30 października 1974 roku doszło do historycznego pojedynku. W Kinszasie urzędujący mistrz świata – niepokonany George Foreman (40-0, 37 KO) – spotkał się z legendarnym Muhammadem Alim (44-2, 31 KO). Elektryzujące starcie, które reklamowano pod hasłem "The Rumble In The Jungle" ("Grzmoty w dżungli"), dziś jest postrzegane jako jedno z najważniejszych wydarzeń w historii sportu.
Doprowadzenie do tego pojedynku to jeden z pierwszych wielkich sukcesów stawiającego pierwsze kroki w promotorskiej branży Dona Kinga. Amerykanin podpisał z obydwoma pięściarzami odrębne kontrakty zapewniające im zarobki rzędu 5 milionów dolarów. W tamtych czasach była to suma kosmiczna i nikt w Stanach Zjednoczonych nie mógł zapewnić takiej kwoty. "Sponsorem" został... prezydent Zairu, Mobutu Sese Sako, który w organizacji takiego wydarzenia dostrzegł jedyną w swoim rodzaju szansę wypromowania swojego kraju.
Najsilniejszy kontra najszybszy
Dla Alego była to 18. walka od momentu powrotu do boksu. W 1967 roku został oficjalnie zawieszony i pozbawiony tytułu mistrza ze względu na odmowę służby wojskowej. Tuż przed pojedynkiem z Foremanem pomścił jedyne porażki w karierze. We wrześniu 1973 roku wygrał niejednogłośnie na punkty z Kenem Nortonem, a z kolei w styczniu 1974 roku pokonał Joego Fraziera.
Foreman też walczył z tymi zawodnikami – obaj nie usłyszeli gongu rozpoczynającego trzecią rundę. W styczniu 1973 roku w wielkim stylu zadał pierwszą w karierze porażkę Frazierowi, który – zanim sędzia przerwał walkę – sześć razy padał na deski. Pojedynek z Alim był zatem powszechnie uważany za starcie najsilniejszego boksera wagi ciężkiej z tym najszybszym i najsprytniejszym.
"Doping" na linach
I choć powszechnie uważano, że Ali zostanie kolejną z ofiar Foremana, to już początek walki zwiastował coś niesamowitego. Pretendent rozpoczął z niebywałą agresją, zasypując niepokonanego mistrza gradem długich ciosów bitych prawą ręką.
Jeszcze przed walką z właściwą sobie pewnością siebie graniczącą z zadufaniem Ali przekonywał, że ma na ten pojedynek tajny plan, który sprawi, że wygrana przyjdzie nadspodziewanie łatwo. I od drugiej rundy rzeczywiście cały świat boksu zobaczył coś, czego nikt wcześniej w walce mistrzowskiej nie pokazał. Były mistrz świata zaczął... opierać się o liny, wychylając się niemal poza ring! Wyglądało to tak, jakby Ali pozwalał "wyszumieć się" Foremanowi, który konsekwentnie bił mocnymi seriami. Na skutek szczelnej defensywy mało który z tych ciosów naprawdę dochodził celu.
Po zakończeniu starcia ta taktyka obrosła legendą. Alego i jego trenera Angelo Dundeego oskarżono o... celowe poluzowanie lin ringu, czemu obaj zaprzeczali. Doświadczony szkoleniowiec nie ukrywał jednak, że taka postawa była częścią planu. Co ciekawe, taki styl miał rzekomo zasugerować... fotograf George Kalinsky. Całe zachowanie przeszło do historii jako rope-a-dope (gra słów, w luźnym tłumaczeniu "doping na linach" – przyp. red.). – Dlaczego nie spróbujesz czegoś takiego? To będzie taki doping na linach. Foreman będzie mógł się wystrzelać, ale jego ciosy będą pruły powietrze – miał powiedzieć Kalinsky.
Sam Ali zaprzeczał, że wyszedł na ring z takim podejściem. Przyznał, że zmodyfikował taktykę po pierwszej, aktywnej rundzie. I choć w kolejnym starciu narożnik domagał się od niego słynnego tańca, to były mistrz był do bólu bierny. Wszystko przez... miękką matę ringu w Kinszasie. – Błyskawicznie zrozumiałem, że nie mam szans robić tego co potrafię najlepiej przez 15 rund, bo po prostu się zamęczę – przyznał.
Kiedy mistrz się zmęczy...
Ali niewiele atakował, ale... tak to miało wyglądać. Foreman uwierzył, że jest o krok od znokautowania rywala i naciskał ze wzmożoną siłą. Problem w tym, że jego ciosy nie robiły na chowającym się za podwójną gardą przeciwniku żadnego wrażenia.
Mistrz nadziewał się też na kontry. Legendarny lewy prosty Alego – którym punktował od pierwszego gongu – sprawił, że twarz Foremana potwornie spuchła.
– Do siódmej rundy byłem przekonany, że to będzie po prostu kolejny rywal, którego znokautuję. Wtedy huknąłem go potwornym prawym na szczękę. "To wszystko co masz, George? Mówili mi, że potrafisz bić tak mocno jak Joe Louis!" – powiedział mi wtedy Ali, a ja zrozumiałem, że ta walka nie jest tym, czego się spodziewałem – wspominał po latach Foreman.
Ósme starcie okazało się ostatnim. Przebiegało... bardzo podobnie do pozostałych. Gdy na zegarku pozostawało 40 sekund do końca, Ali został osaczony w narożniku. Mistrz bił seriami na ciało i wydawało się, że każdy kolejny jego cios może zakończyć walkę. Stało się jednak dokładnie odwrotnie. Ali trafił kontrującym prawym, zachwiał zmęczonym Foremanem, by następnie przypuścić skomasowany atak. Seria ciosów pretendenta doszła do celu: niepokonany do tej pory rywal padł na deski, gdy do końca pozostawało 11 sekund. Wstał tuż po tym, jak sędzia doliczył do dziesięciu.
Do rewanżu nigdy nie doszło
Po zdobyciu pasa Ali zaliczył 10 udanych obron, pokonując na dopełnienie tryptyku w innej klasycznej walce Fraziera. Choć nie był to już ten sam zawodnik, który rzucił na kolana świat i groźnego Sonny'ego Listona w 1964 roku, to rzeczywiście dał się poznać jako "The Greatest".
Foreman nigdy nie doczekał się rewanżu, ale po latach przyznał, że... może to i lepiej. – To był najdzielniejszy z moich wszystkich rywali. Po gongu kończącym każdą rundę patrzył mi prosto w oczy bez żadnego strachu. Pamiętam, jak myślałem w tamtych chwilach, że nigdy nie walczyłem z kimś równie dzielnym. Chciałem rewanżu, ale w głębi ducha wielokrotnie sam siebie pytałem, czy naprawdę chcę z nim ponownie boksować – stwierdził.
– W rewanżu boksowałbym inaczej, na dystans. Byłbym oszczędniejszy. Jak znam Alego, to i tak by mnie przechytrzył. Szkoda, że nie byłem bardziej uważny w pierwszej walce. Zignorowałem wszystkie ostrzeżenia. W marcu 1971 roku byłem w Madison Square Garden na jego walce z Frazierem. Joe posłał go na deski, nogi Muhammada powędrowały w górę, odwróciłem się wtedy i powiedziałem do kogoś, że to koniec. Kiedy sekundę później ponownie spojrzałem na ring, Ali był już na nogach. To był niezwykły zawodnik – dodał.
pic.twitter.com/X9b0Xhc1qj "is that all you got George?" Yep Ali that was all. 40 years later I Love him.
— George Foreman (@GeorgeForeman) październik 28, 2014