Większość 23-letnich pięściarzy najczęściej dopiero puka do bram wielkiego boksu. Salvador Sanchez - on w tym wieku był już świeżo po dziewiątej obronie mistrzowskiego tytułu. Na horyzoncie widniały kolejne wielkie wyzwania, ale wszystkie plany skończyły się pewnej gorącej sierpniowej nocy 1982 roku. W wypadku samochodowym zginął mistrz, ale… narodziła się legenda, która fascynuje kolejne pokolenia fanów boksu.
"Salvador Sanchez nie żyje! Powtarzam, Salvador Sanchez nie żyje!" – nadawał z przejęciem radiowy prezenter w południe 12 sierpnia. Szokująca wiadomość obiegła Meksyk lotem błyskawicy. Do wypadku doszło kilka godzin wcześniej – około 3:30 w nocy. Mistrz pędził ukochanym Porsche 928S i w niewyjaśnionych okolicznościach zderzył się z dwiema ciężarówkami na dwupasmowej drodze. Prędkość była tak duża, że z pojazdu nie było co zbierać. Zgon kierowcy stwierdzono na miejscu.
Od razu pojawiło się kilka znaków zapytania. Sanchez był przecież w trakcie obozu przygotowawczego do rewanżowej walki z Juanem LaPorte (21-3), która miała się odbyć 15 września. Wszyscy wiedzieli, że mistrz mimo młodego wieku wyjątkowo poważnie podchodzi do obowiązków. Gdy zaczynał przygotowania do kolejnego występu, to życie towarzyskie schodziło na dalszy plan. Kładł się spać o 21, a kolejny dzień zaczynał od kilkunastokilometrowego biegu od 5:30.
Co więc Salvador Sanchez robił w środku nocy kilkadziesiąt kilometrów od domu?
Kłopotliwe zastępstwo
Dwa miesiące później Sanchez znów był między linami. Miał zmierzyć się z obowiązkowym pretendentem – mocno bijącym Mario Mirandą (19-0). Rywal w ostatnim występie nabawił się jednak kontuzji i zrezygnował. Wyzwanie przyjął więc prosto z marszu Azumah Nelson (13-0) z dalekiej Ghany. "Chava" podszedł do niego jak do każdego innego przeciwnika – przygotował się rzetelnie, ale w swoim stylu. Robotę wolał podczas sparingów i konsekwentnie odmawiał oglądania kaset z walkami pretendenta.
Pojedynek w słynnej hali Madison Square Garden miał zaskakujący przebieg. W pierwszych rundach dominował Nelson, który czuł się pewnie do tego stopnia, że demonstrował widzom nawet "przeplatankę" Muhammada Alego. Sanchez chwilami wyglądał na bezradnego jak nigdy wcześniej. – Czuję się bardzo osłabiony – powiedział po czwartej rundzie. Kilka minut później zwrócił uwagę, że rywal bije bardzo mocno i ma szybkie ręce. W siódmej rundzie wszystko wróciło na odpowiednie dla mistrza tory – pretendent padł na deski po kumulacji ciosów, którą zapoczątkował wyprzedzający lewy sierpowy.
Zaczął się powtarzać scenariusz znany z walk Meksykanina, który nauczył się już stylu Nelsona i z każdą kolejną rundą coraz skuteczniej przełamywał go fizycznie. Mistrz Afryki walczył dzielnie, ale nie dało się ukryć, że nie jest do tej walki optymalnie przygotowany. Po gongu kończącym dziewiątą rundę miał w głowie taki mętlik, że poszedł... do narożnika czempiona.
Historia tego pojedynku była jeszcze bardziej złożona, bo dość nieoczekiwanie w końcowych rundach to właśnie Nelson jako pierwszy złapał drugi oddech. Znów ganiał Sancheza po ringu i okładał go seriami ciosów. Po raz pierwszy mogło się wydawać, że mistrz spotkał na drodze kogoś, kto woli walczyć w jeszcze szybszym od niego tempie. W tej dramatycznej batalii o wszystkim miała zdecydować ostatnia runda. Pretendent powinien prowadzić na punkty, ale dwóch sędziów widziało nieznaczną przewagę obrońcy tytułu.
Nelson zaufał instynktowi – czuł, że musi znokautować Sancheza lub przynajmniej rzucić go na deski, by móc myśleć o zwycięstwie. Przeliczył się – okazało się, że w baku czempiona było jeszcze sporo paliwa. Na nieco ponad minutę przed końcem trafił go w zwarciu mocnym lewym sierpowym. Pod pretendentem ugięły się nogi i po chwili znalazł się na deskach. Wstał, ale chwiał się – sędzia przerwał pojedynek niemal równo z sekundantem, który rzucił ręcznik na znak poddania.
Ten niesamowity ringowy thriller zostawił więcej pytań niż odpowiedzi. Część z nich pojawiła się dopiero z czasem. Okazało się, że w ostatnim występie Salvador pokonał przyszłą legendę. Azumah Nelson w końcu został mistrzem świata kategorii piórkowej dwa lata później (pokonując… Wilfredo Gomeza), ale jeszcze więcej zrobił w wyższej kategorii. Czempionem wagi superpiórkowej był – z małymi przerwami – przez blisko dekadę. Z czasem stał się znany na światowych ringach jako "Profesor", a tuż po zakończeniu kariery trafił do Bokserskiej Galerii Sław.
W panteonie wielkich znalazło się oczywiście miejsce dla Sancheza. Jak wyglądałby rewanż z lepiej przygotowanym Nelsonem? Może ten ostatni występ był decydującym sygnałem, że trzeba spróbować sił w nowej kategorii? I wreszcie, jak słynący z żelaznej kondycji "Chava" odnalazłby się w nowym świecie walk 12-rundowych, które stały się standardem zaledwie kilka miesięcy po jego tragicznej śmierci? Pytania bez odpowiedzi można mnożyć...