Gdy wszyscy w Rosji udają, że nie wiedzą nic na temat dopingu, on głośno mówi, że zmanipulowano tysiące próbek. W rozmowie z TVPSPORT.PL Jurij Ganus opowiada o swojej misji. – Chcę zmienić mentalność Rosjan – przekonuje szef RUSADA.
W 2017 Ganus został dyrektorem generalnym rosyjskiej agencji antydopingowej, RUSADA, która była na cenzurowanym po filmie dokumentalnym ARD na temat dopingu w Rosji. W 2018 roku RUSADA odzyskała akredytację światowej agencji antydopingowej (WADA), ale wkrótce problemy rozpoczęły się na nowo. Do końca zeszłego roku WADA miała otrzymać wszystkie materiały z moskiewskiego laboratorium (do którego RUSADA nie ma dostępu), ale termin ten został przeoczony. Ganus napisał wówczas emocjonalny list to prezydenta Rosji Władimira Putina, w którym prosił o ochronę czystego sportu i ostrzegał, że Rosjanie stoją na skraju przepaści.
W tym roku WADA otrzymała w końcu dane z moskiewskiego laboratorium, ale jest podejrzenie, że doszło do manipulacji. W październiku Ganus otwarcie powiedział, że tysiące testów zostało zmanipulowanych. Jego zdaniem Rosjanie poniosą bardzo ciężkie konsekwencje – w jednym z wywiadów zasugerował, że ich reprezentacja może zostać wyrzucona z dwóch najbliższych igrzysk olimpijskich (Tokio i Pekin). Decyzja w tej sprawie ma zapaść na początku grudnia.
Mateusz Miga, TVPSPORT: – Skoczył pan kiedyś na bungee?
Jurij Ganus: – Nie, ale znajomi wielokrotnie namawiali mnie, bym skoczył ze spadochronem. Przez całą karierę zawodową jestem związany z zarządzaniem kryzysowym, bo jestem profesjonalnym menedżerem zajmującym się tego typu sytuacjami. W mojej ostatniej pracy zajmowałem się restrukturyzacją upadającego przedsiębiorstwa. Z tego powodu uznałem, że mogę się przydać w agencji antydopingowej i nie przyszedłem tu po atencję, jak niektórzy moi poprzednicy. Od ponad dwudziestu lat przebywam w międzynarodowym środowisku, pracowałem choćby w Niemczech czy Finlandii.
– A więc na skok ze spadochronem dał się pan namówić?
– Nie, bo w moim przypadku każdy dzień jest jak taki skok. Taka praca. Dziś, w sytuacji w jakiej znalazła się nasza agencja, muszę być liderem. Podejmując pracę w 2017 roku postawiłem sobie kilka celów. Pierwszym było przebudowanie RUSADA tak, by stała się profesjonalną agencją bazującą na międzynarodowych standardach antydopingowych. Ciężko pracowaliśmy i udało się, a w 2018 odzyskaliśmy akredytację WADA. Kolejnym zadaniem, wyznaczonym na samym początku, była zmiana naszej kultury. Hasło do którego dążymy to "zero tolerancji dla dopingu". Bardzo podobało mi się to, co podczas konferencji WADA w Katowicach powiedział prezydent Polski, Andrzej Duda. Jednoznacznie potępił doping. To bardzo odważny prezydent i wielki człowiek dający świetny przykład dla całego narodu. Oprócz pracy nad zmianą naszej mentalności, dużo wysiłków kosztuje utrzymanie niezależności naszej agencji. Wcześniej RUSADA była lokajem ministerstwa sportu. Nie mogliśmy nadal iść w tym kierunku. Wszystkim powtarzam, że RUSADA będzie niezależna, więc muszę dotrzymać słowa. Niektórym ważnym osobom w Rosji bardzo trudno to zrozumieć, ale nie mamy innego wyjścia. Walczymy nie tylko o dziś, ale także o jutro naszego sportu.
– Jednym z pańskich poprzedników na stanowisku szefa RUSADA był Grigorij Radczenkow. W przeszłości był ważnym ogniwem w procesie dopingowym, ale potem głośno powiedział prawdę. Był jednym z głównych bohaterów głośnego filmu "Ikar", Władimir Putin nazwał go głupcem i wysłał za nim list gończy. Wtedy jednak Radczenkowa nie było już w Rosji, a do dziś ukrywa się w Stanach Zjednoczonych. Z Rosji uciekła też Julia Stiepanowa, która o dopingu powiedziała w materiale ARD. A pan o siebie się nie boi?
– Proszę posłuchać, ja chcę mówić prawdę. Nie reprezentuję niczego innego niż interes naszego kraju. Chronimy naszych sportowców, całe pokolenie! Tak, otrzymałem pewne pogróżki, dziwne wiadomości. Pytałem ich autorów: "kogo reprezentujecie?". Ja pracuję nad tym, by chronić nasz sport. Kryzys dopingowy trwa już w Rosji z pięćdziesiąt lat, a dziś jesteśmy w najgłębszym punkcie.
– Problem polega na tym, że osoby, które wysyłały panu pogróżki pewnie uważają, że to one reprezentują interesy Rosji.
– Nie wiem, co oni myślą. Ja traktuję moje zadanie nie jak pracę, ale jak misję. Wiem, że to wielkie słowa, ale czasem muszą paść i takie. Czasem nie jestem w stanie uwierzyć, jakie rzeczy wygadują ważne osoby w naszym państwie na temat naszego sportu.
– Wielkie słowa, ale jest pan człowiekiem mieszkającym i pracującym w Moskwie. Dwóch bliskich współpracowników Radczenkowa w RUSADA zmarło w 2016 w odstępie ledwie dziewięciu dni. Nikomu niczego nie udowodniono, ale wyglądało to co najmniej podejrzanie. Co na pańską obecną działalność pana rodzina? Nie boją się o pana? Czy nie uważają, że ryzyko jest zbyt wielkie?
– Jako normalna osoba rozumiem sytuację, ale to jest moja droga i muszę nią podążać. W RUSADA chcemy działać na zasadzie lodołamacza. Łamiemy lód tolerancji dla dopingu, który w Rosji ma długą historię. Kruszymy ten lód i idziemy dalej.
– Długa tradycja to fakt. W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych procederem dopingu miało kierować KGB. Teraz nitki prowadzą do Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w której aż roi się od byłych oficerów KGB. Mówi się też o zaangażowaniu samego prezydenta Władimira Putina.
– Nie wiem, kto był i kto jest w to zaangażowany. Nie chciałbym wszystkich służb malować na jeden kolor. Zanim zacząłem pracę w RUSADA, przez wiele lat działałem w biznesie. Wtedy niektóre służby aktywnie włączały się w ochronę naszego majątku i wpływów przed konkurencją. Wiele razy mogliśmy liczyć na pomoc z ich strony. Prawda jest taka, że ktoś w Rosji pogrzebał nasz sport i teraz potrzebujemy kilku lat, by się z tego wygrzebać. To naprawdę duży problem. Wiem, że wielu rodziców, ze względu na doping, odradza swoim dzieciom stawianie na sport. Sportowców jest coraz mniej, ale zapewniam, że i w Rosji są czyści sportowcy.
– Tak?
– Oczywiście. Mamy też prawdziwych trenerów, którzy stawiają na prawdziwy sport. Jest grupa liderów i organizacji sportowych, którzy ściśle współpracują z RUSADA, ale niestety nie do nich należy podejmowanie decyzji. Przekonanie osób decyzyjnych to jedna z naszych najważniejszych misji.
– To pańska pierwsza praca w sporcie. Wcześniej był pan kibicem?
– W młodym wieku przez pięć lat grałem w piłkę ręczną. Urodziłem się na Ukrainie, a do szkoły chodziłem w Zaporożu, które było wtedy miastem szczypiorniaka. Mieliśmy w Zaporożu dwie drużyny grające w najwyższej lidze, a ja występowałem w drużynach młodzieżowych jednej z nich.
– Wolał pan atakować czy bronić?
– Atakować. Nie możesz wygrać, jeśli cały czas bronisz. Jestem proaktywną osobą.
– Teraz też pan atakuje. Tylko w trakcie katowickiej konferencji pańskie słowa były cytowane autentycznie na całym świecie – w Australii, Japonii, Stanach Zjednoczonych, w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, w Polsce i oczywiście w Rosji. To pańska taktyka? Mówić o tym jak najgłośniej?
– Moja taktyka to niesienie przesłania. Chcę wyważać zamknięte drzwi. Czas, by wybrać właściwą drogę.
– W porządku, ale zaraz wraca pan do Rosji. Jakiego przyjęcia się pan spodziewa po hałasie jakiego narobił w Katowicach?
– Normalnego. Mam zamiar nadal normalnie pracować. Lodołamacz musi przeć dalej.
– Jakieś nowe sygnały, nowe pogróżki, ostrzeżenia?
– Mam wrażenie, że z dnia na dzień wspiera nas coraz więcej osób ze związków sportowych. Zaczynają rozumieć sytuację i widzą, że zmiany muszą nastąpić. Ja muszę cały czas chronić niezależność mojego młodego zespołu w agencji. Dziś sportowa społeczność na całym świecie oczekuje od nas ruchu, a nie takich słów, jakie w Katowicach padły z ust ministra sportu, Pawła Kołobkowa. Nie rozumiem tej postawy, to było bardzo dziwne. Przecież to minister jest odpowiedzialny za sytuację w której się znaleźliśmy i on powinien odnaleźć nową drogę. To już czas rozwiązań, a nie dyskusji.
– Kołobkow zakwestionował pańskie słowa o tym, że doszło do fabrykowania próbek. Podczas katowickiej konferencji spędziliście trzy dni w jednym centrum kongresowym, ale trudno było was zobaczyć razem. Rozmawialiście?
– Nie. On wie, co ja chcę mu powiedzieć, bo powiedziałem mu to już wcześniej. Teraz – podczas konferencji – to on wysłał sygnał do mnie. OK, odebrałem go. Ciągle mam nadzieję, że środowisko sportowe w Rosji znajdzie odpowiednich liderów, a my jako RUSADA współpracujemy z niektórymi menedżerami z ministerstwa sportu.
– W rosyjskim biznesie działa pan od lat. Spotkał pan kiedyś na swojej drodze Putina?
– Nie. Dlatego też w 2018 wysłałem do niego ten otwarty list, bo potrzebujemy jego wsparcia. Dwie godziny po tym jak go opublikowałem dostałem wiadomości, by to usunąć. Bym napisał, że to była pomyłka. Nie mogłem tego zrobić. Domyślam się kto to był, ale to tylko domysły.
Dziś sportowa społeczność na całym świecie oczekuje od nas ruchu, a nie takich słów, jakie w Katowicach padły z ust ministra sportu
– Liczy pan na wsparcie Putina, ale prezydent do dziś nie zadeklarował walki z dopingiem. Wręcz przeciwnie, z jego wypowiedzi wynika, że nie ma zamiaru niczego zmieniać. W październiku powiedział, że Rosja wypełniła wszystkie zalecenia WADA.
– Ja nadal czekam na niego i liczę na współpracę. Chcemy przetłumaczyć na rosyjski książkę Arne Lundqvista na temat dopingu. Autor opisuje tam, w jaki sposób Szwedzi poradzili sobie z dopingiem, a udało się m.in. dzięki wsparciu rodziny królewskiej.
– Jak pan się poczuł, gdy zrozumiał, że tak wiele testów znów zostało zmanipulowanych?
– Dostałem te dokumenty od WADA. Gdy to otworzyłem, byłem w szoku. Szybko dotarło do mnie, jak duża była skala dokonanych zmian. To prawdziwa tragedia dla naszego sportu.
– W trakcie katowickiej konferencji zaskoczył także dyrektor generalny amerykańskiej agencji antydopingowej, Travis Tygart. Zasugerował, że jest pan kimś w rodzaju podwójnego agenta. Twierdzi, że mówi pan tylko to, czego chce od pana rosyjski rząd, a niezależność RUSADA, o której pan mówi jest fikcją.
– Słyszałem to i nie mam pojęcia, skąd te słowa. To było coś bardzo dziwnego. Gdyby pan Tygart znał mnie wcześniej, wiedziałby, jakie są moje intencje i nie wątpiłby w nie. Mam nadzieję, że uda nam się na ten temat porozmawiać.