Gdzie ten zahukany młody człowiek, który mylił się nawet w meczach z San Marino? Kamil Piątkowski to jeden z tych piłkarzy reprezentacji Polski przeszedł w ostatnim czasie sporą metamorfozę i nie chodzi tylko o fryzurę. – Przyjeżdżam na zgrupowanie jako podstawowy zawodnik swojej drużyny, gotowy do walki o najwyższe cele – mówi.
KORESPONDENCJA Z PORTO
W roku 2021 zanotował pechową asystę przy golu dla San Marino, a tej łapie asysty w Lidze Mistrzów. Tak było choćby w ostatnim meczu z Feyenoordem Rotterdam. Salzburg wygrał w Holandii 3:1, a jedna z bramek padła po asyście polskiego piłkarza. Była to pierwsza wygrana Austriaków w tym sezonie Ligi Mistrzów, trzy wcześniejsze mecze przegrali, nie strzelając nawet gola.
Piątkowski zabłysnął także interwencją w meczu z Grazer AK na początku listopada, gdy dwukrotnie w niesamowity sposób uchronił swoją drużynę przed stratą gola.
Jak twierdzi, przeżywa teraz najlepszy czas w dotychczasowej karierze. Po transferze do Salzburga cztery lata tamu nie wszystko szło zgodnie z planem. Nim wywalczył miejsce w składzie, zaliczył dwa transfery czasowe. Najpierw trafił do belgijskiego KAA Gent, a potem do hiszpańskiej Granady. Wrócił latem tego roku i wreszcie zdobył pewne miejsce w jedenastce RB Salzburg.
O perypetiach w Austrii mógłby porozmawiać z Sebastianem Milą. Jeden z asystentów Michała Probierza przeżywał bardzo podobne kłopoty jako piłkarz po przenosinach do Austrii Wiedeń. Wierzył, że miejsce w składzie należy mu się z automatu. Wynajął wielkie mieszkanie z dwiema łazienkami, choć mieszkał w nim sam. Całkowicie się zagubił i potem też musiał uciekać na wypożyczenie. Jego historia potoczyła się jednak inaczej. Szybko wrócił do Polski, a Piątkowski wrócił do Austrii i wywalczył miejsce.
– Czujesz się zwycięzcą ostatniego zgrupowania?
– Nie, ale na pewno cieszę się, że dostałem możliwość zagrania w tym meczu. Przede wszystkim zrobiłem swoją robotę. Wchodzę na boisko, żeby dać z siebie maksa i myślę, że po wejściu zrobiłem swoje. Ale zwycięzcą się nie czuję.
– Selekcjoner chwalił cię po tym spotkaniu. Ty też czułeś, że to było dobre, bardzo dobre spotkanie w twoim wykonaniu?
– Bardzo się cieszę, że trener widział, że to było dobre wejście. Znam taktykę na grę z trzema obrońcami, funkcjonowałem w niej trzy lata w Rakowie Częstochowa. Cieszę się więc, że mogę funkcjonować w niej również tutaj, w reprezentacji. Ja miałem taki problem, że gdy przechodziłem z Zagłębia do Rakowa, było ciężko się przestawić z czwórki na trójkę, a z trójki na czwórkę przychodzi to u mnie naturalnie. Teraz w klubie gramy czwórką, więc jak przyjeżdżam na kadrę, to zdecydowanie łatwiej jest mi się przestawić.
– Część ekspertów domaga się, by reprezentacja grała czwórką z tyłu. Twoim zdaniem to by było problematyczne?
– Nie uważam, by to było problematyczne, ale trener zdecydowanie najlepiej wie, jaką taktykę musi obrać na poszczególny mecz. Analizuje każdego przeciwnika zarówno indywidualnie, jak i zespołowo.
– Przyjechałeś na zgrupowanie z dużą dawką pewności siebie? W klubie przytrafiają ci się błędy, ale twój klub osiąga dobre wyniki.
– Komu błędy się nie przydarzają? To jest piłka nożna, gra błędów. Gdyby nie one, nikt nie strzelałby goli, mecze kończyłyby się wynikami 0:0. Dla mnie najważniejsze jest to, że gram. Uzbierałem już wiele występów w tym sezonie i przede wszystkim cieszę się, że jestem zdrowy. Przyjeżdżam więc na zgrupowanie jako podstawowy zawodnik swojej drużyny, gotowy do walki o najwyższe cele.
– Przed nami końcówka Ligi Narodów. Patrzysz jeszcze na to drugie miejsce czy raczej myślisz o tym, żeby po prostu to utrzymanie wywalczyć?
– Zdecydowanie zawsze patrzę na najwyższe cele. Jeżeli są możliwości, to zdecydowanie trzeba powalczyć o to drugie miejsce. I nie mówię o tym w kontekście marzeń.
– To dla ciebie przełomowy sezon? Po wypożyczeniach ustabilizowałeś pozycję w Salzburgu i grasz w Lidze Mistrzów, a w kadrze też ostatnio wystąpiłeś.
– Myślę, że tak. Długo czekałem na ten moment, w którym zacząłem grać regularnie w Salzburgu i zostałem pierwszym wyborem na swojej pozycji. Czuję się komfortowo, bo trener w Red Bullu mi zaufał. Potrzebowałem tego. Było sporo tych wyjazdów, przyjazdów, wypożyczeń, dobrych, złych, fajnych i trochę gorszych doświadczeń. Dlatego teraz czuję się przede wszystkim komfortowo, że mogę w Salzburgu w końcu grać.
– Mógłbyś o tych problemach porozmawiać z Sebastianem Milą, który przeżywał w Austrii podobne kłopoty.
– Nie rozmawialiśmy na temat mojego transferu do Austrii zbyt wiele. Skupiamy się na reprezentacji Polski.
– Liga Mistrzów z perspektywy boiska to dla ciebie coś wyjątkowego? Pod względem sportowym to duży przeskok?
– Mówimy o najlepszej lidze świata, więc to duże wyzwanie pod względem sportowym i emocjonalnym. Myślę, że marzeniem każdego zawodnika jest gra w Lidze Mistrzów i usłyszenie hymnu tych rozgrywek. Czy podchodzę do tego specjalnie? Może nie. Staram się to traktować jak każdy mecz, ponieważ wiadomo, że czasami zbyt duża mobilizacja przed meczem to igranie z ogniem. Staram się do tego podchodzić bardzo spokojnie i dopiero po meczu analizować, gdzie faktycznie byłem i z kim grałem.
– Coś cię zaskoczyło w Lidze Mistrzów? Tempo gry albo jakość rywali?
– Jeszcze 10 lat temu różnice między najlepszymi klubami a tymi nieco mniejszymi były wyraźniejsze. Teraz to się trochę zatarło i mam przekonanie, że naprawdę nie warto bać się żadnego rywala.
– Widać po tobie zmianę mentalną. Pamiętając choćby twój występ przeciwko San Marino. Pracowałeś nad tą kwestią?
– Myślę, że człowiek uczy się na własnych błędach. Tak na boisku, jak w meczu z San Marino czy w klubie, ale też w życiu prywatnym. Te błędy uczą odpowiedzialności i spokoju. Przydarzy mi się jeszcze niejeden błąd i będę musiał się z tym pogodzić. Staram się patrzeć na wszystko pozytywnie i racjonalnie. Nie boję się marzyć, ale nie boję się też tego spokoju, który teraz mam.