Liczyliśmy na najmniejszy wymiar kary – tak mecz z 8 kwietnia 1976 roku wspomina Andrzej Zabawa. A jednak polscy hokeiści zdołali ten jeden, jedyny raz w historii pokonać ZSRR. Od pamiętnej wiktorii w MŚ w Katowicach mija właśnie 45 lat.
8 kwietnia 1976 roku – to data największego sukcesu w powojennej historii polskiego hokeja. Wtedy, na inaugurację mistrzostw świata elity, biało-czerwoni sensacyjnie pokonali ZSRR. Dokonali tego po raz pierwszy i ostatni w historii. Choć ostatecznie spadli z Grupy A, to ich zwycięstwo przeszło do historii polskiego sportu.
Jak dzisiaj zrozumieć skalę wyzwania przed jakim stanęli zawodnicy trenera Józefa Kurka? Wystarczy spojrzeć na dotychczasowe mecze Polska – ZSRR. Biało-czerwoni przegrali wszystkie – 25. Bilans bramek? 31 – 255. Poza tym dwa miesiące wcześniej, na igrzyskach w Innsbrucku, przegrali 1:16. Rzecz jasna wygranych przez Związek Radziecki. Przyjechali do Katowic jako 5-krotni mistrzowie olimpijscy i 14-krotni mistrzowie świata...
– Te 1:16 było moją największą porażką w karierze. Przed spotkaniem w Spodku trener prosił nas, byśmy jak najdłużej utrzymali bezbramkowy remis. Nikt nie mówił o strzelaniu goli Rosjanom. To wydawało się niemożliwe – mówi Wiesław Jobczyk, na łamach "Przeglądu Sportowego", jeden z największych bohaterów tego meczu.
A jednak po pierwszej tercji kibice, którzy wypchali Spodek po brzegi, przecierali oczy ze zdumienia. Gospodarze mistrzostw świata prowadzili 2:0 po golach Jaskierskiego i Nowińskiego. Również dzięki temu, że w bramce cudów dokonywał Andrzej Tkacz.
Niewiele brakowało, by Tkacz w ogóle nie zagrał z ZSRR. Jak wspominał na łamach "PS", został zatrzymany przez agentów SB przed hotelem. Nie poznali w nim reprezentanta Polski. Ich interwencja skończyła się skuciem w kajdanki i użyciem gazu łzawiącego. – Uratował mnie jakiś major. Przechodził obok i mnie poznał. Potem nawet przepraszali, ale oczy były całe czerwone i piekły. Coś tam jednak widziałem, broniąc strzały Ruskich – wspomina ze śmiechem.
W drugiej tercji – po golu Michajłowa – Rosjanie przypuścili szturm na bramkę Tkacza, ale potem w odstępie 20 sekund dwie akcje zakończone trafieniami przeprowadzili Jobczyk i Jaskierski. Doszło do zmiany w radzieckiej bramce, ale ani Sidielnikow, ani Trietiak tego wieczoru nie byli w stanie zatrzymać Jobczyka. To on strzelił dwa kolejne gole i sensacja stała się faktem – pierwszego dnia MŚ Grupy A Polska pokonała Związek Radziecki.
W nagrodę polityczne władze obiecały każdemu z zawodników po małym fiacie. – W połowie turnieju pojechaliśmy do fabryki w Tychach i każdy z nas wybrał sobie kolor. Trzeba było tylko utrzymać się w elicie. Ale w samej końcówce meczu z RFN marzenia o samochodzie prysły. Na otarcie łez dostaliśmy zegarki – wspomina Jobczyk.
Następnego dnia Polacy przegrali 0:12 z Czechosłowacją. Potem ulegali jeszcze Amerykanom (2:4), Szwecji (1:4) i RFN (3:5 oraz wspomniane 1:2), remisowali z Finlandią (3:3 i 5:5) i wygrywali z NRD (6:4, 5:4). To nie wystarczyło do utrzymania w Grupie A. – W tym turnieju zdobyliśmy aż osiem punktów, najwięcej w historii, a mimo to spadliśmy. Tragedia – przyznaje Andrzej Zabawa w "Przeglądzie Sportowym".
– Z powodu tej porażki rok później polecieliśmy na MŚ Grupy B do Tokio zamiast na Grupę A do Wiednia. To była jakaś rekompensata, bo dwa tygodnie w Japonii było dla nas piękną wycieczką – dodał Jobczyk. A dla polskich kibiców ich zwycięstwo z Goliatem zza wschodniej granicy było piękną historią. Legendą, do której wracamy do dziś.