Damian Groves to 36-letni miłośnik kolarstwa, który zamienił się w detektywa. Wydał 6 tysięcy funtów, aby znaleźć złodziei, którzy ukradli jego cztery rowery o łącznej wartości 36 tys. funtów. Po wszczęciu prywatnego śledztwa przyjechał do Polski i odzyskał skradzione jednoślady.
25 czerwca bieżącego roku był straszny dla 36-latka. Tego dnia złodzieje z Newcastle, z dzielnicy Staffordshire ukradli jego cztery profesjonalne rowery, których wartość opiewa łącznie na 36 tys. funtów. Sprzęt stał w garażu jego rodziców. Sprawa została zgłoszona na policję, ale po kilku tygodniach służby umorzyły śledztwo ze względu na brak dowodów. Groves był jednak bardzo zdeterminowany, by odzyskać skradzione pojazdy.
Wziął sprawy w swoje ręce: wynajął detektywa i wykorzystał drona. Ten pomógł mu w przelocie nad gospodarstwami, gdzie mogły być ukryte jego rowery. Między innymi podano mu jeden z adresów w Leicester, gdzie dron został użyty, ale niestety niczego nie znaleziono. Groves ustalił nawet nazwiska potencjalnych złodziei, ale policja nie podjęła działań w celu odzyskania skradzionego mienia.
– Podałem kilka nazwisk, które zostały mi przekazane, a oni powiedzieli: "wiemy o nich, ale samo podanie nazwiska to za mało". W tym momencie wiedziałem, że muszę się w to bardziej zagłębić. Zdałem sobie sprawę, że policja będzie tu całkiem bezużyteczna – powiedział Groves za pośrednictwem "Daily Mail".
Służby pojawiły się dopiero w momencie, gdy "Mail on Sunday" prowadziło kampanię wzywającą policję do podjęcia działań ws. przestępczości w Anglii. Według statystyk kradzieże zdarzają się tam średnio co 2 sekundy. Wysoko postawieni komisarze stwierdzili wówczas, że nie będą badać każdego przestępstwa, co spotkało się z ogromną krytyką społeczeństwa.
Groves jest na Wyspach Brytyjskich znaną personą w środowiskach kolarskich. Tak samo jak jego żona, Emily Smith, była policjantka, która została wojskowym sportowcem jeżdżącym dla teamu British Army Enduro. Ich koszmar rozpoczął się właśnie tej feralnej nocy, gdy z garażu zginęły cztery rowery firmy Niner. Jest to podmiot sponsorujący Grovesa.
Początkowo on i jego żona byli przekonani, że padli ofiarą zaplanowanej akcji. Po rozmowach z sąsiadami, którzy podali nazwiska potencjalnych złodziei, okazało się, że to oportuniści, którzy włamują się do domów na chybił trafił. Para przestała liczyć na policję i opublikowała post w mediach społecznościowych informujący o kradzieży. Ten został wyświetlony kilkaset tysięcy razy. Jedna osoba zgłosiła się, twierdząc, że ma wszystkie cztery rowery i odda je za 300 funtów za sztukę.
Zdesperowany Groves zaufał anonimowemu internaucie. Zostawił ustaloną kwotę w umówionej alejce, ale żaden z jego pojazdów nie został zwrócony. Oszust wysłał nawet taksówkę ze swoją córką w środku, prosząc o kolejne 200 funtów. Tym razem Anglik zignorował go. Stwierdził jednak, że ta osoba musi rzeczywiście posiadać rowery ze względu na szczegółowość w ich opisie.
Gdy Groves poinformował policję o swojej konwersacji z anonimowym człowiekiem, który posiadał ponoć jego zguby, ta wysłała prośbę do administratorów Instagrama, aby ustalili jego lokalizację. Nie dostali jednak odpowiedzi. – W tym momencie powiedziałem, że albo odpuszczamy, albo coś z tym robimy. Nie chciałem być osobą, która tylko narzeka. Minęły dwa tygodnie i zdecydowałem się na wynajęcie prywatnego detektywa – wyjaśnił okradziony 36-latek.
Gdy detektyw rozpoczął pracę, miał wiele szczęścia. Samodzielnie zgłosił się do niego węgierski entuzjasta kolarstwa, który był przekonany, że widział skradzione rowery na jednej z polskich stron internetowych. Po odnalezieniu ogłoszenia Groves potwierdził, że to jego pojazdy. Policja ponownie została poinformowana o postępach w śledztwie, ale oddział Leicestershire przepychał się z sąsiadami ze Staffordshire o upoważnienie do nakazu przeszukania.
Jednocześnie prywatny detektyw wyśledził plakat w Leicester, który informował o możliwości nabycia skradzionych rowerów. Wówczas stwierdzono, że to złodziej wysyła je do Polski. Groves oraz jego detektyw umieścili w powietrzu drona, aby porównać tło ze zdjęcia umieszczonego na ogłoszeniu z ogrodem podejrzanego i zweryfikować, czy fotografia mogła zostać wykonana właśnie tam.
– Wyglądało na to, że facet mieszka w Leicester, ale sprzedaje je w Polsce. Jest kierowcą ciężarówki pracującym na własny rachunek i zabiera tam rzeczy – stwierdził okradziony.
– W tym momencie robiłem fikołki – stwierdził Groves. – Mój detektyw założył mi na tym portalu z ogłoszeniami fikcyjne konto i próbował umówić się na spotkanie, aby zdobyć rowery. Napisałem do ogłoszeniodawcy. Ta osoba mówiła, że zostały sprzedane i jedno po drugim ogłoszeniu zaczęły znikać – wyjaśnił 36-latek.
Kontakt z policją wciąż był utrudniony, więc ponownie Groves wziął sprawy w swoje ręce. Napisał do kierowcy z Leicester. Mężczyzna odpowiedział przeprosinami, mówiąc, że rowery są w Polsce, ale można je odzyskać. Nie wiadomo, czy był świadomy, że to skradzione pojazdy. Nie chcąc tracić czasu Groves wyjechał do Warszawy 18 sierpnia i po pokonaniu trasy o łącznej długości 4 tys. kilometrów był ponownie w domu ze swoimi czterema rowerami.
– O północy znalazłem się ponownie w domu. Patrząc na moje cztery rowery, nie mogłem uwierzyć, że to już koniec. Odzyskałem rowery bez realnej pomocy policji – powiedział na łamach "Daily Mail".
36-latek oszacował, że cała gehenna kosztowała go 6 tys. funtów. 2500 wydał na samego detektywa, 300 na szantażystę-oszusta, 1700 na agentów, którzy odebrali jego rowery w Warszawie oraz 1200 funtów na podróż do stolicy Polski i z powrotem.
Groves mimo wszystko był rozczarowany postawą policji. – Policja na miejscu chce wykonywać swoją pracę, ale jest dla niej zbyt wiele biurokracji. Jestem za policją, ale istniejący system wymaga zmian, aby policja mogła po prostu wykonywać swoją pracę. Każdy oficer, z którym rozmawiałem, chciał pomóc, ale prawie musieli prosić o pozwolenie na oddychanie, nie mówiąc już o pukaniu do drzwi – stwierdził rowerzysta.