Maryna Gąsienica-Daniel wtorkowym supergigantem rozpocznie starty na mistrzostwach świata w narciarstwie alpejskim w Cortina d'Ampezzo. Zanim przyjrzymy się Polce na stoku, warto bliżej poznać samą zawodniczkę i jej zespół. Składa się on z tylko z trzech osób. – Jesteśmy grupą przyjaciół, rodziną – przekonują w teamie. W Marynę wierzą jak mało kto, a emocjonują się jej przejazdami jak nikt. – Ona radzi sobie z presją dużo lepiej od nas – przyznają zgodnie Marcin Orłowski i Przemysław Buczyński.
Kadra A narciarstwa alpejskiego składa się obecnie z trzech zawodniczek: Maryny Gąsienicy-Daniel, Magdaleny Łuczak i kontuzjowanej ostatnio Zuzanny Czapskiej. Dwie ostatnie na co dzień współpracują głównie z Ivanem Ilanowskym, zaś jedynaczka w Pucharze Świata ma do dyspozycji trzyosobowy sztab. Składają się na niego: trener Marcin Orłowski, asystent trenera Przemysław Buczyński i serwismen German Sagastume Pinedo. Trzy osoby na jedną zawodniczkę to wcale nie tak dużo, jak mogłoby się wydawać.
Już tylko 3⃣dni pozostały do rozpoczęcia rywalizacji w alpejskich Mistrzostwach Świata Seniorów @cortina2021 ❄️��❄️ Ostatnim etapem przygotowań Maryny Gąsienicy-Daniel do głównej imprezy sezonu było zgrupowanie we włoskim Tarvisio #teamMaryna @GermanSagasSki pic.twitter.com/kcTDBlskiV
— Polski Związek Narciarski (@pzn_pl) February 5, 2021
Współpraca Orłowskiego i Gąsienicy-Daniel zaczęła się już siedem lat temu. Od czterech Maryna jest jedyną podopieczną zatrudnionego przez PZN szkoleniowca. Sama zawodniczka bardzo chwali sobie współpracę. – To młody trener, któremu bardzo zależy, który zawsze szukał nowych rozwiązań, chciał więcej i więcej. To nie było tak, że przyszedł super doświadczony trener, nałożył mi reżim i nie dawał negocjować. Razem, wspólnymi siłami wypracowaliśmy model współpracy – przyznaje 26-latka. Model działa, o czym świadczą wyniki i wiara, jaką Orłowski pokłada w jedynej podopiecznej. – Wychodzę z założenia, że skoro z kimś pracujesz, to musisz w niego wierzyć. Ważne by robić wszystko z pełnym zaangażowaniem. Na sukces w narciarstwie alpejskim nie ma przepisu. Po kontuzji była niepewność, co będzie dalej, tego się obawialiśmy, ale nam się udało – cieszy się szkoleniowiec.
W powrocie na wysoki poziom pomogły spokojne treningi w Szwecji – jedynym kraju w Europie, który podczas pierwszej fali pandemii koronawirusa nie miał tak drastycznych obostrzeń. – Decyzja o wyjeździe do Szwecji zapadła w ostatniej chwili. I udało nam się tam dotrzeć w ostatniej chwili. Mieliśmy to szczęście, że ośrodka nam nie zamknęli, turystów nie było, dzięki czemu te pierwsze kroki po kontuzji wykonaliśmy bardzo spokojnie – wyznaje Orłowski. Treningi w Skandynawii team zawdzięcza właśnie jemu. To jego zdolność do nawiązywania kontaktów pozwoliła zaszyć się w szwedzkich górach. – Gdyby był to trener, co się obnosi, na pewno inne zespoły nie chciałyby z nami współpracować – uważa Maryna. Znaczenie treningów w Szwecji podkreśla też Buczyński. – Po powrocie zawsze jest strach, że ta noga nie będzie funkcjonować jak wcześniej. Dobra rehabilitacja i powolny trening sprawiły, że Maryna do sportu wróciła bezbólowo, a wyniki są tak dobre, że aż my sami jesteśmy zaskoczeni. Wiedzieliśmy, że będzie dobrze, ale nie że aż tak.
Wyniki są, szansa na historyczny rezultat podczas mistrzostw świata jest większa niż zwykle. To może rodzić presję. O to w sztabie są spokojni. – Maryna z presją radzi sobie najlepiej z naszej grupy. Myślę, że zdecydowanie lepiej radzi sobie ode mnie. To typ zawodniczki, który lubi się ścigać, uwielbia rywalizację. To doskonała zawodniczka pod tym względem. U nas to może nie presja, ale stres, bo bardzo nam zależy żeby Maryna podczas zawodów pokazała umiejętności z treningów. Zawsze jak ją oglądamy, to bardzo jej kibicujemy – mówi Orłowski.
Najbardziej spokojny z tercetu wydaje się serwismen, German Sagastume Pinedo. To on widzi się z Maryną przed samym startem, daje ostatnie rady i dokonuje ostatnich poprawek sprzętu przed startem. Zawodniczka uznaje go za ostoję spokoju. To jednak pozory.Spytany, co czuję przed startem, odpowiada, że takich nerwów nie ma nigdy. – Nie widać tego po mnie przy Marynie, ale jak ona ruszy, to wariuję z nerwów. Tak bardzo zależy mi, czy wszystko pójdzie dobrze, czy jej przejazd będzie udany, w końcu czy sam wszystko dobrze przygotowałem – śmieje się Hiszpan, który na co dzień wraz z żoną prowadzi też schronisko górskie w Pirenejach.
Przed Polką co najmniej trzy starty podczas mistrzostw świata. Na razie nie wiadomo jeszcze, co z odwołaną kombinacją. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że konkurencja ta nie zostanie rozegrana i raz na zawsze wypadnie z kalendarza imprezy. W Pucharze Świata już jej nie ma. 9 lutego Maryna Gąsienica-Daniel wystartuje w supergigancie, 16 lutego w slalomie gigancie równoległym, zaś dwa dni później w slalomie gigancie. – Podchodzimy do MŚ z lepszą pozycją wyjściową. Numer będzie lepszy, szanse będą większe. Dobrze jeździmy, jesteśmy dobrze przygotowani, chcemy jak zawsze pokazać się z jak najlepszej strony, z tym, że tym razem ta najlepsza strona może dać jeszcze lepszy wynik niż zwykle – zauważa trener jedynej polskiej nadziei na alpejski sukces.