| Piłka nożna / Reprezentacja kobiet
Amerykańskie piłkarki wytaczały związkowi procesy, a Ada Hegerberg przez pięć lat odmawiała gry w reprezentacji Norwegii – wszystko to w walce o "równość". Nie jest jednak prawdą, że najlepsze zawodniczki domagają się płac na poziomie Leo Messiego czy Roberta Lewandowskiego. Stawką jest zmiana w sposobie ich traktowania przez rodzime federacje.
Na początek wyjaśnijmy sobie jedną kwestię: czy piłkarki chciałyby zarabiać tyle, co Messi lub Neymar? Oczywiście, że tak. Bo kto by nie chciał? Zawodniczki wiedzą jednak doskonale, że wysokość ich kontraktów zależy m.in. od popularności dyscypliny. I że niektórych rzeczy nie da się przeskoczyć ot tak.
Ich chęć zarabiania setek milionów euro jest dokładnie taka, jak każdego z nas. A sprowadzenie walki o "equality pay" do gry o większe pensje jest karykaturą problemu, z którym mamy do czynienia.
ILE ZARABIAJĄ PIŁKARKI?
Najlepsze piłkarki na świecie zarabiają około pół miliona dolarów rocznie. To stawki na poziomie czołówki PKO Ekstraklasy. Do tego dochodzą oczywiście umowy reklamowe. Podpisują je jednak nieliczne. Hegerberg za rekordową, niedługo po odebraniu Złotej Piłki, zainkasowała od Nike milion euro.
"Nasze dochodzenie wykazało, że obecnie pensje w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii wahają się od 20 do 250 tysięcy funtów rocznie" – czytamy w "The Telegraph". Według tamtejszych dziennikarzy górna granica może niebawem wzrosnąć. Minimum jedna zawodniczka miała bowiem dostać propozycję opiewającą na 300 tysięcy za sezon.
To i tak świetny wynik w porównaniu z niedawną przeszłością. "Dwadzieścia lat temu czołowe piłkarki w Anglii zarabiały około stu funtów za mecz. Budżet musiały uzupełniać poprzez dodatkową pracę. Część wyjechała do USA i innych krajów, w których ligi wcześniej stały się profesjonalne" – zaznaczają angielscy dziennikarze.
Według ich danych najwięcej w Europie płaci obecnie Olympique Lyon. Nie ma w tym nic dziwnego. To drużyna, która od 2016 do 2020 roku nieprzerwanie wygrywała Ligę Mistrzyń. W tegorocznej edycji ma sporą szansę na kolejny sukces. 30 kwietnia zagra z PSG w rewanżowym meczu półfinałowym.
Ciągły wzrost płac w kobiecym futbolu to trend ogólnoświatowy. Także w USA doszło do podpisania nowych zasad funkcjonowania ligi. Nastąpił zdecydowany wzrost "salary cap". W 2022 roku najniższa możliwa pensja może wynosić 35 tysięcy dolarów, a nie 22 tysiące – jak jeszcze rok temu. Najwyższy próg podniesiono natomiast z 52,5 do 75 tysięcy.
Coraz większe sumy trafiają również do męskiego futbolu. Ostatecznie, choć zarobki piłkarek są coraz wyższe, różnica między nimi a piłkarzami wciąż się powiększa. Dość powiedzieć, że za triumf w Lidze Mistrzów w sezonie 2021/22 męski klub może zainkasować maksymalnie 85 140 000 euro. W Lidze Mistrzyń, jak wyliczyli dziennikarze DAZN, wygranie wszystkich spotkań od grupy aż do finału, przyniesie triumfatorkom zaledwie 1 400 000, czyli połowę (!) wartości pojedynczego zwycięstwa w meczu fazy grupowej u mężczyzn.
Wyraźne różnice widać też przy nagrodach, jakie FIFA proponuje za mundial. Amerykanki, które w 2019 roku zdobyły mistrzostwo świata, otrzymały z tego tytułu 4 miliony dolarów. Francuzi za triumf w 2018 roku dostali 38 milionów. To więcej niż... cały budżet na premie w kobiecym turnieju
PROBLEM... LEŻY GDZIE INDZIEJ
Liczby nie kłamią – finanse piłki kobiecej i męskiej dzielą lata świetlne. Wyrwa prawdopodobnie nigdy nie zostanie zasypana i... zawodniczki to rozumieją. – Równe płace to nonsens. Dlaczego miałabym zarabiać miliony, gdy w weekend mój mecz ogląda trzy tysiące widzów? – pytała retorycznie Melanie Leopolz w rozmowie z goal.com.
– Tu nie chodzi tylko o pieniądze, a bardziej o równe warunki – tłumaczyła Giulii Gwinn podczas wywiadu z "Deutsche Welle". I to najlepiej obrazuje clue całej dyskusji. Bo oczywiście – zawodniczki chciałyby zarabiać więcej, ale żadnej z nich nie przychodzi raczej do głowy – jak często jest to przedstawiane – że należą jej się sumy równe tym zarabianym przez najlepszych piłkarzy.
Najgłośniejsza batalia toczy się między Amerykankami a ich rodzimym związkiem. I dotyczy pieniędzy, ale wyłącznie tych za mecze reprezentacji. Obok trwa również walka o równe traktowanie – dostęp do ośrodków treningowych, przejazdów i noclegów na najwyższym poziomie. Krótko mówiąc: o nie podchodzenie do kobiecych drużyn po macoszemu.
AMERYKANKI WYGRAŁY W SĄDZIE
Amerykanki swoje postulaty przedstawiły już w 2016 roku. Megan Rapinoe, Carli Lloyd, Alex Morgan, Hope Solo i Becky Sauerbrunn złożyły wówczas federalną skargę dotyczącą dyskryminacji płacowej. I wywołały burzę, którą zakończyło dopiero podpisanie nowej umowy zbiorowej w kwietniu 2017.
– To godne wynagrodzenia, choć nadal nie takie, jakie mają mężczyźni – oceniła wówczas Sauerbrunn w podcaście "Planet Futbol". Była to zapowiedź tego, że dla Amerykanek sprawa nie została ostatecznie zamknięta.
W marcu 2019 roku reprezentantki USA ponownie złożyły pozew przeciw macierzystej federacji. Tym razem domagały się wprost 66 milionów dolarów odszkodowania. Wyliczona przez nie kwota miała być różnicą między tym, co za grę w kadrze otrzymały one, a mężczyźni. Zawodniczki oparły oskarżenie o ich zdaniem naruszoną ustawę o równych płacach, a także ustawę o prawach obywatelskich.
Sędzia federalny Gary Klausner (na początku 2020 roku) nie przychylił się do kluczowych postulatów piłkarek. Odrzucił je, argumentując, że: 1) przedstawione wyliczenia są niepełne. I de facto wynika z nich, że w przeliczeniu kwoty na mecz zarabiały więcej niż mężczyźni; 2) w 2017 roku została podpisana umowa zbiorowa, która jest realizowana.
Między oskarżeniem a wyrokiem Amerykanki... po raz kolejny zdobyły mistrzostwo świata. A tydzień po ich triumfie dziennikarze "Wall Street Journal" wyliczyli, że kadra kobieca w latach 2016-2018 dała związkowi większe zyski niż męska. Różnica była niewielka: 50,8 mln do 49,9 mln dolarów.
Sprawa trwała więc dalej, co jakiś czas podgrzewając nastroje po obu stronach. W marcu 2020 roku doprowadziła do... dymisji ówczesnego szefa amerykańskiej federacji – Carlosa Cordeiro. Gromy posypały się na niego po jednym ze zdań, które padło w dokumencie odpierającym zarzuty: "kobiety są słabsze fizycznie i mają mniej obowiązków niż piłkarze".
Proces zakończył się więc już w czasie, gdy federacją sterowała następczyni Cordeiro – Cindy Parlow Cone. W lutym 2022 roku piłkarki odniosły zwycięstwo. Sąd zobowiązał federację do wypłaty odszkodowania w wysokości 24 milinów dolarów. Kwota ma zostać rozdzielona między kadrowiczki na spłatę zaległych wynagrodzeń. Ponadto od tej pory kobieca i męska kadra mają otrzymywać równe płace za udział w zgrupowaniach, meczach towarzyskich, eliminacyjnych oraz podczas turniejów mistrzowskich.
ZRÓWNANIE PŁAC CORAZ CZĘSTSZE
Oczywiście, Amerykanki nie były jedynymi, które zaangażowały się w walkę o równość. Najgłośniejsza sprawa w Europie dotyczyła Hegerberg. Pierwsza zdobywczyni Złotej Piłki przez pięć lat odmawiała gry w reprezentacji. Wróciła do niej niedawno – dzięki działaniom nowej prezydentki federacji, skutecznie walczącej o spełnienie żądań piłkarki.
W 2019 roku doszło natomiast do strajku piłkarek w Hiszpanii. Zawodniczki nie wyszły na murawę, domagając się nie tylko lepszych pensji, ale także płatnych urlopów macierzyńskich, możliwości skorzystania z "L4" oraz prawa do wakacji.
Wszystkie podobne sytuacje przyczyniły się do tego, że kobiecy futbol na przestrzeni ostatnich lat rzeczywiście się zmienił. Doszło do profesjonalizacji lig, a przy tym – do przychylniejszego spojrzenia na sekcje kobiece. Panie mogą liczyć na komfort przy treningach, loty czarterami i noclegi w hotelach o wyższym standardzie.
A pieniądze? Liczne federacje, podobnie jak amerykańska, podjęły decyzje o zrównaniu wynagrodzeń za grę w kadrze kobiecej i męskiej. I wydaje się, że z każdym kolejnym miesiącem będą dołączać do nich kolejne.