| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa
W sierpniu doznał kontuzji kolana, która na kilka miesięcy wykluczyła go z gry i pozbawiła szans na kolejny transfer, tym razem już do mocniejszej ligi. Kapitan Piasta Gliwice Jakub Czerwiński w rozmowie z TVPSPORT.PL mówi o swojej przeszłości i planach na przyszłość.
Mateusz Miga, TVPSPORT.PL: – Co jest trudniejsze dla piłkarza. Czas, gdy nie masz miejsca w składzie? Czy rehabilitacja po kontuzji?
Jakub Czerwiński: – Mimo wszystko, siedzenie na ławce. Gdy robisz wszystko jak najlepiej potrafisz, a nie dostajesz szansy. Jest to gorsze z psychologicznego punktu widzenia. Ja zdecydowanie wolę wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Najgorzej byłoby, gdybyś doznał kontuzji, gdy nie masz miejsca w składzie. To byłby podwójny gong.
– Jak zniosłeś ostatnią przerwę? To nie była twoja pierwsza kontuzja. W Promieniu Opalenica miałeś nogę w gipsie, który potem rozcięliście szlifierką kątową. W Legii był uraz stawu skokowego…
– Jeszcze przepuklina w Niecieczy. Trochę tych kontuzji było, dzięki temu teraz wiedziałem doskonale, co mnie czeka. Chodziło po prostu o przestawienie myślenia. Wiedziałem, że muszę być cierpliwy i wykonać całą pracę. Pewną zagadką było dla mnie zachowanie kolana po operacji, bo nigdy wcześniej nie miałem z kolanami kłopotu. Rehabilitacja to był też taki okres, w którym mogłem spokojnie podsumować poprzedni sezon. Nacieszyć się tym niesamowitym czasem.
– A czemu w Opalenicy rozcinaliście ten gips?
– To był już końcowy etap tego usztywnienia. Kilka dni później gips miał być ściągnięty przez doktora, ale stwierdziliśmy, że to dobry moment i trochę przyspieszyliśmy.
– Nie bałeś się, że ciachną ci coś więcej?
– Obawy były...
– Przepisy BHP nie zostały spełnione.
– Na pewno nie zrobiliśmy tego w sterylnych warunkach, ale nic złego się nie stało. Nie uważam, że to było coś nierozsądnego.
– Piłka nauczyła cierpliwości i pokory?
– Zdecydowanie tak. Nie wiem, jak oceniają to inni, ale ja uważam, że pokory na żadnym etapie kariery mi nie brakowało. Cierpliwości na pewno nauczyłem się siedząc na ławce lub wracając do zdrowia po kontuzjach. To uczy i rozwija.
– Dyrektor sportowy Bogdan Wilk powiedział, że po tytule mistrzowskim wielu z was zamiast o boisku myślało o transferach. Tobie też się udzieliło?
– Podchodziłem do tego bardzo spokojnie. Dla mnie najważniejsze było, abyśmy na arenie międzynarodowej pokazali, że nie znaleźliśmy się tam przez przypadek. Przez ostatnie lata nie było polskiej drużyny choćby w fazie grupowej Ligi Europy. Dużo myślałem o tym, dlaczego tak jest.
– O! No to dawaj.
– Niestety nie doszedłem do jednej odpowiedzi na to pytanie. Za wszelka cenę chciałem, żebyśmy z Piastem przełamali tę serię i pokazali, że nie jesteśmy gorsi. Niestety, nie udało się. Wiosną w lidze umieliśmy grać wyjątkowo konsekwentnie, dostosowując styl i ryzyko do warunków meczowych. I gdybyśmy tę odpowiedzialność utrzymali, gdybyśmy uniknęli prostych błędów, raczej wyeliminowalibyśmy rywali, z którymi ostatecznie odpadaliśmy. Bo trzeba powiedzieć wprost: zabrakło nam nie tyle piłkarskiej jakości, co wyrachowania, bezlitosności. BATE nas wypunktowało…
– Ty dotknąłeś Ligi Mistrzów własnymi rękoma i wszyscy wtedy zderzyliśmy się ze ścianą. Legia w fazie grupowej straciła 21 goli. Co ci zostało w głowie po tych meczach?
– Przede wszystkim niesamowite doświadczenie. Gdy rok temu awansowaliśmy z Piastem do pucharów, mocno się nakręciłem. Kto, jak nie ja – skoro wcześniej miałem możliwość grania z najlepszymi – może pociągnąć ten zespół? Tak podszedłem do pierwszego dwumeczu z BATE. Okoliczności odpadnięcia z Białorusinami pozostają w naszych głowach do dzisiaj. A Rigę powinniśmy po prostu przejść i tak jak zaznaczyłem wcześniej – unikając błędów, awansowalibyśmy.
– Porażka z BATE została przyjęta z częściowym zrozumieniem, bo już powoli rozumiemy nasze miejsce w szeregu, ale Riga faktycznie zabolała.
– Ale dlaczego mieliśmy „ze zrozumieniem” przegrać z Białorusinami? Kiedy przegrywasz, będąc wyraźnie słabszym, twoja głowa wynik przyjmuje ze zrozumieniem. Chłodna kalkulacja – byliśmy gorsi, to do widzenia, a to były starcia równych drużyn. Natomiast jeśli chodzi o Łotyszy… Czuliśmy ogromny zawód. Wstyd. Szkoda pierwszego meczu w Gliwicach, straty dwóch goli, bo rywale wracali do domu z niezłym wynikiem, ale nawet tracąc trzy i cztery, mieliśmy obowiązek awansować, wierząc w naszą siłę, jak w lidze. Rewanż to już był paraliż w naszych nogach.
– Dlaczego?
– Po straconym golu w meczach o taką stawkę trzeba pokazać siłę, udowodnić przeciwnikowi, że nie zrobiło to na tobie wrażenia. Musi to zrobić każdy zawodnik z osobna. To trzeba mieć niemal namalowane na twarzy. Tymczasem w nas wkradło się zwątpienie. Jedno nieudane zagranie, drugie, trzecie. I zamiast nakręcać się pozytywnie, było odwrotnie. Przeciwnik z każdą minutą czuł się coraz lepiej. Atmosfera na trybunach była inna niż w Polsce, grał jakiś DJ, to wszystko jakoś wybiło nas z rytmu. Ale absolutnie nic nas nie tłumaczy.
– To jak daleko jesteśmy od Europy? Ranking UEFA prawdę ci powie?
– Aż tak daleko nie. Moim zdaniem zakręcilibyśmy się w okolicy 25 miejsca. Prawda jest taka, że brakuje nam nie tylko do europejskiego topu, ale też do średniaków. Pod względem infrastruktury, szkolenia, zarządzania klubem, organizacją… Dużo rzeczy u nas kuleje, jeżeli porównania szukamy na Zachodzie. Za to zestawiając nas z sąsiadami w rankingu, tymi kilka miejsc wyżej, w żadnym z wymienionych aspektów nie powinniśmy mieć kompleksów. Wyciągając ligową średnią, Ekstraklasa może być nawet odrobinę lepsza. Nasze rozgrywki odróżnia brak hegemona. Klubu, który od początku do końca zdominuje rozgrywki. Tak jest na Słowacji, w Czechach czy Szkocji. Węgrzy poszli do przodu umiejętnie wykorzystują choćby słabszą kondycję ukraińskich klubów spoza topu.
– Trener Michał Probierz stwierdził ostatnio, że nie powinno się eksponować kiksów z PKO Ekstraklasy. A ja uważam, że szydera to niezły element negatywnej selekcji. Przecież w każdej szatni szydera to podstawa.
– Na pewno tak, ale jest cienka granica między eksponowaniem a pokazaniem czegoś od czasu do czasu.
– Trudno powiedzieć, by to było eksponowane.
– Też nie wydaje mi się, że jest tego jest za dużo. Być może dlatego, że jeszcze mnie tam nie było, chyba że ta bramka z Płocka… Szydera w piłce była, jest i będzie. Kiksy zdarzają się na każdym poziomie. Wytykanie tego nie wpływa pozytywnie na obraz całej ligi, a przecież dziennikarze i telewizja starają się, by jej opakowanie było na jak najwyższym poziomie.
– Piłkarz dostaje pieniądze także po to, by z tą krytyką sobie radził.
– Dokładnie tak. Na początkowym etapie kariery jest to trudne, ale trzeba jak najszybciej się z tym oswoić. Im szybciej nauczysz się to kontrolować i odbierać w odpowiedni sposób, tym szybciej staniesz się lepszym piłkarzem. Zwłaszcza że na boisku musimy podejmować ryzyko, więc statystycznie co jakiś czas każdy zawodnik naraża się na śmieszność. Przy strzale z woleja czy wślizgu w dynamicznej akcji potencjalnego błazna od bohatera dzielą szczegóły.
– Masz dystans do siebie?
– Wydaje mi się, że tak, choć na pewno krytyka pod moim adresem zabolałaby mnie. W ostatnim czasie było tego bardzo mało i może zapomniałem jak to jest. Obym nie musiał sobie przypominać.
– W składzie Lechii przeciwko Piastowi zagrał 15-latek Kacper Urbański. Byłeś w tym wieku gotowy na Ekstraklasę?
– Absolutnie nie. To był zupełnie inny etap mojej kariery. Gdy przed meczem zobaczyliśmy, w którym roku urodził się Kacper, to sięgnąłem pamięcią wstecz do momentu, gdy ja miałem 15 lat. Pakowałem walizki i wyjeżdżałem z domu do Opalenicy. Na pewno nie byłem gotowy na Ekstraklasę, a i nie wiem, czy Kacper był. Lechia wygrała, więc pewnie się obronił, ale to już pewnie trener Stokowiec zweryfikuje, czy to był dobry moment na debiut w podstawowym składzie.
– W Opalenicy spotkałeś z Jurijem Szatałowem. To dziwny trener. Dla mnie trochę szarlatan. Chyba zajął się trenerką przy okazji i po prostu mu wyszło. A jak ty go zapamiętałeś?
– Miał coś w sobie. Wymagał dużej dyscypliny na i poza boiskiem. Często krzyczał na mnie i już wtedy – metodą prób i błędów – uczyłem się radzenia sobie z presją. Miałem z nim jedną taką sytuację… Ktoś oskarżył mnie o coś, czego nie zrobiłem. Trener natychmiast wezwał mnie na dywanik i dał dwa dni na wyjaśnienie tej sprawy. Jeśli by mi się to nie udało, mógłbym się pakować.
– Czego dotyczyło to oskarżenie?
– To była taka mała afera alkoholowa. Ktoś był przekonany, że widział mnie kupującego alkohol w sklepie.
– Byłeś niepełnoletni.
– No tak, ale mnie tam nie było. Walczyłem o siebie, mama też mi bardzo pomogła. Uwierzyła mi i koniec końców udało nam się to wyjaśnić, a trener przyjął moją wersję wydarzeń. Zaufał mi i zostałem w drużynie. Gdybym nie został i wrócił do domu, dziś pewnie ligę oglądałbym tylko w telewizji.
– Z Opalenicy przeniosłeś się bliżej domu, bo do Okocimskiego Brzesko.
– Mieszkaliśmy na stadionie z moim przyjacielem Piotrkiem Darmochwałem. Było też kilku innych chłopaków – Rafał Cegliński, Maciek Kisiel. Fajna ekipa
– Od razu masz banana na twarzy.
– Tak! Brzesko to mnóstwo fantastycznych wspomnień, szkoła życia, lekcja pokory. Próba samodzielnego życia, bo w Opalenicy mieszkaliśmy u rodzin, dostawaliśmy posiłki, byliśmy kontrolowani.
– Co jedliście?
– Wszystko (śmiech). Mieliśmy zagwarantowane obiady z klubu, więc ciepły posiłek się zdarzył. Nie mieliśmy z tym problemu, czasem sami gotowaliśmy. Ja do garnków się nie pchałem, ale chłopaki czasami ugotowali wspólny rosół. Warunki było może trochę spartańskie, ale dla nas to był fantastyczny czas.
– W jednym z wywiadów wspomniałeś, że to był też czas balowania. W Brzesku? Przecież wieczorem to miasto nie zamienia się w Las Vegas.
– Radziliśmy sobie sami, ale też nie było daleko do Krakowa, więc zdarzały się wypady.
– Pochodzisz z Muszyny. Masz w sobie coś z górala?
– Wydaje mi się, że tak, szczególnie na boisku. Na murawie jestem skupiony na tym, by przeciwnik stracił chęci do gry, aczkolwiek zawsze postępuję fair. Za to, gdy ktoś pozna mnie poza boiskiem, często słyszę, że spodziewał się innego faceta, innego charakteru.
– Lubisz pogadać z rywalami na boisku?
– Pewnego razu psycholog zasugerował nam, by w taki sposób wykorzystać przerwę w grze. Nie jesteś w stanie być totalnie skupiony przez 90 minut. Krótka przerwa, ktoś leży albo zmiana? Naciskam przycisk, wyłączam się, żartuję, porozmawiam, a za chwilę gwizdek i znów jestem maksymalnie skoncentrowany.
– Góry czasem wzywają?
– Tak, każdy przyjazd do rodzinnego Milika wywołuje we mnie duży sentyment. Mam czasami moment, że chciałbym wyjść w góry sam, bez telefonu. Odpocząć od tego szybkiego świata, wyłączyć się i trochę pomyśleć.
– Robisz tak czasem?
– Wcześniej się zdarzało, ale odkąd pojawił się syn, nie mam wielu okazji.
– Syn podrośnie to ruszycie razem.
– Na razie w drodze jest drugi syn. Jak i on podrośnie to będzie czas, by nadrobić.
– Mówisz o Miliku. Nie podpinasz się pod Muszynę.
– Właśnie czasem się podpinam pod Muszynę czy Krynicę, próbując nakierować, gdzie to jest.
– Milik kojarzy się raczej z Arkiem.
– Dokładnie.
– Tam się wychowałeś.
– Rodzice nadal mieszkają w domu rodzinnym. Dookoła jest cała nasza rodzina, kilkanaście domów Czerwińskich. Całe podwórko jest otoczone rodziną.
– Fajnie. I tam wiszą twoje wszystkie medale?
– Tak.
– Podejrzewam, że ten zdobyty z Piastem jest najcenniejszy.
– Zgadza się. Największy udział miałem w zdobyciu tego medalu, choć szanuję każdy.
– Maj 2019. Wygrywacie na Łazienkowskiej z Legią od której się odbiłeś i zaczynacie marsz po tytuł. Fajne uczucie?
– Fajne. I nie ze względu na jakąś zawiść czy chęć udowodnienia coś komuś, bo zupełnie tak do tego nie podchodziłem. Ale po tym meczu czułem wewnętrzną dumę. To była duża radość i niesamowity kop przed ostatnimi meczami. Nigdy, co powtarzałem w pierwszych dniach w Piaście, nie oceniałem tego tak, że od Legii się odbiłem. To nie Legia ze mnie zrezygnowała. Im moja determinacja w chęci odejścia była wręcz nie na rękę, bo potrzebowali po dwóch sensownych zawodników na każdą pozycję. Przecież ostatecznie ja tam skład wywalczyłem i grałem, jednak przytrafiła się poważniejsza kontuzja, a po niej bardzo potrzebowałem zaufania, pewności, że będę grał co tydzień. Zupełnie nie miałem przekonania, że trener Jozak da mi szansę, o której tak ładnie mówił. Dlatego tak naciskałem na odejście.
– W Legii krytykowano to, jak wprowadzasz piłkę. Widzisz postęp, gdy dziś patrzysz na swoje długie podania?
– Na pewno trochę tak. Ale kluczowe jest tu zaufanie trenera, jego oczekiwania, no i rytm meczowy. Moja głowa w ogóle nie zastanawia się nad tym, czy mogę popełnić błąd. A jak popełnię to co będzie? Czy usiądę na ławce? Dziennikarze źle mnie opiszą? Drużyna będzie o mnie źle myślała? Tego kompletnie tutaj nie ma. Złe myśli na pewno przeszkadzają.
– Otwarcie mówiłeś, że gdy siedziałeś w Legii na ławce to w domu było z tobą ciężko. Jak to się objawiało?
– Byłem zamknięty w sobie, zły. Nie rzucałem niczym, to nie w moim typie, ja dusze to wszystko w sobie. Tak jest w domu, bo w szatni jest inaczej – tam zdarza mi się pokrzyczeć i wyrzucić to z siebie. W domu nie próbowałem, bo byłoby to żenujące.
🗣️" @MKSCracoviaSSA ma swój styl, gra w piłkę oraz konstruuje akcje. Potrafi też skutecznie się bronić i płynnie przechodzić z defensywy do ofensywy. W tych aspektach musimy być dobrze przygotowani" - analizował trener Waldemar Fornalik.
— Piast Gliwice (@PiastGliwiceSA) February 20, 2020
Cała rozmowa 👉 https://t.co/MuWWYq6mCl pic.twitter.com/p2KWEyGqUN
– Narodziny syna mocno zmieniły życie?
– Przede wszystkim mojej żony, bo jest teraz całkowicie podporządkowane pod dziecko. Ale i u mnie nastąpiły zmiany. Nie mam czasu, by pograć na konsoli, mniej jest możliwości, by wyjść choćby po to, by wspólnie obejrzeć mecz.
– Bezstresowe wychowanie czy stanowczy tata?
– Zdecydowanie to drugie. Tak zostałem wychowany i u nas też nie będzie bezstresowego wychowania. Uważam, że od czasu do czasu trzeba krzyknąć. Dziecko musi wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Syn w grudniu skończył rok, ale już mu powoli zaczynamy wpajać co może, a czego nie. Chcemy, żeby był dobrym, uczciwym i rozsądnym człowiekiem.
– Rundę wiosenną rozpoczęliście od wygranej z Zagłębiem, potem była porażka z Lechią. Jak oceniasz wasz start?
– Po wygranej z Zagłębiem apetyty nam urosły i do Gdańska jechaliśmy nastawieni bardzo pozytywnie. Wynik nie jest taki, jakiego oczekiwaliśmy, ale graliśmy dobrze, były składne akcje, stwarzaliśmy sytuacje, oddawaliśmy strzały. Były też błędy, a Lechia jeden z nich wykorzystała i straciliśmy punkty.
– Przed wami Cracovia, która jest bardzo skuteczna i podobnie do was preferuje dość bezpośredni styl gry.
– Oglądałem ostatni mecz Cracovii z Lechem i było to spotkanie na bardzo dobrym poziomie. Cracovia zaczęła grać w piłkę, widać więcej jakości w tej drużynie. Kolejne wygrane ich budują, zawodnicy zyskali pewność siebie, a to pomaga każdemu dookoła. Ale czy my gramy podobna piłkę? Zawsze staraliśmy się budować od tyłu akcje. Oczywiście, chcemy grać bezpiecznie, nie podejmować ryzyka na własnej połowie, szczególnie mając na uwagę obecny stan boisk. Ale chcemy grać po ziemi. Jeżeli z europejskich pucharów możemy wyciągnąć jakikolwiek pozytyw, to fakt, że na własnej skórze doświadczyliśmy, jak ważna jest odpowiedzialność w grze, pozytywne nakręcanie się, utrzymywanie wysokiej koncentracji. Na pewno ta wiedza się przyda.
– W Muszynie większość mieszkańców jest za Cracovią?
– Tak, może nawet cała Muszyna.
– Ty się w to nie wkręciłeś?
– Nie. Nigdy nie utożsamiałem się z żadną drużyną, a do Krakowa mamy przecież prawie 150 km. Skupiłem się na graniu, a nie kibicowaniu.
– W Polsce rynek wewnętrzny jest mały, a ty zmieniałeś już kilka razy kluby, płacono za ciebie. Nie czujesz się trochę wyjątkiem?
– Być może tak jest. To fajnie, bo to znaczy, że mam dobrą opinię. Rynek jest mały, każdy o każdym bardzo dużo wie, środowisko jest tak ze sobą zżyte. Cały czas się o kimś mówi, o piłkarzu, trenerze czy dziennikarzach. Jestem już w tej lidze parę ładnych lat, a teraz młodzi szybko wyjeżdżają, więc trochę się tu wszyscy do mojego widoku przyzwyczaili. No co, też mam wyjechać (śmiech)?
– Wciąż chodzi ci to po głowie?
– Chodzi. Już latem po mistrzowskim sezonie było bardzo dużo zapytań, a po odpadnięciu z pucharów pojawiły się konkrety. Mocno się nad tym zastanawiałem, aż wreszcie nadszedł ten feralny dzień. Kontuzja dała mi odpowiedź na wszystkie pytania, w pewnym sensie zadecydowała za mnie. Ale to już było – wróciłem, czuję się dobrze. Jeżeli będę grał dobrze, pewnie znów o sobie przypomnę, ale na byle jaką ofertę się nie rzucę.
– Na razie rzucało cię głównie po Polsce.
– Niedawno wyliczyliśmy z żoną kilkanaście przeprowadzek, bo przenosiliśmy się także w obrębie jednego miasta. Śmialiśmy się z żoną, że uzależniliśmy się od tego. I zastanawialiśmy się, co będzie, jak już trzeba będzie na stałe gdzie zamieszkać.
– Nie przeszkadza jej styl życia piłkarza?
– Nie. Trwamy w tym razem, a przed nami kolejna przeprowadzka, do Gliwic. Bo teraz mieszkamy w Tarnowskich Górach. Całe życie na walizkach. Teraz będzie to troszkę trudniejsze, bo z małym dzieckiem, ale na pewno sobie poradzimy. Ze wszystkim sobie poradzimy.