| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa
Legia meczem w Krakowie rozwiała wątpliwości, że jest dziś w Polsce zespół, który mógłby nawiązać z nią równorzędną walkę. Można chyba spokojnie stwierdzić, że jeśli ktoś inny zdobędzie mistrzostwo kraju, będzie to sensacja.
Najważniejsza bramka meczu, zdobyta przez Orlando Sa, padła po wyraźnym spalonym, ale widać było, że Legia jest poziom wyżej niż przeciwnik. Legia to dziś jedyny polski zespół, który można nazwać europejskim.
Umówmy się, Orlando Sa czy Helio Pinto to nie są jacyś drugorzędni zawodnicy, ale Henning Berg, sadzając na ławce najlepszych, dał mocny argument przeciwnikom reformy ligi. Owszem, Legia ma wystarczająco mocny skład, ale jeśli akurat w najważniejszym meczu rundy oszczędza dwóch najlepszych, to przekaz jest prosty – liga zaczyna się w drugiej fazie, teraz wartość punktów jest niewielka, bo i tak zostaną podzielone przez dwa. A więc nie trzeba być zdecydowanym liderem (choć można), wystarczy trzymać się w czubie, a szeroki skład Legii to gwarantuje.
Legia pokazuje, że liczą się głównie europejskie puchary. Drużyny takie jak Legia, Lech czy Wisła (przynajmniej ta kilka lat temu), powinno się rozliczać z tego, jak wypadają w Europie. Ale Berg przekracza pewną niewidzialną granicę. Może obcokrajowcowi bardziej wypada to zrobić. Ma do tego prawo i nie warto mu tego wypominać. To jest strategia, jest generałem musi rozplanować siły, on wie najlepiej jak kto się czuje. Tym bardziej, że triumfuje i nic nam do tego jak odnosi sukces.
Z punktu widzenia Ekstraklasy S.A. to jednak problem w momencie gdy zacznie się negocjowanie nowych praw do pokazywania rozgrywek. Czy Bayern posadzi najlepszych w meczu z Leverkusen? A Real z Barceloną albo odwrotnie? Wątpliwe.
Z punktu widzenia kibica czy dziennikarza po prostu szkoda, bo warto było obejrzeć rywalizację dwóch ofensywnych duetów: Radović i Duda vs Stilić i Brożek.
Od pierwszej minuty był tylko ten drugi. I jak się okazało, na tle lepiej zorganizowanej obrony widoczne były braki ataku Wisły.
Sporo niedokładnych podań, zagrań "na aferę", prostych strat… Legia w słabszym zestawieniu pokazała, że wciąż jest mocną drużyną. Grała z większą kulturą, przetrzymywała piłkę (Wiśle sprawia to kłopot), miała przewagę w środku, ładniej, jej podania były bardziej przemyślane. Te wszystkie atuty składają się na organizację gry.
A jednak nawet taka Wisła zasługuje na uznanie. Gdy przypomnimy sobie w którym miejscu była, gdy przejmował ją Franciszek Smuda, a gdzie jest dziś, to trzeba robotę szkoleniowca docenić.
Smuda skleił naprawdę niezłą na naszym rynku drużynę. Gdyby trener umiał chwalić się tym zespołem, to klaskalibyśmy z zachwytu.
Ktoś powie, że to kontrowersyjne sądy przy wyniku 0:3, ale też trzeba pamiętać o przebiegu meczu i minutach padania bramek.
Jankowski, Brożek, Garguła, Boguski, Stilić – to piłkarze, którzy myślą, grają szybko, potrafią zrobić coś z piłką, ale mogą też oddać ją błyskawicznie koledze. Mamy więc obraz drużyny grającej szybko, krótkimi podaniami. To wszystko jest dobre na małe kluby, ale to zdecydowanie za mało na Legię. Wisła nie jest dziś zespołem na poziomie europejskim, ale wiele dobrego przed nim. O ile sytuacja w klubie się ustabilizuje, to Smuda może mieć w Krakowie ponownie dobrą drużynę. Ale jeszcze przez jakiś czas nic z tego nie będzie.
Po tym meczu widać, że Legia w każdym momencie może uciec z peletonu i spokojnie dojechać do mety, ze sporą przewagą. To chyba najładniej grający polski zespół od kilku lat. Wciąż szkoda tego Celtiku…