dlaczego tak utalentowany amator nie został utytułowanym zawodowcem? W którym momencie coś poszło nie tak? Czy w ogóle był taki moment? W tej historii nic nie jest czarno-białe. Sam zainteresowany z jednej strony zdaje się być pogodzony z losem, choć nie ukrywa pretensji pod adresem promotorów. Żałuje, że nie przeszedł na zawodowstwo wcześniej i "w inny sposób".
Pierwsze zawodowe walki stoczył w Belgii. W 2005 roku po dwóch porażkach zniknął na pięć lat. Gdy wracał, był już po trzydziestce. W ringu prezentował niewygodny styl mańkuta. Często chował się za podwójną gardą, a trafienie go czystym ciosem było wyzwaniem. Słynął z twardej szczęki – jego walki częściej były przerywane ze względu na rozcięcia i kontuzje.
Od października 2010 roku do sierpnia 2014 roku wyszedł na ring... 45 razy! Sprawdzał debiutantów oraz był rzucany na "pożarcie" bokserskim talentom. Często walką z nim bardziej znani rywale "odbijali się" po kolejnych porażkach. O takich jak on mówi się "bokserzy na telefon". O wielu występach dowiadywał się z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem.
Jego bilans jest mimo wszystko ewenementem. Zazwyczaj pięściarze prowadzeni są w inny sposób. Jeśli często przegrywają, to po kilku porażkach sami rezygnują. Zdaniem Krzysztofa Kraśnickiego, przewodniczącego Polskiego Wydziału Boksu Zawodowego, przynajmniej kilka porażek Piotrowskiego to tak naprawdę zwycięstwa, które z różnych względów nie przypadły mu w udziale. Pewne jest jedno – trzy razy przegrywał na punkty niejednogłośną decyzją punktowych.
Jedną z najmocniejszych scen filmu jest zapis przedostatniej walki Piotrowskiego. W poszukiwaniu upragnionego zwycięstwa wrócił do czeskiego Uścia nad Łabą, gdzie czekał na niego miejscowy faworyt Vladimir Fecko (8-69). Większy rywal nie zdołał złamać Polaka, choć na kartach sędziów wygrał każdą z czterech rund.
Ważniejsze od przebiegu pojedynku jest jednak to, gdzie został zorganizowany. Ring wystawiono... na miejscowym parkingu, między blokami. Z boku ktoś walczy z wymianą akumulatora, inny rozstawił grilla. Boks zawodowy to nie tylko wypełnione stadiony oraz słynne hale w Las Vegas i Nowym Jorku.
Piotrowski w tym samym miejscu walczył wcześniej dwa razy. 8 czerwca 2013 roku pojechał na walkę z Michalem Dufkiem (9-3), choć dzień wcześniej... walczył z Jackiem Wyleżołem (4-0) w Oświęcimiu! Wtedy też nie dał się złamać. Przegrał wyraźnie, ale sędzia punktowy przyznał mu nawet wygraną w jednej z rund.
Nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie "Rocky". To właśnie po seansie tego filmu chłopak z Gliwic postanowił, że zostanie pięściarzem. Jego losy najpełniej udowadniają, że nie wszystkie bokserskie historie są tak cukierkowe. Na każdego mistrza świata przypadają tysiące, którym nie udało się odnieść sukcesu. Łączy ich jedno – niezaprzeczalna miłość do boksu.
Ta pasja jest motywem przewodnim filmu Biegańskiego. Chropowate ujęcia pokazują szerzej nieznaną pięściarską rzeczywistość. Główny bohater przez długi czas jest tu obecny tylko duchem, a historia przypomina jedną z miejskich legend. O jego talencie wypowiadają się byli trenerzy – tuzy śląskiego boksu. Wyjątkowo ważne jest spotkanie z Janem Hajdugą, pierwszym szkoleniowcem. Sybirak wspomina dawne czasy. Gdy wyprowadza firmowy lewy prosty, w jego oku pojawia się błysk. Widać, że wciąż żyje boksem.
"Rodzinę Hajdugów wywieziono spod Lwowa w czterdziestym pierwszym. Janek miał wtedy osiem lat. Widział poszarzałą głowę swojego brata, puchnącą z głodu jak skórzany bukłak napełniany wodą. Dotykał cierpienia rodziny Dudków, która umierała w sąsiednim baraku. Jadł z nimi korę i szyszki, rzygał i sikał krwią dekadę przed wejściem do ringu" – przybliża historię szkoleniowca Biłuński.
Twórcom filmu nie sposób odmówić wyobraźni. Wyjątkową karierę traktują zaledwie jako punkt wyjścia. Snują opowieść, w której nic nie jest do końca pewne. Czy Polak rzeczywiście spotkał Floyda Mayweathera? Czy w marcu 2017 roku wrócił na ring i wreszcie wygrał? Koniec końców, nie ma to znaczenia. Nie każdy polski pięściarz kończy w glorii i sławie jak Andrzej Gołota czy Tomasz Adamek. Na każdy "American dream" przypadają setki podobnych śląskich miraży.
"Piotrowskym" Biegański upomina się o sportowców zapomnianych. I choć szacunek należy się już za sam ten fakt, to nie można przejść obojętnie wokół czegoś innego – choć w obrazie nie brak specyficznego humoru, to główny bohater został potraktowany śmiertelnie poważnie. A że nigdy nie wygrał zawodowej walki? Ktoś musi przegrać, by wygrać mógł ktoś...
Kacper Bartosiak
Follow @kacperbart