Nie mam wątpliwości, jakie życzenia słyszeli najczęściej przy wigilijnym stole trener Heynen i jego zawodnicy. Medal w Tokio od dawna nie jest już tylko życzeniem. To cel nadrzędny, któremu poświęcony został rok przedolimpijski. Który sam w sobie dostarczył wielu emocji i ciekawych spostrzeżeń.
Co turniej to medal. Brązowy Ligi Narodów, taki sam mistrzostw Europy, wreszcie srebro Pucharu Świata. W jedynych zawodach, które polscy siatkarze wygrali, medali nie przyznawano, ale to one były najważniejszym punktem sezonu 2019.
W olimpijskich kwalifikacjach biało-czerwoni zagrali jak na mistrzów świata przystało. Zwłaszcza w kluczowym spotkaniu z Francuzami. Zawsze groźna dla nas ekipa Trójkolorowych została rozbita w puch. Miałem wrażenie, zapewne nie tylko ja, że tego dnia nikt nie miałby szans z reprezentacją Polski. Zdecydowanie większy opór stawili nam w Gdańsku Słoweńcy, ale i oni zeszli z parkietu pokonani. Niemal równo rok przed finałem turnieju olimpijskiego nasi siatkarze zapewnili sobie bilety do Tokio.
Po tym turnieju zaczął się serial spekulacji pod wspólnym tytułem: kto pojedzie na igrzyska? Który trwa i zakończy się dopiero za jakieś pół roku. Miejsc jest tylko dwanaście. Kandydatów ze dwa, jak nie trzy, razy tyle. Wszystkiemu "winna" tegoroczna Liga Narodów, w której wcale nie medal był naszą największą zdobyczą. Dzięki śmiałym decyzjom Vitala Heynena wszyscy przekonaliśmy się, jak wielu mamy w Polsce siatkarzy na międzynarodowym poziomie.
Moglibyśmy śmiało wystawić co najmniej dwie ekipy liczące się w walce o zwycięstwa w imprezach najwyższej rangi. Reprezentacja Polski B (tak ją umownie nazwijmy) dwukrotnie pokonała w turnieju finałowym Ligi Narodów występującą w najsilniejszym składzie Brazylię! Swoją drogą, sztuka ta nie udała się naszej – teoretycznie mocniejszej – drużynie w Pucharze Świata. A kilku graczy, którzy zaczynali sezon w rezerwach, przeskoczyło do pierwszej linii. Bodaj najbardziej cieszy wzmocnienie rozegrania. Marcin Komenda zasłużył na tytuł odkrycia roku i na dziś to niemal pewniak do olimpijskiej dwunastki.
Jakby tego wszystkiego było mało, mistrzów świata wzmocnił jeden z najlepszych siatkarzy globu. Wilfredo Leon z miejsca podbił serca polskich kibiców i równie szybko sprawił, że trudno nam sobie wyobrazić reprezentację bez urodzonego na Kubie przyjmującego. A przecież swoich pełnych możliwości nie mógł w tym roku pokazać w biało-czerwonych barwach Bartosz Kurek. O tym, że powrócił do poziomu, który zapewnił mu na mundialu tytuł MVP, przekonuje nas na co dzień w lidze włoskiej. Z kolei w Rosji "szaleje" Maciej Muzaj, ostatniego słowa nie powiedział Dawid Konarski. Siłę ognia mamy ogromną, drżyjcie rywale!
Niektórzy rzeczywiście drżeli i niemal bez walki oddawali mecze biało-czerwonym, co obserwowaliśmy na mistrzostwach Europy. Ale... do czasu. Słoweńcy nie przestraszyli się Polaków, biorąc rewanż za porażkę w Gdańsku. To bodaj największe rozczarowanie roku, choć złoto na kontynencie nie było, powtórzmy, najważniejsze.
Łyżką dziegciu w beczce miodu można również nazwać mniej lub bardziej skrywany konflikt na linii Heynen-Bednorz. Ta ostatnia sprawa nie jest jednak, miejmy nadzieję, zakończona, o czym świadczą ostatnie – pojednawcze – wypowiedzi belgijskiego szkoleniowca.
Reprezentanci Polski kończą bardzo udany rok z nadziejami, że kolejny dostarczy tylko jednego, ale za to najważniejszego powodu do radości. Tego życzę nie tylko im, ale nam wszystkim, gorąco ich na co dzień dopingującym. Czas na przełamanie syndromu szóstego meczu na igrzyskach, czas na medal!
Wesołych Świąt