| Siatkówka / Rozgrywki Ligowe
Mistrzem ZAKSA, wicemistrzem ONICO. Rewelacją "Jurajscy rycerze" z Zawiercia, a dziurawą łajbę miała Stocznia Szczecin. Miniony sezon w siatkarskiej PlusLidze przypominał epizod opery mydlanej. Sportowo – bez zastrzeżeń – ale tak po ludzku, jedno wielkie, pomieszanie z poplątaniem.
Sezon 2018/19 był na tyle przaśny, że doczekał się kolażu z młodzieżowym słowem roku 2018, tj. "dzban". Pojęcie "DzbanLiga" i jego upowszechnienie, zwłaszcza za pośrednictwem Twittera, osiągnęły poziom rzadko spotykany w trendach. – Sezon, który nie ma sobie równych. W Polsce jestem 13 sezonów i jakby zliczyć poprzednie 12, to wszystkie zaskoczenia i niespodzianki z nich, to nawet nie była jedna czwarta tego, co działo się teraz. Od wycofania klubów, przez zmiany trenerów, transfery medyczne, sędziowskie wpadki, mógłbym tak wymieniać bez końca – uśmiecha się Michal Masny, kapitan Aluron Virtu Warty Zawiercie. W roli kapitana statku, dopłynął do 4. miejsca w PlusLidze oraz turnieju finałowego Pucharu Polski. "Jurajscy rycerze" w kategorii największej niespodzianki, nie mają sobie równych. Choć ostatecznie, pod względem trofeów/medali, zostali z niczym. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to wkurzające – zacina się na dłużej Masny. – Wszystko fajnie, miło, super drużyna, okej. To taki mały plus przy zespole z Zawiercia. Wolelibyśmy grać jednak brzydko, a wygrać i zdobyć medale na koniec sezonu. Taki to sport, w siatkówce nie ma remisów. Na nasz sezon można spojrzeć z dwóch stron. Z jednej strony byliśmy bardzo blisko, mając 2:0 w setach z ZAKSĄ u siebie i prowadząc 1:0 w półfinale. Druga strona, co podkreślałem wielokrotnie, pokazuje, że byliśmy bardzo daleko od finału. ZAKSA była po prostu lepsza – dodaje słowacki rozgrywający, który nie zwykł bawić się w kurtuazję.
Takie problemy chcieliby mieć w Szczecinie. Stocznia miała być projektem na lata, z perspektywą walki o najwyższe cele w kraju i w europejskich pucharach. Nic się nie spełniło, co więcej, szczecinianie nie dotrwali nawet do końca poprzedniego roku. Finansowy i organizacyjny krach, na całej linii. Poczynając od projektu koszulek meczowych z podobiznami siatkarzy, bardziej przypominającymi karykatury, przez zgaszone światło w trakcie inauguracji z Treflem Gdańsk (nerwowo nie wytrzymał jeden z kibiców, paląc papierosa w toalecie i uruchamiając system przeciwpożarowy), na Radostinie Stojczewie kończąc. Tym, który miał być twarzą, a stał się szarą eminencją. Jak szybko w Polsce się pojawił, tak szybko zniknął. W końcu kasa musi się zgadzać.
Meteoryt ze Szczecina spadł, zajmując zasłużone, 14. miejsce. Straciła PlusLiga, z kraju wyjechali tacy siatkarze jak Łukasz Żygadło czy Matej Kazijski, zyskało za to… ONICO Warszawa. Nagle okazało się, że pomysł na zatrudnienie Bartosza Kurka (w pakiecie solidny, Niko Penchev) – to nie tylko gwarancja wzrostu zainteresowania siatkówką w stolicy – ale też włączenie do walki o medale. MVP mistrzostw świata zadomowił się w Warszawie. O ile Torwar był akurat wolny, bo z terminami bywało różnie i
"gospodarzyć" trzeba było np. w Łodzi. ONICO zaczęło przede wszystkim wykorzystywać to, że niektórzy faworyci, sportowo, przestawali być faworytami.
Kac bełchatowsko-rzeszowski
PGE Skra Bełchatów poza najlepszą czwórką PlusLigi, z Mariuszem Wlazłym? Przez ponad dekadę, wydawało się to – z niewielkimi wyjątkami – niemożliwe. A jednak, mistrz Polski zamiast grać, głównie kolekcjonował kolejne kontuzje. Superpuchar i miejsce w półfinale Ligi Mistrzów to słaba wymówka. A podsumowaniem sezonu PGE Skry niech będzie koszulka Grzegorza Łomacza, którą z konieczności – bo zapomniał własnej – nosił (z odklejoną jedynką, nazwiskiem i zostawioną piątką, czyli zmienioną z "15" na "5") Renee Teppan.
Mało śmiesznie było też w Rzeszowie. Asseco Resovia po falstarcie i przegranej m.in. w Zawierciu 2:3 (co wcale nie było takie złe, jak pokazała przyszłość), rozstała się z trenerem Andrzejem Kowalem. Kolejny plan naprawczy miał już rumuńskie naleciałości. Gianni Cretu wydostał rzeszowian ze strefy zagrożonej kompromitacją, czyt. barażem o utrzymanie, ale 7. miejsce na koniec, niewielu zadowoliło. Nowy prezes klubu, Krzysztof Ignaczak, zrobił już czystki (Rossard, Jarosz, Mika, Dryja, Masłowski, Perłowski, Smith + Cretu) i znowu, zgodnie z wieloletnią tradycją, dojedzie do Rzeszowa autokar z nowymi siatkarzami. A trenerem, możliwe, że będzie Piotr Gruszka, z którym "Igła" na boisku zdobył wiele i wspólny język na pewno znajdą.
Pić mogą też w MKS Będzin. Dzięki upadkowi Stoczni, szybko włączono tryb: czy się stoi, czy się leży, to PlusLiga się należy. Dwie sztuki po stronie zwycięstw na 24 mecze ligowe, to najlepszy komentarz do farsy, jaką zagrano. Mało brakowało, a z takim bilansem będziński klub skończyłby jeszcze… wyżej! Nad finansową przepaścią wisiał bowiem Chemik Bydgoszcz. Władze miejskie wcieliły się w role strażaków i dopompowały gotówkę, na przetrwanie. Co łączy obie historie? Trener Jakub Bednaruk, który Chemik zamienił na MKS. Bez złośliwości wobec
"Diabła", bo w Będzinie mają apetyt na nowy projekt. Choć trudno w taki uwierzyć, skoro drużyna z konieczności, od kilku ładnych sezonów, grać musi "u siebie", czyli w Sosnowcu. A jak wiadomo, trudno zbudować dom bez fundamentów.
Uciekający "Fefe" i fruwający "Malina"
– Zaczynam się śmiać z siebie, że chciałbym zamienić któryś brąz na coś więcej. Warto byłoby coś wygrać, a nie tak, kolekcjonować tylko trzecie miejsca – mówi Jakub Popiwczak z Jastrzębskiego Węgla. Brązowych medalistów sezonu 2018/19. To 4 taki medal tego libero w seniorskich MP, wyżej jeszcze się nie wspiął. – Gdybym miał oceniać, ten brąz z tego sezonu, to smakuje gorzej, niż ten poprzedni, sprzed dwóch lat. Teraz byliśmy bardzo blisko finału, to nas trochę zgubiło. Po wygranej w Warszawie wydawało się, że u siebie nie możemy tego przegrać. Stało się inaczej. Trzeci mecz w Torwarze był już szalony, mieliśmy swoje momenty, zabrakło niewiele, ale to ONICO weszło do finału – dodaje gracz JW.
Jastrzębianie, od lat zaliczani do czołówki ligi, mieli swoje aspiracje. Całość firmował Ferdinando De Giorgi, powracający na ławkę trenerską po kompromitującym epizodzie w roli trenera polskiej kadry. Włoch na Śląsku zaczął budowę, ale w trakcie, dostał propozycję przejęcia Cucine Lube Civitanova. Spakował walizki, podziękował za pracę i tyle go widziano. Jakby po przystawce, wyszedł z restauracji, nie czekając na danie główne, ale… wrócił jeszcze na deser, był w półfinale Ligi Mistrzów, żeby bezproblemowo ograć PGE Skrę. – Nie chcę umniejszać zasług Włocha. Wykonaliśmy z nim bardzo dobrą robotę. Jak odchodził, byliśmy wysoko w tabeli. Nasza siatkówka wydawała się trochę siermiężna. Po przyjściu Roberto, patrząc na to od środka, pojawiło się trochę więcej radości w grze, lepiej się to oglądało – również kibicom. Zmieniła się codzienność, pojawiło się więcej luzu. W przypadku tego włoskiego trenera, każdy szczegół był kluczowy, tutaj nie było taryfy ulgowej. Roberto zmienił podejście, to dobry psycholog – mówi Popiwczak. Roberto Santilli wylądował w Jastrzębiu, kończąc pracę w Olsztynie. A do Olsztyna, ze Szczecina, przywędrował Michał Mieszko Gogol. Z ławki do ławki, w PlusLidze jest trochę, jak w szkolnej klasie.
Za jednego z najlepszych trenerów można uznać Marka Lebedewa. Australijski szkoleniowiec wycisnął wszystkie poty z "Jurajskich rycerzy". – Mark spowodował, że chciało nam się przychodzić na treningi. A to jest coś więcej, niż wyróżnienie w jakimkolwiek rankingu. Być może ktoś się ze mną pokłóci, bo nie da się pogodzić wszystkiego i wszystkich, ale ja pracuję z Markiem drugi rok, rozmawiałem też z innymi, którzy mieli okazję współpracy z nim i to zdanie – potwierdzają – mówi Masny. Lebedew dla PlusLigi odkurzył kilku siatkarzy-ligowców. Charakterystyka? Czasem medaliści, często rezerwiści, bez większych nadziei na grę o najwyższe cele. Najwięcej błysku zyskał Mateusz Malinowski. Leworęczny atakujący, który wiele lat tułał się po Polsce, w poszukiwaniu szans regularnej gry. – Mateusz Malinowski to największe odkrycie sezonu. Od paru lat w PlusLidze, w różnych klubach, gdzie nie był pierwszym atakującym. Czy to w Lubinie, czy później, w Szczecinie. W Zawierciu też musiał rywalizować z Grzegorzem Boćkiem, ale wygrał tę rywalizację i zagrał świetny sezon. A wiedziałem, że zaskoczy, to mój dobry kolega. W Jastrzębiu mieszkaliśmy razem w jednym pokoju, dobrze wiedziałem, jak mocno pracuje, żeby dostać szansę – Popiwczak komplementuje klubowego kolegę sprzed lat.
Dominacja o kolorze złota
Skoro sezon był zwariowany, absurdów nie mogło zabraknąć w walce o medale. Jedni twierdzą, że w terminarzu było trochę za ciasno… – Byliśmy dobrze przygotowani fizycznie do sezonu. Jedyne co mogło mieć wpływ negatywny, to przeciążenie mentalne. W decydującym momencie sezonu było 6 meczów, co 3 dni. Jeszcze głowa jest myślami w rywalizacji z ONICO, a tu już czeka granie o brąz. Stawka też jest spora, w końcu to przecież 3 miejsce, a poza medalami, przepustka do Ligi Mistrzów – opowiada Popiwczak. Inni wolą ligową pigułkę. – Dla mnie nie stanowi to problemu, granie w takim systemie. Wolę, żeby było krócej, niż czekać tydzień na mecz. Stary system play-off, z weekendem na jednym terenie, później z kolejnym, na drugim, to było niezłe rozwiązanie – kontruje Masny.
Nie tylko PGE Skra miała kłopoty zdrowotne (co potwierdza, że problem w Bełchatowie zakopany był… nieco głębiej). Te kontuzje nie oszczędziły oczywiście lidera i faworyta rozgrywek. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle miała swój spory kryzys. I to w najgorszym momencie. Jedną nogą kędzierzynianie byli już poza finałem. – Choć cały czas byliśmy z przodu, to sezon był trudny. Mieliśmy wiele problemów. Na dwa miesiące wypadł kontuzjowany Sam Deroo. W play-off zmogła nas jelitówka. Przed meczem w Zawierciu, naszym być albo nie być, podczas rozruchu było nas sześciu. Pięciu leżało w łóżkach i walczyło z dolegliwościami. Byliśmy, mimo tego, bardzo silni, wyciągając mecz z 0:2 w setach. W finale grałem po lekach przeciwbólowych, które pomogły przetrwać z bolącymi plecami. To była wyboista droga po złoto – wspomina Łukasz Kaczmarek, atakujący ZAKSY. Obyło się w Kędzierzynie-Koźlu bez transferów medycznych. A ONICO straciło na finiszu dwóch Bartoszów K – Kurka i Kwolka. Zatrudniono Macieja Muzaja, który dołożył trochę punktów, ale losów finału nie zmienił.
Aluron Virtu czy ONICO? Który rywal w play-off był dla ZAKSY trudniejszy do pokonania? – Półfinał z Zawierciem. Byliśmy pod ścian, ale potrafiliśmy się podnieść. W finale z ONICO było dużo kontrowersji, odnośnie pierwszego meczu. Jak tego na spokojnie posłuchaliśmy, po pierwszym, to założyliśmy sobie z chłopakami w szatni jedno – skoro są sugestie, że wygraliśmy dzięki sędziom – udowodnimy, że jest inaczej. I zrobiliśmy to, ogrywając ONICO w kolejnych dwóch meczach – zdradza atakujący ZAKSY. Kędzierzynianie wytrzymali sporo, ale zgrzytów, tych pozaboiskowych, nie brakowało. Do historii przejdzie "cep" Kaczmarka w kierunku stołka sędziowskiego, przy piłce meczowej pierwszego meczu finałowego. – Mam trochę żalu do Jurka Mielewskiego i Marcina Lepy z Polsatu Sport. Znamy się, a zrobili z mojego przewinienia w finałowym meczu, wykroczenie o kalibrze wartym zawieszenia do końca sezonu. Co innego byli siatkarze, Paweł Zagumny, Łukasz Kadziewicz, Sebastian Świderski, którzy zdrowo podeszli do sytuacji. To emocje meczowe, wiem, że zrobiłem źle. Ale nakręcanie, że Kaczmarek to, Kaczmarek tamto, przyznaję, że nie było mi miło tego wszystkiego słuchać. Rozmawiałem po spotkaniu z sędzią Maroszkiem. Przeprosiłem za zachowanie. Co ciekawe, w protokole sędziowie nic nie napisali odnośnie tego zachowania, to przedstawiciele ONICO złożyli protest – zdradza Kaczmarek. Motywacja do ogrania przeciwnika, była zatem podwójna.
Podwójna była też korona. ZAKSA wzięła komplet, mistrzostwo i Puchar Polski, udowadniając niedowiarkom, że pomimo zawirowań (m.in. afera w trakcie sezonu z Tomaszem D., czy odpadnięcie z Ligi Mistrzów, już po rozgrywkach grupowych), osiągnęła krajowy cel. Dominacja w kolorze złota!
MVP sezonu? ZAKSA!
Trenerzy, siatkarze, dziennikarze, kibice… Liczba plebiscytów sezonowo najlepszych, najpopularniejszych, jest spora. – Miano MVP sezonu należy się Pawłowi Zatorskiemu – docenia kolegę ze swojej pozycji Popiwczak: – Śledzę jego grę na przestrzeni lat, to jest naprawdę, wybitny siatkarz. Patrzeć na to, jaką ma lekkość, jaki luz, przy pewnych zagraniach, to prawdziwa przyjemność. Damian też wykonywał swoją robotę należycie, inaczej z ONICO nie sięgnąłby po srebro. Zatorski jest jednak poza zasięgiem, nie wiem, może to złoto z MŚ tak na niego wpłynęło, ale ma za sobą – rewelacyjny sezon – przekonuje libero brązowego medalisty.
Z rozgrywających najczęściej wymieniani są Benjamin Toniutti (ZAKSA) oraz Michal Masny. – Będąc "dziadkiem" na siatkarskich parkietach fajnie jest znaleźć się wśród wyróżnionych. Starałem się pomagać chłopakom, żeby wypadli jak najlepiej, a zespół grał o zwycięstwo, jeśli tylko było to możliwe. Trzymam się tego przez całą siatkarską drogę – mówi "Miśkin", który w sierpniu skończy 40 lat. Zapytany o swoje, plebiscytowe typy, zaczyna układać kolejne elementy… – Co do rozegrania, nie będę głosował na siebie, wiadomo. Tak na poważnie, dałbym wyróżnienie wszystkim z mojego zespołu. Zasłużyli na to. To taka moja wyjątkowa nagroda MVP. A po pozycjach, ogólnie patrząc, na rozegraniu – Ben Toniutti. Środkowy to Andrzej Wrona, przyjęcie – Julien Lyneel. Libero zostawiam bez wyboru, trudne wyzwanie. A w ataku stawiam na "Malinę" – kwituje Masny.
Puenta należy do mistrza Polski. Dla Łukasza Kaczmarka złoto z ZAKSĄ, to pierwszy medal zdobyty w PlusLidze. – Na duży plus Alex Ferreira z Zawiercia. Regularne, mocne zagrania, czy to na zagrywce, czy w ataku. Do tego brawa dla Piotrka Łukasika. Miewał różne sezony, ale ten, w podstawowym składzie, w srebrnej drużynie, brawo. Jakbym miał powiedzieć MVP sezonu, powiedziałbym ZAKSA. I to było na tyle.
Następne