Reprezentacja Polski zagra z Anglią w trzecim meczu eliminacji mistrzostw świata 2022. Jednym z najwspanialszych wspomnień w historii polskiej piłki jest spotkanie z tym rywalem z 1973 roku, które zakończyło się remisem 1:1. – Co z tego, że selekcjoner na początku powołał 35-osobową kadrę, skoro do pierwszego składu nadaje się ośmiu zawodników – powiedział o obecnej drużynie Jan Domarski, strzelec gola w pamiętnym starciu sprzed lat. Transmisja środowego meczu w Telewizji Polskiej.
Maciej Rafalski, TVPSPORT.PL: – Mecz na Wembley był najważniejszy w pana karierze?
Jan Domarski: – Nie, to była kontynuacja tego, co osiągnąłem w piłce. Byłem już zawodnikiem z uznaną marką, chociaż oczywiście był to bardzo ważny etap w moim piłkarskim życiu.
– Co przede wszystkim zapamiętał pan z tamtego spotkania?
– Wiele momentów. Głównie wjazd na stadion i zachowanie angielskich kibiców, którzy wyzywali nas od zwierząt. Adrenaliny nie brakowało, ale po wyjściu na murawę to wszystko z nas zeszło. Świetnym pomysłem Kazimierza Górskiego było to, by wcześniej zorganizować mecz towarzyski z Holandią. Zremisowaliśmy z rywalem naszpikowanym gwiazdami i uwierzyliśmy, że możemy osiągnąć coś pozytywnego także z Anglią. Mało kto na nas stawiał, ale my mieliśmy wielką wiarę w siebie.
– Niedawno obchodziliśmy stulecie urodzin Kazimierza Górskiego. Jak pan go wspomina?
– Świetnie, bo to za jego kadencji rozegrałem większość meczów. Bardzo fajny człowiek, który znalazł czas na rozmowę z każdym. My mieliśmy szczęście, że mieliśmy jego, a on, że trafił na taką grupę piłkarzy. Wszyscy czerpaliśmy z tego korzyści. Górski podejmował trafne decyzje kadrowe, potrafił dobrać ludzi pod każdym względem. To sprawiło, że byliśmy dobrze zgrani. Stanowiliśmy kolektyw na boisko i poza nim.
– Przy wspomnieniach z Wembley wiele mówi się o Janie Tomaszewskim. Pan w mediach pojawia się rzadziej niż on. Kogo uważa pan za bohatera tamtego spotkania?
– O mnie wspomina się tylko wtedy, gdy gramy z Anglią. Nie mam jednak o to pretensji. Na słowa uznania za remis na Wembley zasłużyli wszyscy. Co do Tomaszewskiego, w tamtym meczu popełnił wiele błędów, parę razy ratowali go obrońcy. Trzeba mu jednak oddać, że odegrał kapitalną rolę, wybronił wiele piłek. Ten historyczny wynik to w dużej mierze również zasługa naszego bramkarza. Nie było jednak tak, że cały mecz się broniliśmy. Dwie sytuacje miał Grzegorz Lato, mogliśmy nawet wygrać.
– Jak patrzy pan na swojego gola? Było trochę szczęścia? Peter Shilton zawinił przy pana strzale.
– Bramkarz mógł sobie z tym poradzić. Uderzyłem z pierwszej piłki i udało się, bo Shilton nie zdążył zamknąć "koszyczka". Strzeliłem gola, awansowaliśmy, więc chyba lepiej być nie mogło. U nas przez lata doszukiwano się winy bramkarza. Może gdyby bramkę zdobył ktoś inny, a nie człowiek z Podkarpacia, to nie byłoby takich kontrowersji? Wtedy nasz region postrzegano jako "Polskę B".
– Wtedy o wyjazd do zachodniego klubu było dużo trudniej niż teraz. To była dla was dodatkowa motywacja?
– Oczywiście, wszyscy chcieliśmy się pokazać. Chcieliśmy poprawić swój byt, zarobić więcej pieniędzy. Tak naprawdę, po mistrzostwach świata cała kadra powinna wyjechać na Zachód. Tak byłoby w dzisiejszych czasach. Trudno mieć o to jednak pretensje do całego świata. Realia się zmieniły i trzeba to zaakceptować.
– Dlaczego wtedy nasza reprezentacja była tak silna?
– Wszyscy graliśmy w polskiej lidze, gdzie rywalizacja była olbrzymia. Górski powołał 22 zawodników, a kolejnych 20 miało pretensje, że zabrakło dla nich miejsca. I często był to uzasadniony żal. Spójrzmy, jak wygląda to obecnie. Co z tego, że selekcjoner niedawno ogłosił 35-osobową kadrę, skoro do pierwszego składu nadaje się ośmiu piłkarzy...
– W środę w zespole zabraknie Roberta Lewandowskiego. To sprawia, że Polacy pojadą na Wembley w takiej samej sytuacji, jak wy w 1973 roku? Was media skreślały już przed meczem...
– Sytuacja jest podobna. Zastanawiano się tylko, jak wysoko wygrają Anglicy. Biało-czerwonym mogą pomóc puste trybuny. Kilkadziesiąt tysięcy angielskich fanów dopingujących swoją drużynę utrudniłoby nam zadanie. Na pewno nie możemy kalkulować. Co chwila podkreślamy, że mamy zawodników z czołowych europejskich klubów. Czas więc okazać swoją wartość. Nie można się asekurować i tłumaczyć brakiem Lewandowskiego.
– Jakie wrażenie robi na panu dotychczas Paulo Sousa?
– O swoich planach opowiada bardzo ładnie. Ale tylko dla tych, którzy nie znają się na piłce. Nie znam trenera, który nie chciałby grać ofensywnie. Mówić może każdy, gorzej z wprowadzeniem pewnych spraw w życie. W taktyce mamy wahadłowych, problem w tym, że niespecjalnie widać to na boisku. Z Węgrami powinniśmy wygrać, a przywieźliśmy remis. I to dość szczęśliwy. Co przyniosło nam granie trzema stoperami, skoro straciliśmy trzy gole? Niby mamy przewagę w utrzymaniu przy piłce, ale to nie wpływa na budowanie ofensywnych akcji. Podajemy głównie do tyłu, albo do najbliższego. Na razie trudno powiedzieć coś pozytywnego.
– Jak duża jest różnica między polskimi piłkarzami teraz a w przeszłości?
– Wielka, ale na naszą korzyść. Potrafiliśmy wygrywać z Brazylią, Argentyną, Włochami... A teraz? Przez wiele lat udało się pokonać tylko Niemców. Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku klubów. Większość polskich drużyn jedzie zimą na zgrupowania do ciepłych krajów. Jaki efekt to przynosi? Przyjeżdżają, muszą grać w dużo trudniejszych warunkach i zaczynają tłumaczyć się tym, że potrzeba im czasu. Poza tym, weryfikują nas europejskie puchary, w których rzadko jesteśmy w stanie wygrać z kimś mocnym. To też kwestia szkolenia młodzieży i zawodników, których wychowujemy...
– Pan pracował z młodymi piłkarzami w Stali Rzeszów. Co niepokojącego pan zauważył?
– Dużą krzywdę dzieciom wyrządzają rodzice. Być może liczą się z tym, że ich syn nie zrobi kariery na miarę Roberta Lewandowskiego. Liczą jednak na to, że ich dziecko może będzie tak dobre jak Grzegorz Krychowiak albo Arkadiusz Milik. Zapewniają dzieciom najlepszy sprzęt, dają wszystko "na tacy". Potem to wpływa na motywację tych chłopców. Po co oni mają się starać, skoro już na starcie dostają wszystko co najlepsze? Kiedyś trenowałem po kilka godzin dziennie, codziennie. Teraz powstały szkółki, akademie... Ale te dzieci trenują tylko trzy razy tygodniowo po półtorej godziny. Orliki i inne boiska często są puste. Ostatnio oglądałem mecz kadry U21 z Austrią. W składzie byli Sebastian Walukiewicz czy Michał Karbownik, którzy już zagrali w "dorosłej" reprezentacji. Przegraliśmy 0:2 po słabej grze. Przyszłość nie rysuje się zbyt kolorowo. Mimo że warunki do pracy w piłce są w Polsce coraz lepsze.
Następne