{{title}}
{{#author}} {{author.name}} / {{/author}} {{#image}}{{{lead}}}
{{#text_paragraph_standard}} {{#link}}Czytaj też:
{{link.title}}
{{{text}}}
{{#citation}}{{{citation.text}}}
Karolina Jarzyńska-Nadolska mówi "pas". O wszystkim zdecydowały... pieniądze
Filip Kołodziejski /Długa i bogata w sukcesy kariera Karoliny Jarzyńskiej-Nadolskiej dobiegła końca. Rekordzistka kraju w biegu na 10000 metrów nie była w stanie w spokoju przygotowywać się do kolejnych startów. Wszystko przez brak finansowania, który zakończył się po igrzyskach olimpijskich w Tokio. 41-latka zakasała rękawy, ale na niewiele się to zdało. Najważniejsze w tym momencie jest zapewnienie spokojnej przyszłości samej sobie i najbliższym.
Pierwsza w historii. Wyjątkowe osiągnięcie mistrzyni z Tokio
Filip Kołodziejski, TVPSPORT.PL: – Decyzja o zakończeniu kariery jest nieodwracalna?
Karolina Nadolska: – Decyzja nie zostanie zmieniona. Po igrzyskach olimpijskich w Tokio pobiegłam jeszcze półmaraton w Poznaniu, gdzie ustanowiłam rekord kraju. Była radość, ale chwilę później życie i koleje losu pokazały, że nie mam jak uprawiać sportu na poziomie, na którym chciałabym to robić.
– Dlaczego?
– Kluczowe były finanse. Skończyły się po igrzyskach. Przed wyjazdem do Japonii byłam wspierana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz urząd marszałkowski z urzędu wielkopolskiego. W Tokio zajęłam 14. miejsce i co logiczne, pomoc się skończyła. Doskonale to rozumiem. Musiałam zacząć myśleć o przyszłości. Wiek nie pomagał mi podejmować ryzykownych decyzji. Teraz muszę zapracować na emeryturę. Poszukać stabilizacji. Przez chwilę łudziłam się, że uda mi się połączyć pracę ze sportem. Oszukiwałam się. Zawsze byłam zawodniczką, która starała się być perfekcjonistką. Lubiłam mieć poczucie pełnego profesjonalizmu. Bieganie nie byłoby tak efektywne jak wcześniej, w momencie, w którym musiałabym chodzić na rano do pracy. Zawsze powtarzałam, że nie będę przeciągać kariery na siłę. Nie potrafię robić czegoś na "pół gwizdka".
– W ostatnich miesiącach zderzyła się pani z brutalną rzeczywistością?
– Nie, nic z tych rzeczy. Największe sukcesy odniosłam w wieku seniora. Rekordy życiowe biłam jako młoda mama. Łączyłam macierzyństwo z zawodowstwem. Nie były to łatwe lata. Wsparcie męża wiele dało. Dobrze się uzupełniliśmy.
– Czyli jest pani spełnionym sportowcem?
– Z perspektywy czasu tak. Analizowałam starty olimpijskie. W głowie pojawiały się myśli, że mogłam zacząć odważniej, ale raczej niewiele by to zmieniło. Każdy sportowiec musi zmierzyć się z biegnącym czasem. Taka kolej rzeczy. Nie będę narzekać. Nie czuję się sportową męczennicą. Cieszę się, że przeżyłam wiele pięknych chwil. Rywalizacja mnie rozwinęła i ukształtowała. Widzę same pozytywy. Kiedyś stawiałam wszystko na jedną kartę. Teraz nie ma już na to czasu.
– Jak teraz wygląda pani praca?
– Jestem pracownikiem studium wychowania fizycznego i sportu na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zatrudnienie dostałam już w 2019 roku, ale wtedy pandemia pomogła mi godzić zajęcia z treningiem. Mogłam przebywać na zgrupowaniach wysokogórskich. Teraz nie ma już takiej możliwości. W grę wchodzi przede wszystkim praca stacjonarna.
– Wrócę jeszcze do sportu. Wybrała pani dystanse, na których trudno rywalizować ze światową czołówką...
– Bieganie wybrało mnie. Byłam obdarzona talentem. Wiedziałam, że jestem predysponowana do dłuższych dystansów. Rywalizacja była ogromna. Biega cały świat. Ludzie ze wszystkich kontynentów. Jest mocna selekcja. O sukcesy było trudno. Chciałam realizować przede wszystkim siebie. Przekraczałam własne bariery. Czułam, że stawałam się coraz lepsza. Zadowalał mnie ten fakt. Rekordy Polski za chwilę zostaną pobite, chociaż udało mi się zapisać na kartach historii. Jestem spełnioną zawodniczką. Po zakończonej karierze mam coś więcej niż najlepsze wyniki w kraju. Mogę wrócić do domu, gdzie czeka rodzina.
– Liczyła pani kilometry, które przebiegła?
– Nie było czasu na takie statystyki. Są więksi "wariaci". Jest dużo osób zafiksowanych na ultramaratony i dużo dłuższe dystanse. Trzeba mieć mocny charakter. Jeszcze będąc panną spędzałam wiele lat, zupełnie sama, w górach. Ćwiczenia były monotonne, mocno obciążające układ nerwowy. Chęć osiągnięcia świetnych wyników męczyła. Zawsze byłam nie do końca zadowolona. To mnie nakręcało. Chciałam zawsze więcej i lepiej. Dalej uważam, że wyniki nie są super. Pozostaje skromną osobą. Tyle.
– Który moment w karierze był najlepszy?
– Nie ma jednego konkretnego. Byłam równą zawodniczką. W Polsce nie biegałam dużo, ale jak już się pojawiałam zostawiałam całą siebie na trasach. Organizatorzy mogli na mnie liczyć. Starałam się być najlepsza. Nadal większość wyników pozostaje rekordami tras. To bardzo cieszy. Nowa generacja ludzi ma co poprawiać. Dążyłam do bycia najlepszą wersją siebie. Nigdy nie chciałam zawieźć, dlatego jeśli czułam się źle odmawiałam udziału w rywalizacji. Podchodziłam do startów profesjonalnie.
– Dużo mówi pani o najbliższej rodzinie. Córka pójdzie w ślady mamy?
– Antonina ma siedem lat. Zaczęła chodzić do pierwszej klasy. Do tej pory podróżowała z nami. Cztery i pół roku spędziła w wysokich górach. Zobaczyła już kawał świata. Fajnie, bo ma pierwsze doświadczenia. Do niczego jej z mężem nie zmuszamy. Nie wpływamy na jej decyzje. Wiem po sobie, że najlepsze wyniki często osiąga się jako seniorzy. Sama zaczęłam trenować w wieku 17 lat. Córka ma jeszcze czas na sport. Dajemy jej wzorce na co dzień. Teraz chcę z nią spędzać jak najwięcej czasu i pomagać w rozwoju. Sport w takich chwilach schodzi na dalszy plan.