| Czytelnia VIP

Drugie życie Salvadora Sancheza. James Dean świata boksu?

Salvador Sanchez, boks (Fot. Getty)
Czy Salvador Sanchez był Jamesem Deanem świata boksu? (Fot. Getty)
Kacper Bartosiak

Większość 23-letnich pięściarzy najczęściej dopiero puka do bram wielkiego boksu. Salvador Sanchez - on w tym wieku był już świeżo po dziewiątej obronie mistrzowskiego tytułu. Na horyzoncie widniały kolejne wielkie wyzwania, ale wszystkie plany skończyły się pewnej gorącej sierpniowej nocy 1982 roku. W wypadku samochodowym zginął mistrz, ale… narodziła się legenda, która fascynuje kolejne pokolenia fanów boksu.

DALSZĄ CZĘŚĆ PRZECZYTASZ POD REKLAMĄ

"Salvador Sanchez nie żyje! Powtarzam, Salvador Sanchez nie żyje!" – nadawał z przejęciem radiowy prezenter w południe 12 sierpnia. Szokująca wiadomość obiegła Meksyk lotem błyskawicy. Do wypadku doszło kilka godzin wcześniej – około 3:30 w nocy. Mistrz pędził ukochanym Porsche 928S i w niewyjaśnionych okolicznościach zderzył się z dwiema ciężarówkami na dwupasmowej drodze. Prędkość była tak duża, że z pojazdu nie było co zbierać. Zgon kierowcy stwierdzono na miejscu.

Od razu pojawiło się kilka znaków zapytania. Sanchez był przecież w trakcie obozu przygotowawczego do rewanżowej walki z Juanem LaPorte (21-3), która miała się odbyć 15 września. Wszyscy wiedzieli, że mistrz mimo młodego wieku wyjątkowo poważnie podchodzi do obowiązków. Gdy zaczynał przygotowania do kolejnego występu, to życie towarzyskie schodziło na dalszy plan. Kładł się spać o 21, a kolejny dzień zaczynał od kilkunastokilometrowego biegu od 5:30.

Urodzinowy tort i ojcowski pasek. Historia Tarasa

Czytaj też

Taras Romanczuk to kapitan Jagiellonii Białystok (Fot. Getty)

Urodzinowy tort i ojcowski pasek. Historia Tarasa

Co więc Salvador Sanchez robił w środku nocy kilkadziesiąt kilometrów od domu?

* * *
Stereotypy przełamywał od najmłodszych lat. W powszechnej opinii pięściarze z Meksyku są kojarzeni jako mistrzowie wywierania presji i specjaliści od krwawych ringowych bijatyk. Sanchez był inny – dał się poznać jako metodyczny i niezwykle inteligentny pięściarz, który rozkręca się z każdą kolejną rundą. Mógł dać się zdominować w pierwszych kilku odsłonach, ale zawsze była to tylko część większego planu.

"Chava" – jak nazywali go najbliżsi – po prostu "studiował" rywali. Na bieżąco uczył się ich stylów, a potem wyciągał wnioski. Współcześnie rzadko ogląda się takie sytuacje. Pojedynki trwają 12 rund, więc nawet najwięksi mistrzowie boją się ryzyka. Sanchez był królem walk 15-rundowych – miał genetyczne predyspozycje do takiego boksu. Od małego uwielbiał biegać i pływa . To właśnie kondycja i pracujący na coraz wyższych obrotach bokserski "silnik" należały do jego największych atutów.

Do sportu trafił przez przypadek. Miał dziesiątkę rodzeństwa i pochodził z niewielkiego miasta Santiago Tianguistenco, gdzie większość społeczności zajmowała się pracą w polu. – Największym atutem tego chłopaka było to, że nigdy o tym nie zapomniał. Gdyby nie boks, to też pracowałby w upale. Każdego dnia przebiegał obok sąsiadów jakby chciał pamiętać, że też mógł tak skończyć. Zawsze był w świetnej formie. Nawet gdy się relaksował, robił to z chłopięcym entuzjazmem i manierą, która pozwalała mu pozostawać na mistrzowskim poziomie. Miał tylko jedną słabość – szybkie samochody – wspominał dziennikarz Howard Cosell.

W dzieciństwie Salvador częściej zachwycał się wrestlingiem. Tą pasją zaraził go Jose Sosa – przyjaciel z dzieciństwa. Któregoś dnia po lekcjach obaj uciekli do Toluki, by pokazać talenty miejscowemu trenerowi. Na miejscu okazało się, że w tym samym pomieszczeniu jest również sekcja bokserska. Z wrestlingu nic nie wyszło, ale Agustin Palacios Rivera dostrzegł to coś w trzynastolatku o bujnej fryzurze. 

Tak zaczęła się przygoda z boksem, ale od początku na tej drodze pojawiały się wyboje. Salvador musiał przekonać do kontrowersyjnego pomysłu rodziców, którzy znali inną prozę życia codziennego. W późniejszych latach matka wkładała mu do buta malutki krzyżyk z drewna palmowego przed każdą walką. Kariera amatorska trwała dość krótko – Sanchez stoczył niespełna dziesięć pojedynków. Jak wielu nastolatków jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności przeszedł na zawodowstwo, ale – choć trudno w to uwierzyć – był na to gotowy.

Urodzinowy tort i ojcowski pasek. Historia Tarasa

Czytaj też

Taras Romanczuk to kapitan Jagiellonii Białystok (Fot. Getty)

Urodzinowy tort i ojcowski pasek. Historia Tarasa

Salvador Sanchez (z lewej) w ringu (Fot. Getty)
Salvador Sanchez (z lewej) w ringu (Fot. Getty)

Genetyczny fenomen poddany obróbce


Katorżniczy reżim treningowy wydaje się imponujący nawet z dzisiejszej perspektywy. Biegał sześć dni w tygodniu – oszczędzał się tylko w niedziele. Najczęściej po górach, pokonując tam nawet 15 kilometrów. Nie przeszkadzały mu wysokie temperatury – w meksykański upał wychodził w grubych bluzach, by jeszcze lepiej się zahartować. Sparingi? Zapraszał rywali do ringu na 5-minutowe rundy, a między nimi robił sobie zaledwie 45-sekundowe przerwy. 

Po ciężkiej pracy powinien być relaks, ale tu też nie mogło być zbyt kolorowo. Uwielbiał pływać, więc nierzadko po całym dniu wysiłku robił dodatkowe kilometry w basenie. – Lubię zabawić się jak każdy, ale kiedy trenuję to tylko na tym się skupiam. Boks to moja praca i muszę wykonywać ją w odpowiedni sposób. Nie mogę rozczarować fanów, ale przede wszystkim nie chciałbym rozczarować siebie – tłumaczył.

Wolne miał zazwyczaj tylko przez dwa tygodnie bezpośrednio po walce, kiedy i tak leczył rany – już jako młokos miał w ringu złamany nos. Na samym początku kariery wziął go pod skrzydła Jose Luiz Valenzuela – zakochany w boksie lekarz, który pozostał w sztabie Sancheza do końca.

Przewagą Salvadora nad rywalami jest metabolizm. Ustaliliśmy, że potrzebuje zaledwie 47 sekund, by jego ciśnienie tętnicze, puls i oddychanie wróciły do poziomu wyjściowego. Dlatego minuta przerwy między rundami w zupełności mu wystarcza. W rezultacie w końcowych rundach zachowuje świeżość, a rywale są już zmęczeni – tłumaczył doktor Valenzuela.

Sanchez unikał podczas treningów podnoszenia ciężarów – uważał, że w końcowym rozrachunku prowadzi ono do usztywnienia i spowolnienia ramion. Pięściarze lat osiemdziesiątych wyglądali na muskularnych atletów, ale nie on. Był szczupły i niepozorny – nie sprawiał wrażenia kogoś, kto w ringu bawi się z rywalami w kotka i myszkę.

Inną z ważnych osób w otoczeniu pięściarza był Juan Jose Torres Landa. Obiecującego młokosa zaprowadził do drzwi bogatego prawnika doktor Valenzuela. – To spotkanie odmieniło moje życie – zdradził Sanchez krótko przed śmiercią. Według współczesnych standardów Landa był kimś w rodzaju menedżera i mentora, który miał sterować karierą. 

Gdy poznał Salvadora był już poza wielką grą – poważnie myślał o emeryturze. Wcześniej zaprowadził na szczyt innych meksykańskich mistrzów, z genialnym Vicente Saldivarem (37-3, 26 KO) na czele. Nastolatek zrobił też na nim dobre wrażenie – przyjechał pod krawatem, ubrany w kurtkę, a na każde pytanie odpowiadał grzecznie i skromnie.

Sanchez jako 18-latek doznał pierwszej i jedynej porażki w karierze. Miał znakomity bilans 18-0, ale pojechał do Mazaltan, gdzie zmierzył się z miejscowym faworytem. Antonio Becerra (13-2) zdaniem większości obserwatorów nie zasłużył na tytuł mistrza Meksyku w kategorii koguciej, ale po dwunastu rundach wskazało na niego dwóch sędziów. Salvador przekonał się, że gdyby miał poważniejsze zaplecze, to walkę udałoby się zapewne zorganizować na korzystniejszych warunkach.

Nie był to jedyny wniosek z porażki. Młokos zmienił kategorię wagową, a dzięki nowemu doradcy zaczął występować także w Stanach Zjednoczonych. Landa traktował tę pomoc jako hobby. Wypowiadał się na temat wyboru rywali, negocjował kontrakty, ale przede wszystkim sterował pięściarzem. To na farmie bogatego prawnika Salvador żył jak w klasztorze przez 6 tygodni, przygotowując się w morderczych warunkach do kolejnych występów.

Magia Landy działała – obiecujący pięściarz szybko pojawił się w rankingach. Majstersztykiem było doprowadzenie go do pozycji obowiązkowego pretendenta. W lutym 1980 roku mistrz Danny "Little Red" Lopez (42-3, 39 KO) w końcu dał mu szansę. Był uznanym czempionem, który od trzech lat zasiadał na tronie. Tytuł przywiózł z Ghany – wyrwał go miejscowemu faworytowi po 15-rundowej walce w obecności ponad 120 tysięcy widzów.

Wyróżniał się niezwykle ofensywnym stylem. Amerykanie mówią o takich pięściarzach TV fighters, bo pojedynki z ich udziałem gwarantują rozrywkę. Lopez jeszcze zanim został mistrzem stoczył 10-rundową walkę z Genzo Kurosawą (24-22-8). Wszyscy spodziewali się nokautu, ale przeciwnik nie chciał paść na deski. Według nieoficjalnych statystyk zwycięzca wyprowadził... 1791 ciosów! Atak, atak i jeszcze raz atak – taki preferował styl. Przy tym był jednak wrażliwy na rozcięcia, więc jego pojedynki często zamieniały się w krwawe wojny.

Salvador Sanchez, boks (Fot. Getty)
Sanchez (z prawej) to niezwykła postać w historii boksu (Fot. Getty)

Na szerokich wodach


Kiepsko przyjęto wiadomość o walce uznanego mistrza z anonimem. Spodziewano się kolejnej wygranej przed czasem – Lopez w ten sposób rozstrzygnął siedem z ośmiu obron. Najczęściej powtarzano hasło: "Little Red" kontra "Little Known" („mało znany"). Głównym atutem Sancheza w negocjacjach były... niskie wymagania. Za najważniejszy pojedynek w życiu dostał zaledwie 20 tysięcy dolarów, ale Landa doskonale wiedział o co gra. To była inwestycja, która miała się zwrócić dopiero w kolejnych występach.

Większość ekspertów spodziewała się jednostronnego pojedynku i rzeczywiście taki był. Jednak wbrew logice to anonim sprawił faworytowi ciężkie lanie. Już nikt nie śmiał się z wielkiej szczęki pretendenta, która miała być łatwym celem. Lopez był bity od pierwszej rundy i nie miał pomysłu na zmianę losów rywalizacji. Sanchez wszystko robił lepiej – przeważnie punktował mistrza, ale nie unikał też ostrych wymian w półdystansie, w których również dominował.

Często walki niedoświadczonych zawodników z renomowanymi czempionami rozstrzygają się w tzw. "rundach mistrzowskich". Tym razem jedna ze starych teorii się nie potwierdziła. To pretendent wyglądał jak ktoś, kto regularnie walczy na pełnym dystansie, choć tego dnia pierwszy raz w życiu boksował dłużej niż przez 12 rund.

Właśnie w 13. rundzie wszystko się rozstrzygnęło. Twarz Lopeza była zniekształcona. Miał rozbity nos, a do tego liczne rozcięcia – krew była wszędzie. Dzielny czempion nie padł na deski, ale po kolejnym ataku Sancheza sędzia ringowy skończył te męczarnie. Sensacja stała się faktem, a pokonany zareagował z klasą, uznając wyższość pogromcy.

Świętowanie sukcesu? Na to nie było miejsca. Dwa miesiące później Salvador wszedł do ringu, by obronić tytuł walcząc z groźnym Rubenem Castillo (45-1). To był kolejny chrzest bojowy – młody mistrz stoczył pierwszy pojedynek na pełnym dystansie. Wygrał minimalnie na kartach trzech sędziów. Przeciwnik w kolejnych latach utrzymywał, że tej walki nie przegrał, ale rewanżu nigdy się nie doczekał. 

Więcej szczęścia miał Lopez. Pobity mistrz spróbował udowodnić, że porażka z nowicjuszem była tylko wypadkiem przy pracy. W drugim pojedynku zaprezentował się z lepszej strony, ale scenariusz się powtórzył. Sanchez znów sukcesywnie łamał opór dawnego czempiona i konsekwentnie obijał mu twarz. W 14. rundzie sędzia Mills Lane wkroczył do akcji, ratując Lopeza przed ciężkim nokautem. 

Jeśli tylko trafiałem czysto rywala, to mogłem go znokautować. Walczyłem z Sanchezem przez tyle rund, ale nigdy go tak naprawdę nie trafiłem. On za to doprowadził do celu z tysiąc uderzeń... Ludzie czasami pytają, co osiągnąłem w boksie – zawsze odpowiadam z dumą, że byłem mistrzem do momentu pojawienia się Salvadora Sancheza – tłumaczył wiele lat później Lopez.

Tamte porażki złamały mu karierę. Dosłownie – 27-letni były mistrz niemal z dnia na dzień odszedł ze sportu. Nie żałował tej decyzji – być może dzięki temu bohater wielu ringowych starć cieszy się dziś dobrym zdrowiem. W środowisku jest pamiętany – w 2010 roku został włączony do Bokserskiej Galerii Sław (International Boxing Hall of Fame).

A Sanchez? Tylko się rozkręcał. W 1980 roku stoczył aż pięć mistrzowskich pojedynków. To szalone tempo pomogło mu w nauce, bo wiele aspektów rzemiosła poznawał dopiero w ringu. Duże problemy sprawił mu na przykład szerzej nieznany Patrick Ford (16-0), który w pierwszych rundach wykorzystywał przewagę warunków fizycznych. Cierpliwy Salvador rozgryzł jednak ten styl i szarżą w końcowych rundach wyrwał zwycięstwo.

Kulisy powrotu Sulęckiego na ring. Gołota, krew i...
Kulisy walki Macieja Sulęckiego na gali KBN #12 (fot. TVP)
Kulisy powrotu Sulęckiego na ring. Gołota, krew i...

Rozbili wicemistrzów świata. A później wybuchła wojna...

Czytaj też

27 sierpnia 1939 Polska - Węgry 4:2. Ostatni mecz reprezentacji Polski przed wojną i tragiczne losy jej piłkarzy

Rozbili wicemistrzów świata. A później wybuchła wojna...

„Bitwa Małych Gigantów”


Przełom nastąpił w sierpniu 1981 roku. Na drodze meksykańskiego mistrza stanął znakomity Wilfredo Gomez (32-0-1, 32 KO) – portorykański król nokautu. W niższym limicie kategorii superkoguciej ośmieszał rywali od czterech lat. Z piętnastu mistrzowskich pojedynków wszystkie wygrał przed czasem. Sanchez nie był już "mało znanym" mistrzem, ale bukmacherzy i eksperci odważnie stawiali na przeciwnika, który cieszył się renomą jednego z najlepszych pięściarzy świata bez podziału na kategorie wagowe.

To była walka, na którą patrzył wtedy bokserski świat – reklamowano ją jako "Bitwę Małych Gigantów. "Chava" doskonale zdawał sobie sprawę z okazji – za wyjście do ringu dostał 900 tysięcy dolarów, czyli jakieś... 45 razy więcej (!) niż za pierwszy mistrzowski występ. Do tej walki przygotował się najlepiej w karierze – sparował przez 220 rund. – Lepiej zrób sobie zdjęcie przed walką, bo jak z tobą skończę to nie będziesz mógł się rozpozna – prowokował rywala.

Pojedynek dwóch wielkich mistrzów w najlepszych momentach karier miał jeden zaskakujący zwrot akcji, do którego doszło przed pierwszym gongiem. Choć to Gomez przechodził do wyższej kategorii wagowej to i tak miał poważne problemy... z wagą. W dniu ważenia wstał o 4:30 i intensywnie biegał, bo miał do zrzucenia prawie 2 kilogramy. Udało się, ale cena była wysoka.

Sanchez już w pierwszej rundzie posłał go na deski i wydawało się, że jest bliski wygrania przed czasem. Portorykańczyk jakimś cudem przetrwał te trzy minuty, ale do narożnika wracał na miękkich nogach. Mimo to w kolejnych odsłonach zamykał mistrza w narożniku. 

Tempo walki było szalone, a "Chava" jak zawsze rozpracowywał rywala. Z czasem zamienił się w rewelacyjnego kontrboksera, który wykorzystywał każdy moment nieuwagi przeciwnika. – Sanchez potrafi przyjąć najcięższą nawet bombę z tym samym niewzruszonym wyrazem twarzy – zachwycali się komentatorzy. Zwrotów akcji nie brakowało, ale dało się zauważyć, że Gomez dużo gorzej znosi ciosy mistrza.


Przełom przyszedł w ósmej rundzie. Sanchez osaczył pretendenta w narożniku i przełamał obronę precyzyjną serią. Decydującym uderzeniem był charakterystyczny długi prawy prosty, po którym pod rywalem ugięły się nogi. Mistrz poprawił serią i Gomez prawie wypadł z ringu! Zdołał wstać zanim sędzia doliczył do dziesięciu, ale arbiter słusznie nie dopuścił go do dalszej walki.

Młodziutki czempion dzięki temu zwycięstwu dołączył do panteonu. Miał przed sobą przynajmniej dwa wielkie wyzwania. Jednym z nich było unifikacyjne starcie z Eusebio Pedrozą (33-3), który miał pas federacji WBA. Rozmowy były prowadzone, ale obie organizacje niespecjalnie cieszył ten pomysł. Problem dotyczył też praw telewizyjnych – obaj byli związani z różnymi stacjami.

Na horyzoncie była też inna superwalka – pojedynek z Alexisem Arguello (68-5). Tu jednak Sanchez musiałby pójść śladem Gomeza i zaatakować dominatora wyższej kategorii wagowej. To zestawienie wydawało się łatwiejsze do zorganizowania – obu promował Don King. Był jednak inny problem – Meksykanin uważał, że ma jeszcze sporo do zrobienia w swojej kategorii, a Arguello chciał iść do jeszcze wyższej.

Po drodze "Chava" odprawił dwóch trudnych pretendentów. W grudniu 1981 roku twardy Pat Cowdell (19-2) zaprezentował brytyjski hart ducha. Mistrz miał kłopoty z niewygodnym stylem medalisty olimpijskiego, ale przypieczętował zwycięstwo posyłając go na deski w ostatnich sekundach. Powinien wygrać dość pewnie, ale jeden z sędziów kuriozalne wskazał wygraną punktem przyjezdnego. – Nie zdołałem go do końca rozgryźć – przyznał rozczarowany własną postawą Sanchez.

Walka z Jorge "Rockym" Garcią (23-2) miała z kolei duże znaczenie historyczne – był to pierwszy pojedynek kategorii piórkowej pokazany przez stację HBO. Niżej notowany rywal nawiązał do filmowego przydomku – przyjmował wszystkie bomby Sancheza. Ostatecznie przegrał na punkty, ale udanego występu gratulował mu czempion. 

Rozbili wicemistrzów świata. A później wybuchła wojna...

Czytaj też

27 sierpnia 1939 Polska - Węgry 4:2. Ostatni mecz reprezentacji Polski przed wojną i tragiczne losy jej piłkarzy

Rozbili wicemistrzów świata. A później wybuchła wojna...

Salvador Sanchez, boks (Fot. Getty)
Sanchez świętuje jedno ze zwycięstw (Fot. Getty)

Kłopotliwe zastępstwo
Dwa miesiące później Sanchez znów był między linami. Miał zmierzyć się z obowiązkowym pretendentem – mocno bijącym Mario Mirandą (19-0). Rywal w ostatnim występie nabawił się jednak kontuzji i zrezygnował. Wyzwanie przyjął więc prosto z marszu Azumah Nelson (13-0) z dalekiej Ghany. "Chava" podszedł do niego jak do każdego innego przeciwnika – przygotował się rzetelnie, ale w swoim stylu. Robotę wolał podczas sparingów i konsekwentnie odmawiał oglądania kaset z walkami pretendenta.

Pojedynek w słynnej hali Madison Square Garden miał zaskakujący przebieg. W pierwszych rundach dominował Nelson, który czuł się pewnie do tego stopnia, że demonstrował widzom nawet "przeplatankę" Muhammada Alego. Sanchez chwilami wyglądał na bezradnego jak nigdy wcześniej. – Czuję się bardzo osłabiony – powiedział po czwartej rundzie. Kilka minut później zwrócił uwagę, że rywal bije bardzo mocno i ma szybkie ręce. W siódmej rundzie wszystko wróciło na odpowiednie dla mistrza tory – pretendent padł na deski po kumulacji ciosów, którą zapoczątkował wyprzedzający lewy sierpowy.

Zaczął się powtarzać scenariusz znany z walk Meksykanina, który nauczył się już stylu Nelsona i z każdą kolejną rundą coraz skuteczniej przełamywał go fizycznie. Mistrz Afryki walczył dzielnie, ale nie dało się ukryć, że nie jest do tej walki optymalnie przygotowany. Po gongu kończącym dziewiątą rundę miał w głowie taki mętlik, że poszedł... do narożnika czempiona. 

Historia tego pojedynku była jeszcze bardziej złożona, bo dość nieoczekiwanie w końcowych rundach to właśnie Nelson jako pierwszy złapał drugi oddech. Znów ganiał Sancheza po ringu i okładał go seriami ciosów. Po raz pierwszy mogło się wydawać, że mistrz spotkał na drodze kogoś, kto woli walczyć w jeszcze szybszym od niego tempie. W tej dramatycznej batalii o wszystkim miała zdecydować ostatnia runda. Pretendent powinien prowadzić na punkty, ale dwóch sędziów widziało nieznaczną przewagę obrońcy tytułu.


Nelson zaufał instynktowi – czuł, że musi znokautować Sancheza lub przynajmniej rzucić go na deski, by móc myśleć o zwycięstwie. Przeliczył się – okazało się, że w baku czempiona było jeszcze sporo paliwa. Na nieco ponad minutę przed końcem trafił go w zwarciu mocnym lewym sierpowym. Pod pretendentem ugięły się nogi i po chwili znalazł się na deskach. Wstał, ale chwiał się – sędzia przerwał pojedynek niemal równo z sekundantem, który rzucił ręcznik na znak poddania.

Ten niesamowity ringowy thriller zostawił więcej pytań niż odpowiedzi. Część z nich pojawiła się dopiero z czasem. Okazało się, że w ostatnim występie Salvador pokonał przyszłą legendę. Azumah Nelson w końcu został mistrzem świata kategorii piórkowej dwa lata później (pokonując… Wilfredo Gomeza), ale jeszcze więcej zrobił w wyższej kategorii. Czempionem wagi superpiórkowej był – z małymi przerwami – przez blisko dekadę. Z czasem stał się znany na światowych ringach jako "Profesor", a tuż po zakończeniu kariery trafił do Bokserskiej Galerii Sław.

W panteonie wielkich znalazło się oczywiście miejsce dla Sancheza. Jak wyglądałby rewanż z lepiej przygotowanym Nelsonem? Może ten ostatni występ był decydującym sygnałem, że trzeba spróbować sił w nowej kategorii? I wreszcie, jak słynący z żelaznej kondycji "Chava" odnalazłby się w nowym świecie walk 12-rundowych, które stały się standardem zaledwie kilka miesięcy po jego tragicznej śmierci? Pytania bez odpowiedzi można mnożyć...

Planując odejście


Nie sposób jednak nie dostrzec pewnych rys na pomniku wybitnego Meksykanina. Promotor Don King narzucił mu zabójcze tempo, które było nie do wytrzymania nawet dla najbardziej pracowitego pięściarza. Jeszcze nie zdążył się nacieszyć wygraną z Nelsonem, a już usłyszał, że za kilka tygodni zmierzy się w rewanżu z Juanem Laporte (21-3). Ich pierwsza walka była 15-rundowym widowiskiem, w którym górę wzięła kondycja mistrza. Po wszystkim obaj się zaprzyjaźnili, a Salvador wróżył rówieśnikowi wielką karierę. Czas pokazał, że znowu miał rację.

Przygotowania do kolejnego występu zaczęły się z marszu. Według Landy i innych współpracowników wszystko przebiegało zgodnie z planem. Nieco wcześniej mistrz wziął ślub z Teresą i potem doczekał się dwójki synów. Przed walką z Nelsonem poinformował w rozmowie z "The New York Times", że mimo 23 lat zamierza niedługo... zakończyć karierę.

Chciałbym odejść pod koniec przyszłego roku, będąc na szczycie – jako niepokonany mistrz. Zostawiłem już ślad na boksie, a teraz chciałbym zrobić to samo w życiu. Zamierzam podjąć studia i zostać lekarzem – tłumaczył zdumionym dziennikarzom. Trudno to sobie wyobrazić – wielki mistrz miałby odejść na emeryturę przed 25. urodzinami, by zająć się ratowaniem ludzi? Jak historia boksu długa i szeroka, takich przypadków po prostu w niej nie ma.

Czy dopiąłby swego? Być może w podjęciu tej decyzji pomogłoby mu skrócenie dystansu mistrzowskich walk. Jego styl, który polegał na cierpliwym analizowaniu poczynań rywali w ringu, nie był stworzony do nowych warunków. Inna kluczowa kwestia dotyczy zużycia organizmu – może zbliżał się już do fizycznych granic i intuicyjnie to czuł... W końcu ileż można katować organizm bez konsekwencji?

W ostatnich tygodniach życia wszystko miał poukładane. Zastanawiał jednak bliskich przewidując, że długo nie pożyje. Nie zarabiał jeszcze milionów za walki, ale w Meksyku żył jak król. W garażu miał aż 9 superszybkich samochodów, ale najchętniej poruszał się Porsche 928S. Don King obiecał mu kolejną drogą zabawkę, jeśli tylko pokona Arguello. Większość pieniędzy pomógł mu zainwestować Juan Jose Torres Landa – głównie w nieruchomości, ale też w dobrze prosperujące biznesy i obligacje.

Bokserska historia w Meksyku i innych miejscach najczęściej pokazuje jeden obraz. Biedni zawodnicy dostają szansę zarobienia wielkich pieniędzy, ale niczego się nie uczą. Wielu zostaje mistrzami, ale większość z nich nie jest w żaden sposób przygotowana, by poradzić sobie z sukcesem. Tracą kontakt z rzeczywistością – wydają ogromne sumy, a po drodze gubi ich zamiłowanie do alkoholu, kobiet i innych używek. Sanchez jest inny – reaguje na sławę ze spokojem i inteligencją – tłumaczył prawnik i doradca mistrza.

Co zatem wydarzyło się w ostatnich godzinach życia? Według oficjalnej wersji wymknął się wieczorem bez wiedzy wszystkich. To był środek tygodnia, a on był w trakcie obozu przygotowawczego – w każdy taki dzień grzecznie spał. Tym razem coś pchnęło go do tego, by wziąć Porsche i ruszyć do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów miasta Queretaro. Nigdy nie opuszczał centrum treningowego bez poinformowania o tym trenera – wiele wskazuje na to, że to mógł być ten pierwszy raz. Czy to przesłanka, że znany z zamiłowania do mrówczej pracy czempion zaczął jednak upajać się sukcesem?

Nie wiadomo, co dokładnie robił w mieście. Ostatnie chwile spróbował odtworzyć dziennikarz Alejandro Toledo. Według jego ustaleń po porannym treningu "Chava" odebrał telefon, który go wyraźnie zaniepokoił. Już wcześniej mówił o zamiarze podróży do Queretaro – niepokoił go klakson i chciał nawet umówić się z mechanikiem na naprawę usterki. Jednak według jednej z osób z otoczenia mistrza – która wolała pozostać anonimowa – Salvador miał kochankę w oddalonym o kilkanaście kilometrów mieście.

Tę wersję potwierdził wiele lat po jego śmierci Juan Cabrera (40-8-2, 38 KO) – przyjaciel z sali treningowej i wówczas obiecujący pięściarz. Według jego słów najbliżsi współpracownicy mieli o tym doskonale wiedzieć. Mało tego – bokser utrzymuje, że wybrałby się z Sanchezem w feralną podróż gdyby nie to, że… zbyt długo się przebierał. – Salvador nigdy na nikogo nie czekał – tłumaczył.

Późnym popołudniem – już po zakończonym treningu – „Chava” samotnie ruszył w podróż. Odwiedził warsztat, ale okazało się, że jego mechanik akurat był niedostępny. Kolejne godziny spędził w barze w towarzystwie kibiców. Nie wiadomo, czy pił alkohol. Są też sprzeczne wersje, co do momentu, kiedy miał opuścić to miejsce – mogło do tego dojść o pierwszej lub drugiej w nocy. Szybkim Porsche podróż powinna zająć niecałą godzinę, więc nawet jeśli ruszył w późniejszym terminie, to najpóźniej o trzeciej powinien być w domu. Może po wyjściu z baru miał jeszcze jeden postój – na przykład u kobiety?

Sanchez podczas walki z Azumahem Nelsonem (Fot. Getty)
Sanchez podczas walki z Azumahem Nelsonem (Fot. Getty)

Między ciężarówkami


Sam wypadek miał osobliwy przebieg. Doszło do niego na długim i prostym fragmencie szerokiej drogi. Według śledczych przyczyną zderzenia było niedostosowanie prędkości do warunków. Nie wyjaśnia to jednak faktu, że białe porsche zostało uderzone od tyłu przez jadącą w tym samym kierunku ciężarówkę. To sprawiło, że auto mistrza przeleciało na drugi pas, gdzie zostało dodatkowo uderzone przez kolejnego TIR-a. Czy wyładowane ciężkim sprzętem pojazdy jechały za szybko? Tego nikomu nie udowodniono.

Pogrzeb przyciągnął tłumy. W rodzinnym mieście stoi pomnik, który odwiedzają jego fani. A tych przybywa w kolejnych pokoleniach, bo Sanchez zostawił po sobie same znakomite walki. Z dziesięciu pojedynków mistrzowskich wygrał wszystkie - w tym połowę przed czasem. Tego wyjątkowego styl nie sposób porównać z niczym, co pojawiło się w kolejnych latach. – Cieszę się, że nie było go w mojej erze – komentował po ostatniej walce Salvadora słynący z genialnej obrony Willie Pep (229-11), poprzedni wielki mistrz kategorii piórkowej.

Zachowując wszelkie proporcje, Sanchez przypomina Jamesa Deana. Hollywoodzki aktor również zginął tragicznie w młodym wieku, zostawiając po sobie katalog wielkich ról. Nie zdążył się zestarzeć i rozmienić na drobne, grając w niewartych talentu bzdurnych komediach jak choćby Robert De Niro. Kłopot mają jednak historycy, bo trudno ocenić dokonania "Chavy" na chłodno. Gdyby Mike Tyson zakończył karierę przed pierwszą porażką z Jamesem "Busterem" Douglasem, to prawdopodobnie byłby dziś postrzegany jako jeden z trzech najlepszych ciężkich w historii.

W powszechnym odbiorze dominuje romantyczne podejście. Branżowy portal "Fight City" uznał Sancheza najwybitniejszym pięściarzem w bogatych dziejach Meksyku. Agencja "Associated Press" wskazała go jako trzeciego najlepszego zawodnika, jaki kiedykolwiek pojawił się w kategorii piórkowej w XX wieku. Doceniano go także za życia – w 1981 roku magazyn "The Ring" uznał go "Pięściarzem Roku" (ex-aequo z Sugarem Rayem Leonardem).

Kolejnym paradoksem jest to, że CV Salvadora zaczęło budzić szacunek już po jego śmierci. Azumah Nelson został wielkim mistrzem, który sięgnął po tytuły trzech kategorii wagowych. Po porażce z Meksykaninem pozbierał się również Wilfredo Gomez, który w 1984 roku sięgnął po mistrzowski pas kategorii piórkowej, a potem udało mu się na krótko wywalczyć ten tytuł w jeszcze wyższym limicie.


Uznanym mistrzem został także młodziutki Juan Laporte, który przejął mistrzowski tytuł federacji WBC po tragicznej śmierci legendy. Gorzej wiodło się jednak rodzinie „Chavy”. Majątek dość szybko wyparował, ale zaradna Teresa poradziła sobie z wychowaniem synów. Salvador był miłością jej życia – nigdy nie wyszła ponownie za mąż. W domu mistrza właściwie nic się nie zmieniło – poza tym, że z czasem zaczął przypominać muzeum. 

Synowie nigdy nie zakochali się w boksie – jeden został tłumaczem, drugi prawnikiem. W ringu próbował za to szczęścia Salvador Sanchez Castro – bratanek mistrza, który urodził się trzy lata po jego śmierci. Mimo łudzącego podobieństwa fizycznego okazał się jednak dużo słabszy pięściarzem. Nigdy nie doszedł do mistrzowskiego poziomu i zakończył przygodę z boksem z bilansem 30 zwycięstw i 7 porażek.

Legenda oryginalnego Salvadora Sancheza wciąż żyje – być może niedługo doczeka się adaptacji filmowej. – Zawsze chciałem być lekarzem. Mam dopiero 23 lata i wszystko jeszcze przede mną. Możecie być pewni jednego – gdy zakończę karierę to nie będę próbował wrócić – powiedział w jednym z ostatnich wywiadów. Wypada chyba żałować, że jeden z najlepszych pięściarzy w historii nie napisał ostatniego rozdziału kariery na własnych warunkach.

KACPER BARTOSIAK

Sulęcki po walce: całe szczęście, ręka jest w porządku
(fot. TVP)
Sulęcki po walce: całe szczęście, ręka jest w porządku

Najnowsze
Polki krok od awansu. "Fajnie, ale liczy się też coś innego"
Polki krok od awansu. "Fajnie, ale liczy się też coś innego"
Dawid Brilowski
Dawid Brilowski
| Piłka nożna / Reprezentacja kobiet 
Kinga Szemik i Martyna Wiankowska (fot. Getty Images)
Sportowy wieczór (4.04.2025)
Sportowy wieczór: transmisja na żywo w tv i online (4.04.2025)
Sportowy wieczór (4.04.2025)
| Sportowy wieczór 
Kotwica Kołobrzeg – Arka Gdynia. Betclic 1 Liga [SKRÓT]
fot. 400mm.pl
Kotwica Kołobrzeg – Arka Gdynia. Betclic 1 Liga [SKRÓT]
| Piłka nożna / Betclic 1 Liga 
Przeciążona Pajor? Sama uspokaja kibiców
Ewa Pajor (fot. Getty Images)
Przeciążona Pajor? Sama uspokaja kibiców
Dawid Brilowski
Dawid Brilowski
Kotwica Kołobrzeg – Arka Gdynia. Betclic 1 Liga [MECZ]
Kotwica Kołobrzeg – Arka Gdynia. Betclic 1 Liga, 26. kolejka. Transmisja online na żywo w TVP Sport (4.04.2025)
Kotwica Kołobrzeg – Arka Gdynia. Betclic 1 Liga [MECZ]
| Piłka nożna / Betclic 1 Liga 
Bayern bliski tytułu, ale... są też złe wieści
Jamal Musiala (fot. Getty)
Bayern bliski tytułu, ale... są też złe wieści
| Piłka nożna / Niemcy 
Reprezentantka kontuzjowana. Opuściła zgrupowanie
Sylwia Matysik ciesząca się z koleżankami z reprezentacji (fot. Getty Images)
Reprezentantka kontuzjowana. Opuściła zgrupowanie
Dawid Brilowski
Dawid Brilowski
Do góry