Lecha nie dotyka nic nowego, żadne zjawisko futbolowi nieznane. To, że najlepsza polska drużyna piłkarska poprzedniego sezonu właśnie z hukiem spadła na dno dowodzi, że zdobycie tytułu nie było w Poznaniu planowane. Kolejorz dostał prezent, z którego niestety długofalowo nie potrafi skorzystać. Dziś jest mu więcej niż trudno, ale jutro nie musi być znaczone wstydem. Szkoda, że piłkarzom nie pomagają klubowe władze.
Lokomotywa jest teraz nie tylko ospała, sprawia wrażenie dychawicznej i naruszonej korozją. To wszystko widać gołym okiem, a perspektywa wyjazdu do Bazylei wydaje się daleko bardziej nieciekawa, niż w niedawnej przecież rywalizacji o Ligę Mistrzów. Do której to przy Bułgarskiej zdaje się, wcale się nie szykowano.
Przecież gdyby to Lech miał zakończyć lata rozczarowań, w klubowej
szatni swoje miejsce znalazłby napastnik wysokiej klasy. Drużyna, w
której niegdyś rzucali rywali na łopatki Okoński, Juskowiak,
Lewandowski, Rudnevs czy nawet Teodorczyk dziś w ataku niemal nie
istnieje. O braku napastnika napisano już tomy. Denis Thomalla swój
talent schował głęboko i w aktualnych warunkach będzie mu trudno
udowodnić jakość.
Marcin Robak ma w lidze swoją renomę, ale może
warto się zastanowić dlaczego legniczanin z urodzenia został przez
trenera Czesława Michniewicza oddany do Poznania bez żalu. Wystarczy
rzut oka na tabelę, by zrozumieć, że płakać po 33-latku nie powinien. Z
pewnością Robak jeszcze będzie robił różnicę, ale on także znajduje się
pod niekorzystnym dla siebie pręgierzem porównań.
Złamana drużyna
Kibice są źli, i to naturalne. Obiecywano im złote góry, przedstawiano przyszłość w różowych barwach, wreszcie odtrąbiono sukces, bo awans do fazy grupowej Ligi Europejskiej po pięciu latach posuchy dawał ku temu wystarczające powody. Niestety, wszystko się skończyło, gdy władze nie wytrzymały presji.
Jeśli kupiłbym karnet na Lecha, czułbym się dziś oszukany. Nie przez trenerów i piłkarzy, choć grają aktualnie niegodnie mistrza. Nikt rozsądny jednak nie uwierzy, że oni nie chcą zwyciężać, zarabiać pieniędzy dla swoich rodzin. Wpadli w splot niekorzystnych okoliczności, choć zaczęli spektakularnie, to zostali już na początku sezonu złamani psychicznie przez serię niepowodzeń, które nakręciły spiralę presji, z którą w szatni nie umieją sobie poradzić.
Tak, jakby nad wyjściem z tunelu na murawę ktoś wykuł napis niczym w Boskiej Komedii Dantego: "Lasciate ogni speranza"... Nie jestem z piłkarzami Lecha, gdy wyjaśniają (?) sobie w szatni źródła problemów, ale efekty ich gry oraz podobne spojrzenie doświadczonych ludzi futbolu na taką opinię pozwalają. Uważam jednak, że piłkarzy i kibiców oszukały klubowe władze.
Ludzie małej wiary
Prezesi Lecha zdobywając tytuł chcieli, by nie mówić o słabości Legii Warszawa. By podkreślać, że przecież Kolejorz przy Łazienkowskiej zwyciężył, a u siebie wiosną też zgarnął trzy punkty. Potem doszedł do tego triumf w Superpucharze. No i świetnie, wtedy w zespół wierzyli. Aż nagle przestali.
Sztab trenerski zmagający się z kryzysem sportowym otrzymał nie wsparcie, a ciosy z góry. Decydenci nie wierzą w drużynę i jednak nie zakładali skutecznej walki o Europę. A jeśli nawet, to szybko stracili rezon i nie bardzo wiedzą, jak zarządzać kryzysem. Prezesi Lecha wczoraj dowiedzieli się, że walka na dwóch frontach jest dla każdego polskiego klubu wyniszczająca?
Jeden Maciej Gajos ściągany, gdy już było wiadomo, że kłopoty są ogromne, to mało. O braku klasowej dziewiątki wiedzą wszyscy. Do tego doszły kuriozalne wypowiedzi, że Lech może i nie stanął do walki o Nemanję Nikolicia z Legią, ale za to od lat tego piłkarza obserwował...
Bez szerokiej i mocnej kadry w lidze mistrzowi musiało zacząć iść jak po grudzie, bo klubowa jesień na europejskich stadionach to wciąż dla polskiego klubu święto, nie rutyna. Nawet FC Barcelona z krótką ławką nie da sobie rady z wszystkimi celami (vide Superpuchar Hiszpanii). W poznańskich gabinetach jakby nie wzięto tego pod uwagę.
Poznańska zima
Prezesi nie zadbali o to, by najpierw w zespół solidnie zainwestować transferami. Gdy kryzys się pojawił, zostaje wrażenie, że władze przy Bułgarskiej są niczym drogowcy, których zima zawsze zaskakuje. Nagle, wbrew temu co komunikowano wcześniej w Poznaniu, pojawił się dziadek Mróz i zamroził premie. Okazało się też, że priorytetem jest Ekstraklasa, co m. in. spowodowało żenująco niską frekwencję na meczu z Belenenses.
Jeśli tak, to Lech sukcesu w Europie nie doczeka się nigdy. Prezesi nie wierzą w piłkarzy, że ci odrobią ligowe straty, jednocześnie dbając o pucharowe współczynniki. To w takim razie co zamierzają i dokąd ich zdaniem zmierza Lech? Z pewnością mogę im pogratulować bogactwa, skoro stać ich na (przepraszam za kolokwializm) odpuszczenie pucharów.
Drużyna wygląda na przytłoczoną. Motywuje się ją nie celem, a oddaleniem zagrożenia, jakim jest utrata wynagrodzenia dodatkowego za pracę.
Szczególnie trudna jest w tym galimatiasie rola trenera Maciej Skorży, od którego wymaga się wyników, a któremu władze nie chcą (lub nie mogą) stworzyć zespołu, który połączeniu trudnych celów byłby w stanie sprostać. Zapewne jak to już wielokrotnie bywało, trener niedługo zapłaci za wyniki posadą. Polskiego Jurgena Kloppa nie będzie również dlatego, że ów mógł liczyć na bezwarunkowe wsparcie i nie usłyszał od szefów "daj sobie spokój z Europą".
Skorża słuchając prezesów stracił przeciwko Belenenses szansę na odbicie się psychiczne, które mogło sprawić, że Lech przybrałby swój rozmiar, a nie przypominał zespół niczym z filmowej Szuflandii, dla którego każdy rywal ma gigantyczne rozmiary. Może trzeba było się postawić i wysłać do szatni i w trybuny komunikat, że ten zespół w najlepszym składzie stać na wyjście z kryzysu, że oni nie potrzebują odpoczynku tylko przejścia razem próby ognia? Tego się nie dowiemy.
Biedniejsi nie narzekali
Lech znowu będzie zwyciężał, to kwestia czasu. Podkreślam, że ten zespół nie zapomniał jak się gra w piłkę, po prostu kombinacja presji, braku szczęścia i zejście z obranego kursu spowodowały duże turbulencje. Gdy skończy się burza, szefowie klubu też zapewne wyciągną wnioski na przyszłość.
Prezes pokonanej przez Kolejorza w tym roku Legii, Bogusław Leśnodorski w "Dwójce sędziowskiej" zakładał się w ubiegłym tygodniu, że Kolejorz skończy ligę na podium. Jego zdaniem na podbój Europy zwyczajnie Polaków nie stać. Nasze kluby nie zaryzykują utrzymywania szerokiej kadry dobrych jakościowo piłkarzy.
Jeśli tak, to Ligi Mistrzów nie doczekamy nigdy (a w Lidze Europejskiej może nam pomagać tylko przypadek, połączony z wybitną formą jednostek i dobrym losowaniem). Tylko ten, kto ryzykuje, ma pełne prawo do oczekiwania szampana na mecie. Pytanie tylko, co na to w mniejszych i biedniejszych od polskich klubach Europy, które w ciągu dwóch ostatnich dekad wielokrotnie skutecznie szturmowały bramy Champions League.