Smutne jest to, że człowiek, który wrócił do Formuły 1 wbrew wszystkiemu – po koszmarnym wypadku, po 18 operacjach, po 8 latach – który swoją wiarą i walecznością zainspirował miliony zwykłych ludzi, dziś nie może się tym swoim gigantycznym sukcesem choć trochę pocieszyć. Nie może, ale też chyba… nie umie.
Kilka tygodni temu pisałem, że szczerość Roberta Kubicy jest Williamsowi potrzebna. I dalej tak uważam. Nie jest jednak dobrze, gdy szczerość zaczyna być podszywana sarkazmem, złośliwościami i staje się pożywką dla miłośników teorii spiskowych. A dziś w takim kierunku to zmierza, czym – moim zdaniem – Kubica robi sobie sporą krzywdę.
Wiedział gdzie wraca, bo pracował tam wcześniej przez cały rok. Wracał do najgorszej ekipy w stawce. Oprócz tego wracał do angielskiego zespołu, gdzie jeden fotel był już zajęty przez wielki angielski talent, wychowanka dostarczającego Williamsowi silniki Mercedesa. Znał reguły Formuły 1. Ktoś zawsze musi być tym numerem 1 i zawsze będzie to krajowy kierowca. Przeżył to już boleśnie w BMW Sauber, które wbrew liczbom z toru stawiało na Nicka Heidfelda. Być może gdyby nie to, byłby mistrzem świata. Pewnie i tak by nim był, gdyby nie wypadek. Bo co do jednego świat się zawsze zgadzał – Kubica to talent czystej wody. Nie marketingowa wydmuszka, nie syn bogatego ojca. Nie, to był niezwykle szybki skurczybyk, jak mawiał Mark Webber.
Rozumiem rozgoryczenie kogoś, kto nigdy nie przeliczał. Kto 9 lat temu był w gronie kandydatów na mistrza świata i pewnie czuje, że w najlepszym bolidzie wciąż mógłby nim zostać. Wierzę, że Kubica męczy się jeżdżąc „mobilną szykaną”, jak nazwali Williamsa twórcy portalu „The Inside Line”. I o ile na początku sezonu czuł być może potrzebę, by trochę to ludziom wytłumaczyć, przekazać tym najbardziej niedzielnym kibicom: „Hej, ja wcale taki słaby nie jestem, tylko jeżdżę taczką…”, o tyle dziś nie jest to już potrzebne. Już wszyscy wiemy, że nawet Lewis Hamilton i Max Verstappen walczyliby w Williamsie o przedostatnie miejsce. Być może przyszedł czas na szczerość za zamkniętymi drzwiami. I metodę małych kroczków, a nie wielkich pretensji.
Zwrócił na to uwagę Daniel Biały, twórca świetnego kanału „Echa Padoku”, i nasz ekspert przy okazji transmisji w TVP Sport: Kubica najlepszy jest w piątek, na pierwszym treningu. Aż cztery razy, na pięć weekendów, zaczynał lepiej od George’a Russella. Tyle że potem Anglik szedł ostro do przodu, a Polak już nie. W Barcelonie było to najbardziej widoczne. Od pierwszego wyścigu po kwalifikacje Kubica poprawił swój bolid o 6 dziesiątych, a Russell aż o 1,9 sekundy. Bez wchodzenia w detale i analizowania problemów Roberta na najbardziej miękkiej mieszance opon, rozwiązania są w zasadzie dwa:
- Russell dużo lepiej współpracuje z inżynierami;
- Williams sabotuje postępy Kubicy.
Publiczne wypowiedzi Roberta – czy tego chce, czy nie – coraz mocniej wskazują na bramkę numer 2. A to raczej w żaden sposób mu nie pomaga. Ani w garażu Williamsa, bo trudno w ten sposób zmobilizować swój zespół, ani w szerszej perspektywie padoku. Ja wierzę, że wciąż jest szansa, by uśmiechnięty „weteran”, który już raz dokonał niemożliwego, wykorzystał swoje największe atuty i trochę tę taczkę rozwinął. A to już byłoby mistrzostwo świata. Warunek jest jeden… musi się wreszcie uśmiechnąć. I pamiętać, że na Williamsie świat się nie kończy, a dla polskich kibiców i tak był, jest, i będzie numerem jeden.